Strona główna


Porozmawiajmy o UE
czyli "TAK" pyta - "NIE" odpowiada...



TAK: Każdy wie, że bogate kraje Unii Europejskiej chcą pomóc biednym krajom Europy by wszędzie zapanował dobrobyt...

NIE: Chyba tylko indoktrynowane w szkołach dzieci wierzą, że taki na przykład rząd Niemiec dusi swoich podatników i wpłaca jedną czwartą pieniędzy do UE dlatego, bo chce przychylić nieba Polsce. To bezwzględna gra interesów i warto sobie zdawać z tego sprawę. Podam konkretny przykład. Korsyka ma wielkość jednego województwa w Polsce. Komisja Europejska obiecała, że zrobi wszystko by "zasypać ekonomiczną przepaść" pomiędzy francuską Korsyką a kontynentem. Jak? Będą tam obowiązywać znacznie niższe stawki podatków m.in. na papierosy, pozostanie wolna od podatku od zysków strefa dla inwestorów, zwiększone będą kwoty połowowe. Zgodzimy się, że Polskę od UE dzieli jeszcze większa ekonomiczna przepaść, prawda? Co UE robi by pomóc Polsce? Będą obowiązywać olbrzymie stawki podatków na papierosy, benzynę, materiały budowlane itd., specjalne strefy ekonomiczne mają utracić swój status, kwoty połowowe i produkcyjne, a także inne pomysły UE są takie, że po ewentualnym przyłączeniu Polski upadnie 1700 zakładów mięsnych, 200 drobiarskich, i co najmniej 84 mleczarnie. Dane te podano na konferencji zwolenników UE, która odbyła się w SGGW. Tak to wygląda w praktyce. Można tylko dodać o konieczności utrzymywania przez nas dodatkowych 25 procent urzędników, blokadzie wschodniej granicy i w efekcie zamarciu wymiany z Ukrainą i Białorusią z której żyły tysiące ludzi w województwach wschodnich. Można też wspomnieć o sanitarnych absurdach UE, których kolejną odsłonę, "słoikową", oglądaliśmy niedawno w mediach.

TAK: Wystarczy zagłębić się w dokumenty traktatowe, aby jednoznacznie stwierdzić, że nie będziemy płatnikiem netto, czyli na pewno nie będziemy wpłacać więcej niż będziemy z Unii otrzymywać, choćby w postaci środków pomocowych na rozwój infrastruktury, dotacji do rolnictwa i tak dalej.

NIE: Przy dość optymistycznych założeniach co do naszych zdolności absorbowania pieniędzy jakie wpłacimy do UE i ewentualnej kwoty ponad to, mamy duże szanse aby do Unii jednak dopłacać. To przykre, ale tak jest i było to wiadome od roku 2000 z ustaleń Piętnastki. Co więcej, obliczenia te nie biorą pod uwagę kosztów jakie narzuca nam UE choćby w kwestii "ochrony środowiska", a są to kwoty które powaliłyby nie taki biedny kraj jak Polska. Chodzi o dziesiątki, czy raczej setki miliardów złotych.

To są realne przesłanki do krachu budżetowego, jako że nakłada się na to spłata poprzednich długów. Pamiętamy jak przedstawiciele UE zapewniali jesienią, że trzeba jednak zrobić tak, by Polska przynajmniej nie dopłacała. Na internetowych stronach partii rządzącej mamy sformułowania o "traumatycznych przeżyciach" związanych z ewentualnym przyłączeniem Polski do UE i o obawach w związku z ledwie 50 procentowym poparciem dla tzw. integracji choćby na tradycyjne bardziej prounijnym Śląsku. Samorządy są zadłużone po uszy, budżet pusty, kieszenie podatników wydrenowane, gospodarka zduszona do granic. Komu odebrać kolejne miliardy, by móc w ogóle marzyć o wykorzystaniu części funduszy strukturalnych?

