kapitalizm - serwis zwolennikow wolnego rynku

Strona główna




Komentarz tygodnia

Archiwum "Komentarz tygodnia" - powrót do wcześniejszych >>>

Przejęci ideą "taniego państwa" (12 października 2009)

Z tą PO nie było jednak tak źle, jak się mogło wydawać. Poseł Zbigniew Chlebowski okazał się chyba jednym z nielicznych aktywistów partii, któremu rzeczywiście zależało na wcielaniu w życie hasła "tanie państwo". W końcu jego działania miały uszczuplić budżet państwa o 500 mln złotych. A wie to przecież każdy wolnorynkowiec - jeśli do budżetu ma wpłynąć o 500 mln mniej, znaczy to, że tych 500 mln zostanie w kieszeniach obywateli. Mniejsza już z tym w czyich kieszeniach i jakich obywateli. Jaki by ten obywatel (czy obywatele) nie był, na pewno wyda te pieniądze lepiej, niż najlepszy nawet urzędnik państwowy.
Do posła Chlebowskiego można mieć jednak pewien zarzut, i nie akurat ten, który podnoszą posłowie PiS. Taki mianowicie, że swą wolnorynkową duszą nie był w stanie zarazić pozostałych polityków swojej partii, w tym słynnego "Grześka", który ponoć mocno się opierał, by zechcieli, wraz z nim "samotnym wojownikiem", zasady "taniego państwa" zastosować szerzej, w całej gospodarce, a nie tylko w tej branży, w której operował jego serdeczny kolega "Rysiek". I to jest największy zarzut jaki można mieć do posła Zbigniewa Chlebowskiego, że zachował się z lekka egoistycznie, zamiast zdobyć się na odrobinę altruizmu...
Na horyzoncie jakaś kolejna aferka... Jak się okazuje coś było nie tak przy sprzedaży stoczni. Co dokładnie - nie wiadomo. Jeśli CBA ujawni dokumenty, z których wynikać będzie, że min. Grad jest odpowiedzialny za to, że chciał, podobnie jak Zbigniew Chlebowski, narazić budżet państwa na kolejne straty, wówczas będzie to radosna nowina, stawiająca pana Grada w jak najlepszym świetle. Będzie to też dowód na to, że poseł Chlebowski próbował jednak innych zarażać ideą "taniego państwa", ale czekista Kamiński na to nie pozwolił. Że też premier Tusk zostawił tego jedynego socjalistę w tajnych służbach, którego na dodatek nie potrafił upilnować... Tego Tuskowi przyszłe pokolenia nie wybaczą...
Wszystkie te zdarzenia zbiegły się z podpisaniem przez pana Lecha Kaczyńskiego traktatu lizbońskiego. Złośliwcy mówią, że traktat ten de facto pozbawia Polskę niepodległości. Ale gdzież tam... Pan Kaczyński, ten jeden z najsłynniejszych specjalistów od prawa pracy, uważany dotąd za socjalistę z krwi i kości, po prostu tyle nasłuchał się o "tanim państwie", że na tyle przejął się tą ideą, iż po prostu postanowił państwo polskie zlikwidować. Czyż może być tańszym państwo, które właśnie postawione zostało w stan likwidacji? Czyli państwo, którego już wkrótce nie będzie?
Specjalista prawa pracy, Lech Kaczyński, dziś także totalne uosobienie ideii "taniego państwa", likwidator Rzeczypospolitej... Cóż, za ten czyn należy mu się nawet Pokojowa Nagroda Nobla!!!

Paweł Sztąberek

* * *

Dalsza erozja socjal-etatyzmu? (7 września 2009)

Minister Finansów Jacek Rostowski ogłosił, że przewidywalny deficyt budżetowy na przyszły rok wynosić ma 52 mld złotych. Oznacza to, że rząd po raz kolejny planuje wydatki na poziomie znacznie wyższym niż będzie w stanie ściągnąć do budżetu z wpływów podatkowych. Jak zwykle mówi się, że konieczne będą cięcia, pytanie tylko gdzie? A jeśli cięcia nic nie dadzą, tzn. opór materii po stronie beneficjentów pieniędzy budżetowych będzie tak silny, że rząd nie będzie w stanie się mu postawić? Wówczas zapewne pojawia się stara śpiewka - wypuszczenie obligacji, czyli dalsze zadłużanie kolejnych pokoleń lub wzrost podatków, a najpewniej i jedno i drugie jednocześnie.
Część instytucji żyjących z budżetu już zapowiada, że będzie występować o wzrost wydatków na swoje cele. Są wśród nich m.in. kancelaria Sejmu, która chciałaby aby jej budżet wynosił w przyszłym roku 405 mln zł, w porównaniu z 373 milionami w 2009. O wzrost wydatków występować będzie także Krajowa Rada Radiofonii o Telewizji, która swój tegoroczny budżet wynoszący ponad 14,5 mln zł chciałaby w przyszłym roku zwiększyć do niemalże 20 mln. O wzrost zamierzają ubiegać się ponadto: Najwyższa Izba Kontroli i IPN. Te instytucje tłumaczą swoje propozycje tym, że rząd notorycznie obcina im budżet i w rzeczywistości żadnego wzrostu - jeśliby nawet nastąpił - by nie odczuły.
Politycy, jak zwykle - na długo przed podejmowaniem ostatecznych decyzji - ubierający się w szatki obrońców podatników zapowiadają, że będą się całej tej sytuacji przyglądać. Zarówno posłowie PO jak i SLD są - póki co - zaskoczeni tak dużymi wymaganiami poszczególnych instytucji i "raczej" nie widzą powodów, by miał on nastąpić. W PiS natomiast patrzą na problem nieco inaczej: "trzeba sprawie bliżej się przyjrzeć i dopiero ocenić, komu dać a komu nie". Już teraz nietrudno przewidzieć, że ostry spór ogniskował się będzie wokół dotacji dla IPN-u. I kto wie, czy nie odwróci on uwagi wszystkich od pozostałych spraw dotyczących budżetu. I zapewne całe zamieszanie skończy się tym, że IPN-owi "zabiorą" a innym "dadzą", a rząd uzasadni tę decyzję oczywiście koniecznością "cięć". Do akcji wkroczy - jak zwykle - cała armia przeciwników "rozgrzebywania przeszłości" z Lechem Wałęsą na czele i będzie po wszystkim...
Tymczasem media donoszą, że o wsparcie z budżetu prosić mają również firmy prywatne, w tym m.in. Opel. Polski rząd na razie słusznie uchyla się od jakichkolwiek deklaracji na rzecz Opla (fabryka w Gliwicach zatrudnia 3 tys. pracowników), ale co będzie dalej? Opel to przykład firmy, która na fali kryzysu finansowego kilkakrotnie skorzystała już z tzw. rządowych pakietów antykryzysowych w różnych państwach, ale jak widać, nie rozwiązało to na dłuższą metę jej problemów. Takich firm było więcej. Czy wobec tego już wkrótce czeka nas kolejna odsłona kryzysu, kolejne nacjonalizacje i bankructwa? Przyszły rok zapowiada się zatem interesująco, gdyż zanosi się na dalszą erozję systemu opartego na socjal-etatyzmie . Nie tylko w naszym kraju...