I jeszcze jedna kwestia, z naszego punktu widzenia bardzo niekorzystna. Oto cała konstrukcja finansowania tych przedsięwzięć zmierza do jednego. Jako że beneficjantem funduszy UE są w zasadzie tzw. regiony, więc sektor publiczny będzie się rozwijał poprzez intensywną eksploatację sektora prywatnego, który w podatkach będzie łożył na rozmaite fundusze, pensje itd. Nie muszę dodawać, że są minimalne szanse aby ten sposób działania przysporzył w wymiarze ogólnopolskim czy to miejsc pracy, czy w ogóle dobrobytu.

TAK: Czy jest jakikolwiek autorytet naukowy w dziedzinie ekonomi ( nazwisko!), który twierdzi, że Polska poradzi sobie sama, pozostając poza strukturą gospodarczą UE? Ciekawa byłaby naukowej interpretacja możliwości realizacji autarkii w globalnej gospodarce, byłby to be zwątpienia nasz oryginalny wkład w rozwój gospodarki świata, dający nadzieją tym wszystkim satrapom, którzy z racji sankcji międzynarodowych muszą budować gospodarkę w oparciu o "własny narodowy potencjał wytwórczy". Nobel gwarantowany...

NIE: Po pierwsze nie znam "autorytetu", który by publicznie twierdził, że Polska poradzi sobie będąc w UE. Dlaczego? Ponieważ żaden rozsądny człowiek nie ośmieszy się twierdzeniem, że powodzenie kraju zależy od tego gdzie się zapisze bądź nie, a nie od tego czy jego mieszkańcy są pracowici, a prawa mądre i służące rozwojowi. Trzeba bowiem powiedzieć sobie jasno: bardzo dużo zależy od nas samych. Złe rządy zniszczą Polskę zarówno w UE jaki i poza nią, choć według mnie poza UE mamy większe pole manewru nie tylko ze względu na nieskrywaną niechęć czołówki UE wobec USA.

Także wśród autorytetów, profesorów ekonomii, zdania są różne. Proszę pamiętać, że w każdym kraju doprowadzonym do krachu gospodarczego ministrem finansów był zazwyczaj jakiś profesor... Znam jednak takiego profesora, który nie dość, że praktycznie wyprowadził jeden duży kraj z katastrofy gospodarczej, to jeszcze kierował rady do nas, Polaków. Twierdził on mianowicie, by uważać na negocjacje z krajami zachodnioeuropejskimi, bo nie jesteśmy w negocjacjach wyćwiczeni i zwyczajnie damy się zapędzić w kozi róg. Przypomnę żałosną postawę polskich negocjatorów brzmiącą: "nie mamy alternatywy"... Ale w polskim parlamencie profesor ten powiedział coś jeszcze ważniejszego: "Nie przyjmujcie rozwiązań stosowanych aktualnie przez bogate kraje zachodnie, bo Polska nie jest bogatym krajem zachodnim. Przyjmijcie u siebie takie rozwiązania, jakie były stosowane w bogatych krajach zachodnich wówczas, gdy były one tak biedne jak Polska obecnie." Rad tych udzielał nam sam Milton Friedman. Profesor ekonomii, noblista zresztą, tak jak Pan sobie życzył. Niestety przyjmując rozwiązania UE robiliśmy i robimy dokładnie odwrotnie niż zalecał ten znany i ceniony na całym świecie autorytet ekonomiczny.

Chyba tylko kompletni dyletanci uważają, że Polska powinna zamknąć się na wymianę gospodarczą ze światem. Otóż kraje wchodzące w skład UE to nasz bardzo istotny partner gospodarczy. Co to oznacza, zwłaszcza w świetle przytoczonych przez Pana informacji, że więcej sprzedają u nas oni, niż my u nich? Oznacza to tyle, że nasz rynek jest im potrzebny. Gdyby nasz rynek nie był im potrzebny, to kraje UE nie miałyby żadnego interesu by nas w UE chcieć. A chcą. Teraz nie jesteśmy w UE, a jednak wymianę mamy z nimi bardzo dużą. Nasze "nie" niczego istotnego nie zburzy, bowiem stowarzyszeni z UE jesteśmy, a na mocy Układu GATT Unia nie może skierować przeciw nam żadnych specjalnych sankcji celnych czy handlowych. Pomijam już fakt, że na retorsjach ze strony Polskiej kraje UE nie wyszłyby zbyt dobrze, szczególnie pogrążone w recesji Niemcy. Tak funkcjonuje Norwegia czy Szwajcaria. W referendach odrzucają przyłączenie, ale są blisko UE i doskonale sobie radzą nie musząc dźwigać unijnych obciążeń biurokratycznych. Według mnie Polska powinna stać na dwóch nogach, i ukazywanie sytuacji Polski jako braku alternatywy jest nie dość że fałszywe, to jeszcze szkodliwe dla naszego rozwoju.

TAK: Ciekawe skąd w Polsce znajdziemy porównywalny z unijnym potencjał inwestycyjny, czy w naszych - w większości dziurawych polskich skarpetach - kryją się jakieś miliardy dolarów, tak niezbędnych dla modernizacji gospodarki narodowej?

Ostatnio pani prezes Państwowej Agencji Inwestycji Zagranicznych powiedziała , że sama obecność w UE niczego jeszcze nie przesądza a wartość inwestycji zagranicznych w Polsce od paru lat spada. Istotna jest polityka wewnętrzna poszczególnych krajów. Irlandia nie dlatego wyprzedziła wiele krajów UE, że była w UE. Była tam w stagnacji przez wiele lat! Jednak wdrożyła obniżkę podatków, dla firm do 10 procent, wprowadziła niski podatek liniowy, poskromiła rozwydrzonych związkowców, ukróciła korupcję. Dla porównania w będącą od 13 lat w UE NRD, wpompowano bodaj 200 mld euro i ... bezrobocie wynosi 20 procent, ludzie się wyprowadzają...

NIE: Tymczasem u nas mamy ciągły wzrost podatków ukrytych, zaś z przedsiębiorców po prostu robi się kpiny, czego przykładem jest obniżka podatku: zamiast na zapisane 24 - na 27 procent. Kapitał potrzebuje pewnej dozy pewności, ale potrzebuje też zysków! Proszę spojrzeć na ...komunistyczne Chiny. Od kilkunastu lat wzrost po 8 procent rocznie, a kapitał pcha się drzwiami i oknami z uwagi na dogodne warunki. Zresztą nie tylko tam. Gdyby u nas były niskie podatki, mądre prawo i biurokracja przyjazna dla firm to i do nas by się pchali. Tymczasem parę dni temu opowiadał mi przedstawiciel włoskiego koncernu, że po pierwsze zbudowali fabrykę w Chinach, Malezji i jakimś trzecim azjatyckim kraju, a nie w UE..., a po drugie, chcieli postawić w Polsce magazyn, ale po półrocznych usiłowaniach i barierach łapówkowo-prawnych, zaczęli szukać tej możliwości na Węgrzech. W ciągu miesiąca mieli wszystko załatwione. I to jest realna kwestia nad którą powinnyśmy myśleć. Dla porządku przypomnę, że to nie zwolennicy wolnego rynku od kilkunastu lat tworzą w Polsce prawo. Kapitał sam przyjdzie, tylko dajmy przedsiębiorcom rodzimym i zagranicznym żyć!