Paweł Sztąberek

* * *

"Reformatorzy" państwa socjalnego (15 czerwca 2009)

Na rynku ukazała się książka "Europejski model społeczny. Doświadczenia i przyszłość", pod redakcja naukową Dariusza Rosatiego. Osobiście książki nie widziałem na oczy, więc i nie czytałem, ale w piątkowej "Rzeczpospolitej" znalazłem jej recenzję.
Książka - jak wynika z tej recenzji - składa się z szeregu tekstów różnych autorów, którzy zastanawiają się na przeszłością, teraźniejszością i przyszłością Europy. Czy model państwa opiekuńczego wciąż jest możliwy, czy kończy się pewna epoka i trzeba będzie spojrzeć prawdzie w oczy? Wątpię, by w książce tej ktoś ośmielił się zauważyć, że "nie ma darmowych obiadów", natomiast - jak wynika z recenzji - jest raczej tęsknota co by tu zrobić, aby socjalizm w Europie (czytaj; w Unii Europejskiej - PSz), zachować.
Autorzy książki ponoć apelują, że konieczne są reformy, gdyż "Europa" nie tylko przestała doganiać Amerykę, ale wręcz zaczyna się cofać. Autor recenzji, Antoni Kowalik, zauważa: "Obecny kryzys nie pozostawia złudzeń - rządy nieprędko znajdą chęci i fundusze na programy społeczne. Państwo opiekuńcze przechodzi do historii. Dotychczasowa polityka społeczna okazała się nieefektywna i zbyt kosztowna. Eksperci ostrzegają przed wykorzystywaniem podatków do niwelowania nierówności społecznych, Ulgi, zwolnienia komplikują system podatkowy, czynią go nieefektywnym, przyczyniają się do strat w produkcji i zatrudnieniu, sprzyjają korupcji i rozrostowi szarej strefy. Ostatecznie nie zapewniają realizacji szczytnych celów społecznych. Krytykowana jest coraz głośniej polityka rynku pracy, minimalne płace, systemy emerytalne...".
Czytając ów ustęp recenzji można by dojść do wniosku, że książka zapełniona jest tekstami autorów wywodzących się z wolnościowych instytutów, fundacji czy innych organizacji propagujących wolność gospodarczą, a zwalczających socjalizm. Ale to zapewne błędne przeświadczenie. Bo czyż taką książkę firmowałby swoim nazwiskiem jeden z czołowych unijnych totalniaków, pan Dariusz Rosati? Ostatnio reklamował swoje ugrupowanie jako najbardziej "wrażliwe społecznie", lewicowe, dążące do "Europy solidarności" i "sprawiedliwości społecznej". Książka owa zawiera zatem pewnie rady przeróżnych cwaniaków (zwanych "ekspertami"), którzy wcale nie zamierzają odchodzić od Europejskiego Modelu Społecznego, a jedynie zastanawiają się, jakby tu nadal, tylko może trochę innymi metodami, okradać podatników i dalej tworzyć unijny raj na ziemi... Pewnie z większą dawką zamordyzmu, bo inaczej już się chyba nie da...
Nie mam w zwyczaju pisać o książkach, których przynajmniej nie przejrzałem. Ale tu nie mogłem się powstrzymać. Bo i nazwisko pana Rosatiego i ta potrzeba "reform"... Na Boga, cóż ci ludzie mogą zreformować?! Co najwyżej, zrobią jeszcze większy burdel, a temu, kto podniesie na ten burdel rękę, zostanie mu ona odcięta!

Paweł Sztąberek

* * *

O liście biskupów (25 maja 2009)

Dziś, w niedzielę Wniebowstąpienia Pańskiego, w kościołach odczytano list biskupów z Konferencji Episkopatu, która odbyła się na początku maja w Częstochowie. List w żadnym stopniu nie dotyczył dzisiejszego święta, za to mówił m.in. o kryzysie gospodarczym, który - jak wyrazili się biskupi - w naszym kraju dotyka już setek tysięcy ludzi. Nie czas się tu spierać, czy rzeczywiście dotyka, czy dopiero może dotknie.
Słuchając listu biskupów uświadomiłem sobie, że pewna grupa ludzi w naszym kraju jest dyskryminowana. Nawet przez naszych pasterzy... Otóż wezwali oni do modlitwy za wszystkich bezrobotnych i za tych, którym grozi utrata pracy. Zaapelowali również, by pochylić się także nad ludźmi władzy... Niby wszystko pięknie, niemniej zabrakło mi tu jeszcze jednej grupy... mianowicie prywatnych przedsiębiorców. Owszem, można by ich na siłę podciągnąć pod potencjalnych bezrobotnych, bądź tych którym grozi utrata pracy, jestem jednak przekonany, że biskupi kogo innego mieli na myśli, bo gdyby chcieli wymienić przedsiębiorców to by ich po prostu wymienili.
Dlaczego zatem zabrakło ich w grupie tych, o których należałoby się - jak chcą biskupi - modlić? Jedyna odpowiedź jaka mi się nasuwa brzmi: brak wiedzy u naszych pasterzy. Umysłowe lenistwo, bezwład myślowy itp. Czyżby hierarchowie wychodzili z założenia, że wszystkie dobra jakie na co dzień kupujemy, z jakich korzystamy, dane nam są raz na zawsze? I że wzięły się one ... z księżyca? Przecież ktoś je wyprodukował, ktoś wpadł na pomysł, by otworzyć piekarnię, masarnię, fabrykę gwoździ... Oczywiście, zwykli pracownicy najemni mają w powstaniu tych dóbr swój wielki udział, ale nie mniej duży, a nawet większy ma ten, który ich zatrudnił, stworzył im możliwość zarobku - prywatny przedsiębiorca. W razie totalnego gospodarczego załamania na bruk pójdą nie tylko pracownicy najemni. Właściciel firmy także pójdzie z torbami.
Któryś biskup mógłby się oburzyć i stwierdzić, że biznesmeni to złodzieje... No dobrze, powiedzmy, że wśród nich nie brakuje także złodziei, ludzi w jakiś sposób nieuczciwych, choć jestem przekonany, że takich jest mniejszość. Ale czy to oznacza, że za złodzieja nie należy sie już modlić? Choć wśród polityków złodziej pogania złodzieja, biskupi wzywają do modlitwy za ludzi władzy! Pomiędzy politykami a przedsiębiorcami jest jeszcze bardzo ważna różnica: przedsiębiorcy ryzykują własne majątki, ludzie władzy nie. Jeśli przedsiębiorca podejmie nietrafioną decyzję, może stracić wszystko. Politycy, tzw. ludzie władzy rzadko ponoszą odpowiedzialność za własne decyzje, choć dysponują cudzymi majątkami. Czy nie bardziej zatem należałoby się modlić za przedsiębiorców, by ich decyzje były jak najlepsze, bo wówczas będzie mniej bezrobotnych i więcej bogactwa dla wszystkich?
Czy biskupi dostrzegą to dopiero wówczas, gdy prywatne firmy przestaną przekazywać darowizny na różne realizowane przez Kościół dzieła? Jednak dostrzec, to jedno, zrozumieć, to już inna sprawa...

Paweł Sztąberek

* * *

Czy jest co świętować? (11 maja 2009)

Polskę zdominował "pasjonujący" spór - gdzie mają sie odbyć uroczystości 20 rocznicy wyborów czerwcowych z 1989 roku: w Gdańsku czy w Krakowie? Do końca nie jestem pewny czy jest co świętować. Pamiętam, że sam bardzo fascynowałem się ówczesną sytuacją, jednak już wówczas zaczęły pojawiać się symptomy tego, co stało się później, tj. podziału sceny politycznej na opozycję "właściwą" i opozycję "niewłaściwą". "Właściwi" byli wówczas ci, którym z Lechem Wałęsą pozwolił sfotografować się Adam Michnik, już wówczas najprawdopodobniej trzymający przyszłego prezydenta na krótkim sznurku, "niewłaściwi" zaś ci, którzy nieco inaczej wyobrażali sobie upadek komunizmu w Polsce. Może niekoniecznie w formie rozlewu krwi i wieszania czerwonych na latarniach, jednak z wyraźnym wskazaniem, tych, którzy doprowadzili Polskę do gospodarczej ruiny i nazwaniem ich po imieniu: zdrajcami Polski i agentami sowieckimi...
Jak się komunizm skończył, wszyscy wiemy. Poklepywaniem się po plecach i wspólnym wznoszeniem toastów.
4 czerwca 1989 roku jest więc w pewnym sensie dniem narodowej klęski. Choć Komitety Wyborcze "Solidarności" wzięły wszystko w tych - o czym też warto pamiętać - niedemokratycznych wyborach, to jednak komuniści zachowali wpływy w najważniejszych resortach, tzw. resortach siłowych. Dzięki temu mieli czas na niszczenie i mikrofilmowanie akt SB, którymi dziś niejednemu "wielkiemu opozycjoniście" mogą pewnie pomachać przed nosem. No i wybór gen. Jaruzelskiego na prezydenta... To też ma być sukces 4 czerwca, który powinniśmy świętować? Jaruzelski, który został prezydentem, bo część posłów KO wstrzymała się od głosu... m.in. Jan Maria Rokita i Marek Jurek. Co tu świętować?
Gdybyśmy chociaż stali się oazą wolnorynkowego kapitalizmu... Jednak na stołku ministra finansów posadzono byłego aktywistę partyjnego, Leszka Balcerowicza, który powoli zaczął zaprzepaszczać pozytywy ustawy o działalności gospodarczej wprowadzonej jeszcze za - o ironio!!! - komuny, fiskalizując gospodarkę i tłamsząc przedsiębiorczość Polaków.
Co tu zatem świętować? Choć z drugiej strony... Dzięki 4 czerwca 1989 roku i dalszym wydarzeniom dowiedzieliśmy się sporo prawdy o wielu działaczach tzw. opozycji. Może nie wszystkich kapusiów już zdemaskowano, ale część przynajmniej tak. Część natomiast udowodniła, że - choć walczyła z poddaństwem Polski wobec Sowietów - nie potrafiła wyzwolić się z niewolniczej mentalności i dziś obrzydliwie pełza przed kolejną socjalistyczną utopią - Unią Europejską. Może rzeczywiście 4 czerwca był potrzebny po to, by po latach poznać tę prawdę.
Osobiście żywię nadzieję, że prawdziwy 4 czerwca, czy jakikolwiek inny dzień roku, który naprawdę wart będzie świętowania, jest dopiero przed nami.

Paweł Sztąberek

* * *

Wałęsa obrotowy (4 maja 2009)

Różne żarty zaczynają krążyć o Lechu Wałęsie w związku z jego pojawieniem się na kongresie partii Libertas w Rzymie. Niektórzy znów przypominają byłemu prezydentowi słynne: "Jestem za a nawet przeciw". Inni znów dowcipkują, że Wałęsa powinien robić licytację - która partia da mu więcej pieniędzy, na kongres tej pojedzie. Sami libertasowcy, oczywiście niektórzy, zwłaszcza w Polsce, zachwycają się obecnością noblisty na swoim kongresie twierdząc, że wreszcie przełamana została zmowa milczenia na temat ich ugrupowania i Wałęsa na pewno dużo partii pomoże, bo od paru dni wszystkie media mówią o zdarzeniu jakie miało miejsce w Rzymie. Przypuszczam, że gdyby Libertas zaprosił na swój kongres Czesława Kiszczaka w duecie z Wojciechem Jaruzelskim, media jeszcze dłużej by o kongresie mówiły i efekt "pomocowy" byłby zapewne jeszcze większy...
Ale żarty na bok... Osobiście uważam, że obecność pana Wałęsy na zjeździe to świadome działanie mające na celu zdyskredytowanie partii Libertas w oczach wyborców. No bo z jednej strony "eurosceptycy", którzy obalili - póki co - traktat lizboński, a z drugiej Wałęsa - euroentuzjasta aż do kwadratu, marzący zapewne o przyszłej roli prezydenta UE, podobnie chyba zresztą jak pan Ganley, szef Libertasu. Lechowi Wałęsie cel udało się chyba osiągnąć. Już wbił szpilę pomiędzy zwolenników tej partii w Polsce, a wśród jej sympatyków wywołał pewnie niemały dysonans poznawczy. Pan Wierzejski z Libertasu już zapowiada, że odpowiedzialni za "skandaliczne zachowanie" w Rzymie, czyli za wznoszenie okrzyków "Wałęsa Bolek", zostaną zidentyfikowani oraz ukarani. Cóż za doskonały przykład tańczenia tak jak mu zagrają... Pan Ganley sam nazwał ich "idiotami", zaś pan Wielomski wysmażył artykuł, w którym niemalże czuje się "poraniony" wybrykiem polskich libertasowców w Rzymie, którzy naskoczyli na Wałęsę. Wewnętrzne pranie brudów powoli się zaczyna i "eurosceptycy", przynajmniej ci spod znaku pana Ganleya, znów wychodzą na niespójną zbieraninę oszołomów.
Jakiś czas temu pisałem, że widziałbym jeszcze jakąś rolę do odegrania w Polsce dla pana Wałęsy. Mianowicie - propagatora kapitalizmu, po tym jak parę tygodni temu powiedział w Toruniu, że w Polsce powinno być trzy razy więcej kapitalizmu niż jest obecnie i trzy razy więcej ludzi zamożnych niż teraz... Byłem naiwny. Gdy jednak patrzę na działania byłego prezydenta i widzę ich destrukcyjny charakter, zaczynam wycofywać się ze swojego pomysłu. Bo skąd w końcu pewność czy pan Wałęsa jednego dnia nie zjawi się na kongresie prokapitalistycznym zachwalając wolny rynek, by następnego dnia - być może wykonując rozkaz swoich ukrytych mocodawców - odwiedzić zjazd socjalistycznej międzynarodówki, by dla równowagi wesprzeć socjalizm, albo jakąś popapraną trzecią drogę?

Paweł Sztąberek

* * *

Śmiać się czy płakać... (27 kwietnia 2009)