TAK: W jaki sposób będzie można rozwijać współpracę gospodarczą z krajami UE (reszty świata zresztą też), będąc jednocześnie postrzeganym jako kraj nieprzewidywalny i nieobliczalny! Nieprzewidywalny, ponieważ prowadząc latami politykę integracyjną, a w ostatnim momencie zmieniającym kurs o 180 stopni. Jakie są racjonalne, a nie życzeniowe podstawy, aby sądzić, w sposób odpowiedzialny, że NAFTA (UE w wersji amerykańskiej) stanowi realną alternatywę dla realizowania naszej narodowej strategii rozwoju? Biorąc pod uwagę, że obecny poziom wymiany z USA to ledwie 4% dla porównania nasz handel zagraniczny z UE stanowi 77% obrotów, jak można odwrócić proporcje nie doprowadzając do katastrofy ekonomicznej.

NIE: W rodzaj jakiejś politycznej zemsty nie wierzę. Choć wykluczyć tego nie można po wydarzeniach z sankcjami wobec Austrii za to, że wybrała parlament nie taki jaki podobał się reszcie UE. Tak więc po naszym "nie", nic wielkiego się nie stanie. Poza tym, że nie będzie podwyżek wielu cen. Jeśli coś może być dla nas zagrożeniem to nie odmowa współpracy z biurokracją UE. Sama wolna wymiana handlowa będzie trwała i jest znakomitym pomysłem. Takie były początki EWG aż do roku 1985. Wówczas zrodziły się realizowane obecnie pomysły narzucenia na swobodną wymianę czapy biurokratycznej i politycznej. Tylko jakieś szalone posunięcia, albo zaniechanie sensownych zmian przez nasze władze może być odczytane źle przez inwestorów.

Oczywiście NAFTA nie jest UE w wersji amerykańskiej. Jest to obszar wolnej wymiany handlowej według życzeń klientów, a nie biurokratów, bez komisarzy, komisji itd. Co więcej z NAFTA, czy z USA warto blisko współpracować i tworzyć "Transatlantycki Dom Wolności". Mówił o tym prezydent Bush do pana Kwaśniewskiego podczas wizyty w USA w roku ubiegłym. Polonia już zasypuje prezydenta Busha listami w sprawie Układu o Wolnym Handlu z Polską. My idąc im w sukurs rozpoczęliśmy taką akcję w Polsce. Proszę pamiętać, że NAFTA ma się rozszerzyć na obie Ameryki, a choćby stowarzyszenie z nią byłoby dla Polski kolejną okazją do wzrostu gospodarczego. Taki Meksyk jest i w NAFTA i jest stowarzyszony z UE. Oczywiście nikt z dnia na dzień nie będzie odwracał proporcji bo niby jak, kto i po co? Biznes kalkuluje chłodno i szuka okazji do najlepszych inwestycji. Setki firm z krajów UE obecnych na polskim rynku, nie będzie chciało absolutnie rezygnować ze sprzedaży w Polsce, która prócz źródła zysków stanowi bezpieczną przystań przed obiecującym rynkiem rosyjskim.

TAK: Ale kto konkretnie, będzie chciał inwestować w polską gospodarkę - wymagającą przecież gigantycznych nakładów inwestycyjnych - jeśli będziemy państwem peryferyjnym, umieszczanym gdzieś między Rosją i UE ? Może Rosjanie, przyjdą i zainwestują w nasz podupadający przemysł, a może Chińczycy?

NIE: Każdy, kto wyliczy, że ma tu szanse zrobić dobry interes! My musimy stworzyć ku temu warunki. Kapitał krąży po świecie i szuka okazji. Firmy dusząc się w UE szukają szans poza jej granicami. Stąd taki prężny rozwój krajów o niskich podatkach. Będąc pomiędzy UE a Rosją jesteśmy właśnie w centrum, zaś w UE będziemy na jej obrzeżach. Kto będzie tu inwestował? Proszę zobaczyć ile firm zainwestowało na początku lat 90tych, gdy jeszcze o żadnej Unii się nie śniło, zaś w Polsce dopiero co stacjonowali żołnierze "niezwyciężonej armii czerwonej". Myślę, że obawy które Pan wyraża powinny być skierowane raczej ku działalności polskiego ustawodawcy, czy organów wykonawczych. Proszę też pamiętać, że te mityczne nakłady jakie ma nam "dać" Unia mają być w olbrzymiej części finansowane przez nas samych. Raz w naszych składkach do UE, dwa - w postaci udziałów własnych. Od przekładania z kieszeni do kieszeni bogactwa nie przybywa.