Czy ktoś jeszcze pamięta o komisji "Przyjazne państwo" i o tym czym owa komisja miała się zajmować? Cóż, okazuje się, że to kolejne oszustwo Platformy Obywatelskiej, no i oczywiście platforma, dzięki której pan Palikot wyfrunął do miana posła-skandalisty. A naprawdę mogła owa komisja odegrać pozytywną i ważną rolę dla Polski. Gdy ostatnio pan Palikot obalał flaszkę pod chmurką, w miejscu do tego niedozwolonym, łamiąc ustawę o wychowaniu w trzeźwości, robił to w imię spraw drugo, a nawet dziesięcio-rzędnych. Gdyby był to na przykład happening wyśmiewający absurd istnienia takiej ustawy, czy też absurd istnienia Agencji Rozwiązywania Problemów Alkoholowych i pokazanie przez to, jak wiele nonsensownych i nikomu (z wyjątkiem pracujących w nich osób) niepotrzebnych instytucji żyje na koszt podatnika, to rozumiem. Tymczasem chlanie jak menel w imię jakichś bzdur kompletnie mija się z celem...
Jakby mało było nieśmiesznych żartów posła Palikota tu, w kraju, to jeszcze amerykańska gazeta - "Washington Times", przeciwstawiła ostatnio polską gospodarkę gospodarce amerykańskiej, pisząc o naszej, że jest wzorem gospodarki wolnorynkowej, w przeciwieństwie do socjalistycznej gospodarki amerykańskiej. Dokładniej, chodziło o to, że rząd polski prowadzi politykę wolnorynkową, a rząd amerykański socjalistyczną. Z tego tekstu wynikało jakoby nasz kraj był oazą prokapitalistycznej wolności, wręcz wolnorynkowym wzorem dla wszystkich innych państw świata. Może gdyby artykuł ów powstał 1 kwietnie to można by się jeszcze ubawić. Ale tak, to nie wiadomo czy śmiać się czy płakać.
Ktoś, kto tworzy sobie obraz zagranicy, w tym obraz Polski, na podstawie relacji amerykańskich gazet, rzeczywiście może się uważać za ułomnego. Heritage Foundation pewnie inaczej zbiera informacje na temat poszczególnych krajów, gdy tworzy swój coroczny Indeks Wolności Gospodarczej, bo w ostatniej edycji Polska zajęła aż... 82 pozycję pod względem swobód gospodarczych. A gdyby opierać ranking na rewelacjach "Washington Times" to powinna być przynajmniej w pierwszej dziesiątce, za Hongkongiem, Singapurem itp... Lepiej jak za Gierka... Ale cóż, łże-liberałowie mają widocznie swoje wtyczki w amerykańskich mediach, jednak do amerykańskiej Fundacji, macki skandalisty Palikota już nie sięgają.
W zasadzie to nie ma się co cieszyć z tego, że Polska według HF jest na 82 miejscu. Osobiście wolałbym, by to artykuł z "Washington Times" opisywał prawdę. Ale cóż, rzeczywistości nie da się przeskoczyć... Podobnie jak nie da się zmienić natury mediów, które zawsze bardziej będą zainteresowane głupotami wyczynianymi przez posła Palikota, aniżeli sprawami naprawdę ważnymi dla Polski.

Paweł Sztąberek

* * *

Czerwoni kontra czerwoni (30 marca 2009)

Znów objawili się antyglobaliści. Cóż, odkąd okazało się, że naszej planecie grozi raczej globalne ochłodzenie zamiast ocieplenia, wrócili do starej zdartej płyty, czyli walki z globalizacją, co należy czytać - w ich rozumieniu - z "kapitalizmem, który zabija". Ci wiecznie zbuntowani, nigdy niedorośli harcownicy, zamierzają protestować w całej Europie przeciwko szczytowi najbogatszych państw świata, tzw. Grupie G8, który odbyć się ma 2 kwietnia w Londynie.
Przyznam, że z pewnymi postulatami protestujących, tym razem można by się zgodzić. Na przykład oburzanie się na dotowanie przez rządy banków. Również postulat pociągnięcia do odpowiedzialności bankierów też wydaje się, przynajmniej do pewnego momentu, słuszny... Piszę "do pewnego momentu", bowiem nie wiem co tak do końca antyglobaliści mają na myśli... Jeśli chodzi o przypadki konkretnych przestępstw, czy ewidentnych oszustw, to jak najbardziej. Kodeksy karne przewidują wszak takie procedury. Jeśli natomiast chodzi o odpowiedzialność zbiorową, rozumianą jako "każdy bankier powinien iść do więzienia już za sam fakt bycia bankierem, to kategorycznie - nie. Dziś chcą wsadzać bankierów, jutro wezmą się za sprzedawców lodów, po tym jak okaże się, że jakiś lodziarz jest kanibalem...
Ale gdyby na antyglobalistów i przedstawicieli grupy G8 spojrzeć inaczej, to okazałoby się, że w zasadzie to wszyscy oni są "po jednych pieniądzach". I jedni czerwoni i drudzy czerwoni. Jedni (antyglobaliści) domagają się socjalizmu, czyli pompowania w rynek pieniędzy podatników, drudzy zaś (rządy) ten socjalizm realizują w praktyce, tworząc "pakiety antykryzysowe" i aktywnie "walczą z kryzysem". Antyglobaliści oczywiście chcieliby aby rządy, zamiast banków, finansowały tzw. zwykłych ludzi, rządy natomiast sprawiają wrażenie jakby ograniczały się do banków. Co zresztą jest oczywiście nieprawdą, bo pieniądze pompuje się w różne branże, chociażby w samochodową. A rząd w Polsce będzie nawet dokładał do kredytów mieszkaniowych "tym co wzięli kredyt i stracili pracę" (choć to też pośrednio wsparcie banków). Socjalizm zatem pełną gębą! I pod tym względem nie rozumiem antyglobalistów. I oni bowiem nienawidzą kapitalizmu i poszczególne rządy nienawidzą kapitalizmu. Jednym słowem - jedna sitwa! Powinni się zatem kochać a nie przeciwko sobie protestować.
Ale cóż, logika nigdy nie była mocną stroną socjalistów. Z historii natomiast wiadomo, że nienawiść tak, również ta skierowana wobec własnego gniazda. Czerwoni, od bolszewików po nazistów, uwielbiali wyżynać się między sobą. Czy powinniśmy im dzisiaj w tym przeszkadzać?

Paweł Sztąberek

* * *

"Walka z korupcją" - cuchnie i cuchnąć będzie... (16 marca 2009)

Pani Julia Pitera, platformiana specjalistka od walki z korupcją, ma zgłosić pod rozwagę "wysokiemu parlamentowi" swój projekt walki z korupcją. Projekt ten zakłada dość poważne restrykcje wobec osób, które zajmują wysokie stanowiska w administracji państwowej, a także wobec parlamentarzystów i urzędników zwanych funkcjonariuszami publicznymi. Zgodnie z tym projektem kompletnie ma być prześwietlany majątek tych osób. Ale nie tylko zresztą ich. Prześwietlenie dotyczyć ma również najbliższej, ale i dalszej rodziny delikwenta, w tym również jego - na przykład - teściowej. A nawet ma ono sięgać, bodajże, pokolenia czy dwa wstecz... Prześwietlani mają być również pracownicy SS, czyli służb specjalnych. Np. funkcjonariuszy CBA prześwietlać będą funkcjonariusze ABW. I na odwrót - funkcjonariuszy ABW prześwietlać mają funkcjonariusze CBA... Jeśli projekt wejdzie w życie, jest szansa na to, że będziemy żyć w jednym z najbardziej prześwietlonych krajów świata. Transparentność - używając popularnego wśród naszych elit politycznych słowa - aż do bólu...
Niby wszystko fajnie. Lud tabloidowy będzie miał rzuconą karmę w postaci - być może - bardziej szczegółowych deklaracji majątkowych polityków i urzędników, może przy okazji wybuchnie jakaś aferka, że ktoś coś ukrył, albo że "zapomniał wpisać", albo że w ostatniej chwili przepisał majątek na kochankę, przez co żona czuje się skrzywdzona i przed sądem będzie się domagać zadośćuczynienia... Może i tak będzie... Ale czy w wyniku wprowadzenia nowych przepisów "antykorupcyjnych" korupcja rzeczywiście zniknie?
Projekt pani Pitery to najlepszy przykład potwierdzający słuszność powiedzenia, iż socjalizm to taki ustrój, w którym dzielnie rozwiązuje się problemy nieznane w innych ustrojach. Cóż z tego, że zaostrzone mają być przepisy antykorupcyjne skoro niczego nie zmienia się w ustroju gospodarczym. Nadal wiele dziedzin działalności obwarowanych będzie koncesjami, wciąż urzędnicy będą mieli znaczący wpływ na gospodarkę, wciąż o wydawaniu grubych miliardów z budżetu decydować będą ludzie niewolni od pokus. A korupcja rodzi się przede wszystkim tam, gdzie o gospodarce decydują urzędnicy. A w tej dziedzinie nic sie nie zmieni. To tak, jakby czyste ubranie założyć na brudne ciało. Cóż z tego, że ładnie, skoro cuchnie?
Gdyby wprowadzono w Polsce ustrój wolnorynkowy z prawdziwego zdarzenia, żadna ustawa antykorupcyjna nie byłaby potrzebna, natomiast pani Pitera mogłaby się zająć stawianiem babek w piaskownicy, albo troską o swoją fryzurę. No właśnie, i tu jest pies pogrzebany. Co robiliby ci wszyscy urzędnicy? A tak to przynajmniej walczą sobie o "transparentność", choć cuchnie i cuchnąć będzie...