TAK: Ciekaw jestem kto będzie naszym nowym partnerem handlowym i gdzie znajdziemy rynki zbytu na nasze wyroby? Kraje WNP, same szukające zbytu na swoją produkcję?

NIE: To nie państwo kieruje eksportem i importem. Każdy producent szuka zbytu u siebie i poza krajem. Dzięki Bogu od kilkunastu lat państwo nie wpycha się już w każdą dziedzinę życia, choć trzeba przyznać, że zjawisko to narasta. Po reformach w roku 1988 koncesjami objętych były tylko 2 dziedziny gospodarki. Dziesięć lat później już ponad 200! Firmy eksportowe szukają klientów gdzie się da. Jeśli mają towar pożądanej jakości i w cenie, po której ktoś jest gotów kupić - mają partnera handlowego. Inne zaś importują, a gdy rząd się nie wtrąca to następuje równowaga. I tyle.

TAK: gdzie będzie lokować się nadwyżka naszego potencjału ludzkiego, jakie i gdzie znajdą szansę zatrudnienia ci Polacy, którzy z własnej woli, ochoty i ciekawości chcieliby znaleźć pracę za granicą? Białoruś, Ukraina może USA przyjmie setki tysięcy naszych bezrobotnych?

NIE: Wcale nie uważam, że mamy jakąś nadwyżkę. Naukowcy alarmują, że wzorem niektórych narodów UE wymieramy i mamy kłopoty z odnawialnością pokoleń! Ale rozumiem, że chodzi Panu tylko o bezrobotnych. Otóż USA przyjęły do tej pory około 10 milionów Polaków, o czym tarnowianie wiedzą dość dobrze. Jako odpowiedź przytoczę tu słowa szefa słynnego Centrum im Adama Smitha, pana Andrzeja Sadowskiego: "politycy nie są w stanie zrozumieć źródeł polskiego sukcesu gospodarczego z przełomu lat 80. i 90., i podejmują działania, które niczemu nie służą. Skoro nie potrafią dostrzec, że dziesięć lat temu powstawały małe i średnie firmy, bo zwykli ludzie mieli ochotę i warunki, by je tworzyć, to szans na poprawę nie ma. Zamiast tego będziemy wysłuchiwać teorii o tym, jak to wzrostowi pomoże koniunktura w Niemczech czy osłabienie złotego. To jawna bzdura. Gdy szans na przełamanie impasu szuka się poza własnym krajem, deprecjonuje się dokonania milionów obywateli. Przypomina to wyznawanie starodawnych guseł. Z czego taka postawa wynika? Przede wszystkim z niskiej jakości naszej klasy politycznej, która jest oddalona od spraw zwykłych ludzi i tego, co naprawdę im przeszkadza".

Warto podkreślić kilka spraw. Polacy znajdują pracę w UE najczęściej dlatego, że pracują albo na czarno, a w każdym razie za mniejsze pieniądze. Wiele państw sąsiadujących zapowiada 7 lat okresu przejściowego na wyjazdy Polaków na roboty, na przykład do Niemiec. Skoro rząd propaguje możliwość wyjazdu Polaków do pracy za granicą, to równocześnie oświadcza, że w Polsce tych miejsc pracy nie będzie, mimo przyłączenia do UE. Czy chodzi nam o to by Polacy pracowali u innych i tworzyli dobrobyt u innych czy w Polsce? Jeśli młodzi, zdolni i pracowici wyjadą, to kto będzie się składał na emerytury dla naszych dziadków i rodziców? Przecież ich składki roztrwoniono i są oni zależni tylko od hojności płacących obecnie! Ja wolałbym zapewnić pracę Polakom w Polsce i sprawić by to inni przyjeżdżali do Polski pracować.

I jeszcze opinia Witold M. Orłowskiego Pełnomocnik Rządu do Spraw Negocjacji o Członkostwo w UE: , "osoby wykształcone, znające języki i rzutkie - a wiec takie, które same potrafiłyby skorzystać ze swobody dostępu do rynku pracy w zachodniej części powiększonej Unii - maja jednocześnie najlepsze perspektywy poprawy poziomu życia w Polsce. Nie będą wiec szczególnie skłonne do emigracji, zwłaszcza że znaczna część z nich musiałaby się liczyć z podjęciem pracy poniżej swoich kwalifikacji, gorszej od tej, na która mogą liczyć w Polsce. Z kolei osoby, którym najbardziej mogłoby zależeć na pracy za granicą, to pracownicy nisko kwalifikowani, zagrożeni strukturalnym bezrobociem, nie znający języków. Pracownicy tacy sami nie znajda sobie pracy, co znacznie obniża ich korzyść z migracji (...)Pewien wyjątek od tej zasady może stanowić zatrudnianie nisko wykwalifikowanych pracowników polskich przez polskie firmy świadczące w obecnych krajach Unii różnorodne usługi, np. budowlane. Pamiętać jednak należy, ze w takiej sytuacji polscy pracodawcy zmuszeni będą w znacznej mierze stosować się do miejscowego ustawodawstwa pracy, co znacznie podniesie koszty zatrudnienia i zmniejszy zainteresowanie zatrudnianiem Polaków. (...)"

TAK: To ciekawe jaka jest pana wizja Polski poza znakomitymi perspektywami rozwoju wraz z bratnimi narodami Unii Europejskiej?

NIE: Polska luźniej związana z biurokratyczną Unią, na przykład poprzez Europejski Obszar Gospodarczy, to możliwość większej swobody na płaszczyźnie politycznej. Szansa na ograniczanie biurokracji i szansa na wzrost gospodarczy pozwalający dogonić bogatsze kraje nie za 100 lat, tylko jeszcze za naszego życia, szansa na pracę dla Polaków w Polsce.

Mimo, że jesteśmy rozbrojeni i śmiano się w parlamencie brytyjskim, gdy premier Blair oświadczył, że sojusznikiem Królestwa w Iraku jest Polska, to jesteśmy w NATO i mamy gwarancje USA. Żaden kraj UE nam tego nie zapewni. Pozostaje więc kwestia gospodarki. W Polsce właściwie tylko UPR proponuje od 15 lat sprawdzoną na świecie drogę. Każdy wie, że rozwojowi służą nieliczne i proste prawa, niskie podatki, mały rząd i pracowici ludzie. Pracowitych ludzi mamy. Reszta zależy od nas samych. To my dokonujemy wyborów. Sądzę, że współpraca Polski zarówno z państwami należącymi obecnie do UE jak też każdym innym państwem na świecie jest możliwa z pożytkiem dla Polaków i polskich firm. Dlatego też uważam, że jednym z kroków przybliżających do wizji Polski bogatej i bezpiecznej jest powiedzenie w referendum "nie" ratyfikacji tej niekorzystnej umowy z UE. Oni chętnie będą negocjować, ponieważ wiedzą, że współpraca z nami im się opłaca. Czemu nie wykorzystać tego dla naszego dobra?

Wojciech Popiela

(4 czerwca 2003)

Skomentuj ten artykuł






Webmaster
Copyright 2001, Paweł Sztąberek




Spis Autorów

Komentarz tygodnia

Książki
polecane

Czytelnicy
piszą

1 2 3 4

Subskrypcja
Jeśli chcesz być powiadamiany o nowościach na "SP" wpisz swój adres e-mail


Powiadom znajomego o "SP" wpisując jego adres e-mail


ooooooooooooooooooooooooi
Przyślij swoją opinię




Polska - UE
zbiór tekstów