Paweł Sztąberek

* * *

Empatia z opcji walutowych (9 marca 2009)

Wicepremiera Pawlak chce anulować opcje walutowe bądź w inny sposób zrekompensować straty tym którzy dobrowolnie w opcje zainwestowali. Wiele bardziej zyskałby wicepremier i rząd na popularności gdyby anulował i zwrócić obywatelom pobrany w ostatnich latach podatek dochodowy od zysków kapitałowych. Podobnie jak z chęci zysku firmy inwestowały w opcje walutowe tak obywatele inwestowali w dobrej wierze i dla zysku i w akcje spółek giełdowych oraz fundusze. Podobnie jak firmy na opcjach tak inwestorzy na akcjach początkowo zyskiwali dzieląc się tym zyskiem z państwem polskim w wymiarze 19% podatku zwanego podatkiem Belki. Rynek akcji podobnie jak rynek walutowy odwrócił się skutkiem czego inwestorzy ponieśli na akcjach ogromne straty, podobnie jak firmy na opcjach. Straty te w większości przekroczyły już dawno zyski, których część (19%) państwo Polskie zabierało w ostatnich kilku latach inwestującym obywatelom. Wspaniałomyślnym byłoby unieważnienie przez premiera obecnych cen akcji i przywrócenie ustawą tych wyższych sprzed prawie 2 lat a tym samym przywrócenie inwestorom utraconych już i opodatkowanych zysków.
Jestem realistą a nie premierem, więc wiem, że to raczej niemożliwe, ale jestem też tylko człowiekiem podatnym na empatię premiera i w kontekście jego zamiarów co do opcji wydaje mi się całkiem realne i uczciwe zwrócenie przez państwo polskie inwestorom zapłaconego podatku od zysków skoro tych zysków już nie ma. Powinno się tak stać zwłaszcza dlatego , że Platforma Obywatelska z premierem Tuskiem na czele obiecywała wyborcom, że jak dojdzie do władzy to zlikwiduje podatek Belki od zysków kapitałowych. Tymczasem Premier Tusk z Platformy Obywatelskiej znany z miłosiernego serca i szczodrości dla skrzywdzonych grup zawodowych nie dotrzymał obietnicy danej inwestorom i ogolił ich podatkiem belki a teraz nic nie robi by pokrzywdzonym zadośćuczynić i pomóc. Jak to dobrze że miłości do ludu nie wyzbył się jeszcze wicepremier Pawlak.

Andrzej Wianecki

* * *

Pokolenie Magistrów PAFERE... (2 marca 2009)

Słuchając niedawnych wystapień na temat gospodarki prezesa PiS, Jarosława Kaczyńskiego, czy wicepremiera Waldemara Pawlaka, zresztą - słuchając większość naszych politycznych eliciarzy, dojść można do wniosku, że ich wiedza na temat ekonomii zatrzymała się na Marksie i Engelsie, no, może niektórzy dojechali nawet do prezydenta Roosevelta, Keynesa, Gomułki... Ich recepta na kryzys, spowodowany w dużej mierze niepohamowanym interwencjonizmem państwowym w gospodarki, to jeszcze większy interwencjonizm. Choć wyraźnie widać, że dotychczasowa pazerność rządów na gmeranie w poszczególnych gospodarkach owocuje dziś tym, że zadławiają się one od tego interwencjonizmu, tęsknota, by wciąż popełniać ten sam błąd jest większa niż zdrowy rozsądek i zwykłe poczucie sprawiedliwości. Recepta naszych eliciarzy to wciąż i wciąż się zadłużać, tzn. zadłużać zwykłych ludzi, bo to oni będą kiedyś musieli za tę interwencjonistyczną orgię zapłacić. Rząd bowiem - jak mawiał pewnien klasyk - zawsze się wyżywi...
Jak zatem widać, edukacja to podstawa. Działająca już kilka lat w naszym kraju Fundacja PAFERE dostrzega tę potrzebę niesienia kaganka oświaty ekonomicznej. Świadczy o tym chociażby ogłoszony przez nią konkurs Magister PAFERE. W tym roku rusza druga edycja tego konkursu, którego główną ideą jest promowanie wolnorynkowych rozwiązań w gospodarce poprzez prezentowanie prac magisterskich dotykających właśnie tych zagadnień. Zwycięskie prace zostana oczywiście nagrodzone. Jest zatem o co powalczyć. O szczegółach tegorocznej edycji konkursu Magister PAFERE i warunkach uczestniczenia w nim przeczytać można na stronie intenetowej Fundacji...
Zanim jednak tegoroczna edycja konkursu rozpocznie się na dobre warto przypomnieć sobie jak to było w roku ubiegłym. A znakomitą okazję do tego stwarzają blog Fundacji PAFERE na portalu Salon24 i Dziennik.pl, skąd łatwo można przeskoczyć o stron internetowych zawierających spory zasób informacji na temat ubiegłorocznego konkursu, fotoreportaż, nagrodzone prace w formacie PDF, oraz prelekcję Roberta Gwiazdowskiego - "Czy to jest kraj dla liberałów?", w wersji MP3 oraz video.
Trudno przypuszczać, że zawita na owe strony np. prezes PiS-u oraz pozostali etatyści, od SLD aż po PO. Ci są już raczej dla sprawy straceni. Ale przecież za jakiś czas w dorosłe życie, również w życie polityczne, wchodzić zacznie nowe pokolenie, choćby pokolenie uczestników konkursu Magister PAFERE. To raczej w nich cała nadzieja...

Paweł Sztąberek

* * *

Sprawa długów z min. Czumą w tle... (23 luty 2009)

Od tygodni cały świat tzw. mediów i wszystkich opcji politycznych żyje "sprawą" rzekomych amerykańskich długów posła i ministra sprawiedliwości w jednej osobie, Andrzeja Czumy. Pomijając przyczyny takiego zainteresowania ze strony mediów osobą nowego ministra i zupełnie zostawiając na boku kwestię tego, czy "ujawnienie" tej sprawy było wyrazem dziennikarskiego dążenia do prawdy w życiu publicznym, czy też wykonaniem zwykłego "zlecenia", warto na problem długów spojrzeć z zupełnie innej perspektywy.
Cóż takiego zarzuca się Andrzejowi Czumie? Że miał lub ma, bo do końca to nie zostało wyjaśnione, długi. Że w sprawie jego długów zapadły decyzje amerykańskich sądów na jego niekorzyść. Że mimo sądowych decyzji nie wszystkie długi zostały spłacone (informacja nie do końca potwierdzona). Wreszcie, zarzut z ostatnich dni, który dotyczy w zasadzie jakiejś sprawy sądowej dorosłego syna.
Miałem nieprzyjemność oglądać w telewizji pomstującego posła Napieralskiego (SLD), wypowiedzi posłów PiS-u, oburzenie wielu dziennikarzy i publicystów, że do czego to doszło, że Polska dorobiła się ministra dłużnika, że taki stan rzeczy kompromituje nasz kraj na arenie międzynarodowej i temu podobne głosy nie znikały z ekranów telewizorów.
Poseł Napieralski w programie red. Tomasza Lisa (który to tydzień wcześniej starał się uczyć moralności byłego premiera Marcinkiewicza, a który sam swoją rodzinę porzucił dla innej dziennikarki), pouczał że nie do zniesienia jest sytuacja, aby w polskim rządzie funkcję piastowała osoba z długami.
Nie sposób nie zgodzić się z trafną tezą posła Napieralskiego, ale jeśli tak, to Polska w zasadzie powinna pozostawać permanentnie bez rządu, gdyż każdy obywatel Polski, w tym również poseł Napieralski jest zadłużony.
Jak donosi raptem 20 lutego br. Ministrestwo Finansów, zadłużenie Polski na koniec ub. roku wyniosło 570 miliardów złotych i tylko w minionym roku wzrosło o 70 miliardów złotych. W 2008 roku sama obsługa zadłużenia Polski kosztowała takiego statystycznego posła Napieralskiego 700 zł.
Skąd biorą się takie kwoty? Politycy wszystkich partii, które dotychczas rządziły Polską zadłużały państwo. Państwo zaś to nikt inny jak obywatele, a w tym wypadku podatnicy. To oni spłacać muszą długi zaciągane przez polityków. Co ciekawe, poseł Napieralski, tak chętny do udzielania lekcji ministrowi Czumie, że powinno się żyć bez długów, zapomina że za czasów rządów właśnie SLD, zadłużenie Polski wzrosło o ponad 20 miliardów złotych.
Zadłużać siebie, ludzka rzecz. Każdy może żyć na kredyt i nic nam do tego pod warunkiem, że znajdzie takich głupich co mu będą go udzielać. Zadłużać dla realizacji własnych korzyści politycznych innych, w tym przyszłych obywateli, którzy nawet nie zdążyli jeszcze się urodzić, to dopiero Himalaje złodziejstwa i hipokryzji.
Poseł Napieralski, tak skory do krytykowania Andrzeja Czumy za jego prywatne długi, zupełnie nie wspomina o tym jak pozwolił na zadłużenie nas wszystkich na wiele, wiele lat, co będą spłacać jeszcze nasze dzieci i pewnie wnuki. To dopiero polityczny cynizm i buta - będąc współodpowiedzialnym za perfidne okradanie Polaków występować w telewizji i pouczać innych w sprawie ich prywatnych długów.
W tym kontekście warto odnotować jeszcze jedną pomijaną ciekawostkę, a mianowicie decyzje sądów w sprawach długów Andrzeja Czumy. Czy w Polsce sądy działają z taką szybkością jak w Stanach Zjednoczonych? Ile czeka się przeciętnie na załatwienie wydawałoby się najoczywistszej sprawy sądowej. Nikt o tym nie wspomina, że amerykański wymiar sprawiedliwości działa tak jak działa, czyli że polski dziennikarz może wejść do Internetu i sprawdzić kto jest, albo był zadłużony i na jaką kwotę.
Skoro zatem świat mediów i polityków z taką dokładnością bada prawdziwe lub nieprawdziwe długi ministra Czumy, może warto przeprowadzić dziennikarskie śledztwo odnośnie zadłużenia Polaków przez polityków. To dopiero mogłaby być bomba!

Paweł Toboła-Pertkiewicz

* * *

Prezydent Kaczyński bierze doradców... (16 luty 2009)

W listopadzie ub. roku "Gazeta Bankowa" zamieściła wywiad z prezydentem Lechem Kaczyńskim. Prezydent pytany wówczas o swój stosunek do gospodarki odpowiedział: "Gdy trzy lata temu zostałem prezydentem Rzeczpospolitej, wygrałem między innymi dlatego, że opowiedziałem się za Polską solidarną. Bliska jest mi wizja państwa, w której korzyści z naszej wolności, z naszego rozwoju, są korzyściami dzielonymi, jeżeli nie zupełnie po równo, bo w gospodarce rynkowej nie jest to możliwe, a wszelkie inne formy gospodarki po prostu się nie sprawdziły, to w każdym razie jak największa grupa obywateli powinna odnosić korzyści z rozwoju gospodarczego." I dalej: "(...) Rynek jest potrzebny, żadna gospodarka na świecie inna niż rynkowa nie okazała się skuteczna. Ale rynek, jeżeli ktoś chce go doprowadzić do postaci czystej i zaborczej, zawodzi. Obecny kryzys udowodnił to najlepiej. Udowodnił także, że swoista gra rynkowa wymaga nadzoru ze strony państwa."
Cóż można by na to powiedzieć...? W zasadzie każdy współczesny socjaldemokrata mógłby powiedzieć dokładnie tak samo. Rynak jak najbardziej, ale...
Jakby potwierdzeniem wyżej zacytowanych przez prezydenta wypowiedzi na temat gospodarki są jego ostatnie decyzje personalne związane z mianowaniem doradców ekonomicznych. Otóż pan prezydent Lech Kaczyński na doradców wybrał sobie pp. Ryszarda Bugaja oraz Adama Glapińskiego. Pierwszy z nich jest szczerym socjalistą, który zresztą należał kiedyś do socjalistycznej partii, Unii Pracy. Zresztą partii nie tylko socjalistycznej ale i antyklerykalnej. W zasadzie równie dobrze pan prezydent mógłby mianować na swojego doradcę p. Grzegorza Kołodko. Na jedno by wyszło. Drugi z panów, wieloletni działacz pierwszej partii pana prezydenta, Porozumienia Centrum zasłynął natomiast tym, że na początku III RP rozpoczął proces koncesjonowania polskiej gospodarki. Wprowadził m.in. koncesje na obrót paliwem.
Domyśleć się można, że tok rozumowania pana prezydenta jest następujący: pan Bugaj - socjalista, a pan Glapiński - dla przeciwwagi liberał. Oczywiście dychotomia ta jest fałszywa, bowiem pan Glapiński żadnym liberałem nie jest, a - jak większość dawnych PC-tów i obecnych PiS-aków - etatystą, który nie wyobraża sobie rynku bez ręcznego sterowania.
Pan prezydent zapewne dumny jest z tego, że na czas kryzysu obstawił się dwoma ekonomistami, którzy właściwie mu doradzą. Że jest na kryzys przygotowany. Tyle że jakie rady wynikać mogą z połączenia stanowiska wybitnie socjalistycznego (p. Bugaj) ze stanowiskiem etatystycznym (p. Glapiński)? Nawet jeśli pan prezydent wyciągał będzie z tych stanowisk jakąś średnią arytmetyczną, to aż strach pomyśleć, co będzie... Choć właściwie, czy od prezydenta Francji, Nicolasa Sarkozy'ego, znanego unijnego bolszewika z partii "prawicowej", może być jeszcze ktoś gorszy?

Paweł Sztąberek

* * *

Bierutów ci u nas dostatek (9 luty 2009)

Życie w naszym kraju przeżarte jest absurdami. Zresztą, socjalizm to ustrój pełen absurdów. Pani prezydent Warszawy postanowiła rozprawić się z prywatnymi przedsiębiorcami, którzy akurat w centrum stolicy mają swoje miejsca pracy. Gdyby prezydentem był np. Bolesław Bierut to bym się nie dziwił. Ten własność prywatną zwalczał z wielką pasją... Ale pani Hanna Gronkiewicz-Waltz (HGW), przedstawicielka partii ponoć odnoszącej się do własności prywatnej z szacunkiem? No i to już jest pierwszy absurd. Ale cóż, widocznie Bierut w spódnicy możliwy jest i w Platformie Obywatelskiej. Otóż pani prezydentowa HGW ma inne plany w stosunku do terenów położonych wokół Pałacu Kultury i Nauki im. Józefa Stalina. Jakie, nie wiem... Być może nosi się z zamiarem jakiegoś wyjątkowego upamiętnienia Stalina, np. seria pomników.... Oczywiście to żart... z tymi pomnikami. Zresztą, nie potrzeba stawiać Stalinowi czy Bierutowi pomników w centrum Warszawy, by duch tych dwóch panów unosił się nad Placem Defilad.
Walka z prywatnymi przedsiębiorcami w Warszawie (ale nie tylko) ma w tzw. wolnej Polsce już swoją sporą tradycję. Zaraz po wprowadzeniu ustawy Wilczka, gdy na ulicach stolicy, i nie tylko, jak grzyby po deszczu zaczęły wyrastać setki straganów oferujących przeróżne towary, urzędasom z magistratów w całej Polsce zaczęło to przeszkadzać i wówczas rozpoczęła sie pierwsza wojna z kapitalizmem w III RP. Pod pretekstem, że "straganiarze" szpecą miasta, niekorzystnie wpływają na ich estetykę, prywatnych przedsiębiorców zaczęto przepędzać z ulic przy pomocy uzbrojonych po zęby policjantów. Kolejną wojnę warszawskim kupcom wypowiedziano w związku z likwidacją stadionu X-lecia. Również straszono użyciem siły. Takich przypadków było zapewne w skali kraju mnóstwo. Ostatnio także na granicy w Medyce, gdzie policja brutalnie rozprawiła się z tymi, którzy brali sprawy w swoje ręce, handlując z braćmi ze Wschodu...
Współczesne samorządy to dziś instytucje opierające swą działalność głównie na żebraniu o unijne dotacje. Z jednej strony zwalczają tych, którzy nie oglądają się na państwo i coś próbują robić na własny rachunek, jak np. kupcy w Warszawie czy prywatni przewoźnicy w Piotrkowie Trybunalskim, z drugiej same żebrzą o jałmużnę z Brukseli. Skoro samorządowe, zinstytucjonalizowane żebractwo o dotacje, czyli o pieniądze wcześniej odebrane siłą podatnikom, musi już mieć miejsce, to przynajmniej niech owe samorządy nie przeszkadzają tym, którzy próbują robić coś na własną rękę i na własne ryzyko. Jeśli ktoś chce prowadzić biznes nie należy mu w tym przeszkadzać, jeśli jakaś dziedzina działalności gospodarczej wymaga uzyskania koncesji, należy udzielać jej wszystkim, którzy o nią wystąpią. Chociaż tu należy kierować się rozsądkiem i zasadą, że "chcącemu nie dzieje się krzywda". Bo inaczej absurdów będzie coraz więcej. Ot, choćby programy unijne oferujące dotacje (zasiłki) dla chcących rozpocząć działalność gospodarczą... Z jednej strony, decyzjami administracyjnymi niszczy się już działające prywatne biznesy, a z drugiej proponuje programy, w ramach których oferuje się unijne jałmużny na rozpoczęcie działalności gospodarczej. Absurd na absurdzie...

Paweł Sztąberek

* * *

Gdzie są antyglobaliści? (2 luty 2009)

Niedawno odbył się w Davos tzw. szczyt ekonomiczny. Wcześniej odbyło sie spotkanie grupy G8. Jeszcze wcześniej w Krynicy spotkano się na Forum Ekonomicznym. W międzyczasie odbyło się zapewne jeszcze kilka innych szczytów, spotkań, sympozjów, na które zjechali się przeróżni możni tego świata. Obradowali pewnie o kryzysie oraz innych ważkich problemach współczesnego świata. Po co o tym wspominam? Nie, nie po to, aby zastanowić się nad sensem tego typu spędów, czy nad analizą poruszanych podczas nich tematów. Wspominam o tym tylko po to, by zwrócić uwagę na pewną charakterystyczną sprawę, a właściwie, by zadać jedno pytanie... A gdzie podziali się ANTYGLOBALIŚCI, ALTERGLOBALIŚCI i diabli wiedzą kto jeszcze? No własnie, gdzie?
Jeszcze nie tak dawno temu, problemem frapującym dziennikarzy na całym świecie, w mniejszym stopniu było, o czym możni tego świata będą dyskutować, a bardziej, czy policja poradzi sobie z dziesiątkami tysięcy podążającychy za nimi wszędzie tam, gdzie się pojawią, przeciwnikami globalizacji... A dziś? O antyglobalistach nawet słowa. Zapadli się pod ziemię, czy też może problem globalizacji, który wzbudzał w nich odruch sprzeciwu na tyle silny, że nie żałowali na bilety lotnicze, podążając, a to od Seattle, przez Tokio, aż po Genuę, by trochę poszarpać sie z policją, czy ów problem nagle zniknął?
Odpowiedź wydaje się tylko jedna. Ktoś, kto stał za ruchem antyglobalistycznym, albo przestał ów ruch finansować (kto wie, może z powodu kryzysu zbyt wiele stracił, by jeszcze bawić się w antyglobalizm), bądź nastąpiła w wyniku czyjegoś rozkazu zmiana akcentów, i od tej pory tematem numer jeden dla niedawnych antyglobalistów stała się walka z "ociepleniem klimatu". Jest to całkiem prawdopodobne, zważywszy na to, że poza starymi wyjadaczami wiedzącymi jak pod groźbą urojonej katastrofy wyciągać od podatników kasę, w szeregach "walczących z ociepleniem" znalazło się wielu pożytecznych, idiotów, gotowych uwierzyć we wszystko (no, może z wyjątkiem Pana Boga). Podczas gdy niedawni guru antyglobalistów przywdziali garnitury i wciskają "naukowe" kity na temat ocieplenia klimatu na konferencjach, zjazdach i sympozjach, pożyteczni idioci wieszają się na kominach ciepłowni, kładą na torach, głeboko wierząc, że lada moment - jeśli tylko nie wprowadzi się limitów - zostaną spaleni przez słońce.
Kilkanaście lat temu walczono z "przeludnieniem", potem z "globalizacją", o czym mało kto już dziś pamięta. Teraz na tapecie jest "ocieplenie klimatu". Jaki zaś temat przeróżni lewacy wymyślą sobie następnie, by znów wyrwać od podatników na całym świecie trochę szmalu? Bo o tym, "że klimat się ociepla", wszyscy pewnie wkrótce zapomną.

Paweł Sztąberek

* * *

Wolnorynkowe nowości książkowe (26 stycznia 2009)

Jedną z misji Fundacji PAFERE jest udostępnianie Polakom klasycznych dzieł ekonomii wolnorynkowej. Właśnie na rynku wydawniczym pojawiły się dwie ciekawe pozycje, które w syntetyczny sposób prezentują wybrane zagadnienia.
Z przyjemnością zatem zawiadamiamy, że jest już dostępna w formie książki zwycięska praca konkursu Magister PAFERE 2008. Szkoła austriacka wobec socjalizmu autorstwa Jacka Kacperskiego to podstawowe kompendium wiedzy na temat austriackiej szkoły ekonomii. Praca ta przedstawia zarówno historię tego najbardziej wolnorynkowego nurtu w ekonomii, jej twórców i najważniejszych przedstawicieli, jak również prezentuje stanowiska szkoły w kluczowych zagadnieniach: stosunku do socjalizmu, interwencjonizmu, państwa dobrobytu a także współczesnych problemów wolnego rynku. We wstępie do książki prof. Witold Kwaśnicki z Uniwersytetu Wrocławskiego pisze, że "Zgodzić się trzeba z Autorem, że nie ma drugiej takiej szkoły, która przez ponad 100 lat zachowałaby taką wierność swoim prekursorom oraz pierwszym ideom".
Rzeczywiście, austriacka szkoła ekonomii jest wyjątkową szkołą. Dzięki pracy Jacka Kacperskiego, docenionej przez jury konkursu Magister PAFERE, czytelnicy mają okazję poznać bliżej główne zagadnienia pozostające w sferze zainteresowań twórców szkoły.
Druga praca, jaka właśnie wyszła drukiem to cieszące się nieustającym powodzeniem w Stanach Zjednoczonych klasyczne już dzieło Leonarda E. Reada pt. Ja ,ołówek. Opowiadanie skierowane jest w zasadzie do wszystkich, niezależnie od poziomu posiadanej wiedzy ekonomicznej. Zarówno do tych, którzy o ekonomii nie mają pojęcia, jak do tych, którzy o ekonomii wiedzą niemal wszystko. Obecny prezydent Foundation for Economic Education, Lawrence Reed, z okazji 50. rocznicy pierwszego wydania ołówka opisał ją następującymi słowami: "Elokwentna. Wyjątkowa. Ponadczasowa. Wzorcowa. Klasyczna. Pół wieku od swojego pierwszego wydania, książeczka Leonarda Reada Ja, ołówek, wciąż zbiera te same, zasłużone pochwały. Dzieje się tak dlatego, że ten niewielki tekst ma zdolność otwierania oczu i umysłów ludzi w każdym wieku, a wielu jego czytelników po skończonej lekturze widzi świat zupełnie inaczej". Profesor Milton Friedman wyraził się z kolei, że nie zna żadnego innego utworu literackiego, który w tak zwięzły, przekonywujący i efektywny sposób wyjaśniałby znaczenie koncepcji niewidzialnej ręki Adama Smitha - rozumianej jako możliwość nieskrępowanego i nieprzymuszonego działania.
Zachęcamy wszystkich Czytelników Strony Prokapitalistycznej do zapoznania się z nowościami wydawniczymi. Zakupując wyżej zaprezentowane książki otrzymują Państwo nie tylko ciekawą literaturę, ale wspierają również materialnie prace nad kolejnymi książkami. Już wkrótce dzięki funduszom Fundacji PAFERE ukaże się opracowanie obalające wszechobecnie panujące w Polsce mity związane z Wielkim Kryzysem Gospodarczym lat 20. ub. wieku. Kolejne publikacje czekają w kolejce. Liczymy na Państwa pomoc. Kupując książki dokładacie cegiełkę w budowie wolnego i sprawiedliwego społeczeństwa.

Paweł Toboła-Pertkiewicz

* * *

Eurokołchoźnicy zaczynają się śpieszyć (12 stycznia 2009)

Dowiadujemy się oto, że prezydent Francji przygotowuje "misję ostatniej szansy". Adresatem owej misji ma być prezydent RP, Lech Kaczyński, a jej celem - nakłonienie go do podpisania Traktatu Lizbońskiego. Prezedent Sarkozy nie przyjedzie osobiście, wysłać ma jakąś ważną figurę, która będzie miała za zadanie odpowiednio urobić prezydenta Polski. Atak eurokołchoźników ma zresztą być podjęty z kilku stron jednocześnie... Przysłowiowym nożem w plecy ma być rezolucja polskiego parlamentu wzywająca Lecha Kaczyńskiego do niezwłocznego podpisania traktatu. Jak widać, strategia jest prosta - zaatakować z kilku stron, poddać prezydenta presji i wreszcie zmusić go do uległości w kwestii eurokołchoźniczej konstytucji.
Eurokołchoźnikom bardzo się śpieszy. Pytanie tylko, dlaczego? Być może czują oni, że to ostatni moment na to, by doprowadzić do powstania eurokołchozu... Być może czują oni, że niestabilna sytuacja gospodarcza na świecie, w tym również na kontynencie europejskim, zwiastować może odwrócenie się niektórych państw od "ideii zjednoczenia", a nastawić je bardziej na troskę o własne sprawy... Być może pogarszająca się kondycja gospodarcza w największych państwach UE, uzmysłowi im, że Unia oraz wspólna waluta nie są żadnym remedium na dobrobyt ani stabilizację polityczą... skoro gaz i tak płynie z Rosji... Dlatego trzeba się śpieszyć.
Śpieszą się zatem i nasi rodzimi eurokołchoźnicy. Eurokołchoźniczka Hall, eurokołchoźnik Komorowski, eurokołchoźnik na etacie "przygłupa" - Palikot... I cała reszta. O tym, że śpieszą się jak tylko mogą świadczy choćby ostatnie zamieszanie wokół kwestii przymusowej konfiskaty dzieci przez rodzimą faszy-bolszewię. Parę dni temu obiegła nas informacja, że kionfiskata przez państwo dzieci do szkół od 6 roku ich życia ma być odłożona do 2012 roku. Zapisany wcześniej w ustawie "obowiązek" zamieniono na "prawo". Jednak 8 stycznia br., późnym wieczorem na komisji sejmowej ponownie przywrócono słowo "obowiązek" zastepując nim "prawo". De facto więc oznacza to, że tzw. reforma edukacji wchodzi w życie już od września 2009 roku, czyli dzieci urodzone od 01.01 do 30.04 2003 MUSZĄ iść do szkoły (zobacz szczegóły: Ratujmy maluchy! ).
Jak widać eurokołchoźnicy doszli do wniosku, że nie ma co czekać do 2012 roku, że czas nagli. Dlatego im szybciej podda się dzieci przymusowej indoktrynacji już od najmłodszych lat, tym wierniejszych eurokołchoźników się z nich wychowa.
Kto wie, czy unijna faszy-bolszewia nie jest gotowa poświęcić Irlandii i wykluczyć jej z eurokołchozu, byleby tylko traktat został zatwierdzony. Może poświęcą również Czechy... Polska jest jednak sporym krajem, szkoda by było takiej prowincji... Stąd "misja ostatniej szansy" skierowana do prezydenta Kaczyńskiego. Jednak co dalej, jeśli okaże się, że ta misja się nie powiedzie?

Paweł Sztąberek

* * *

Ustawa o działalności gospodarczej - paradoks historii (5 stycznia 2009)

Smutny to paradoks, że najwięcej dla wolności gospodarczej w Polsce zrobili komuniści. Właśnie minęła 20 rocznica od uchwalenia "Ustawy o działalności gospodarczej", czyli tzw. ustawy Wilczka. Dynamiczny rozwój prywatnych firm w Polsce, począwszy od skromnych ulicznych kramików, aż po poważniejsze przedsięwzięcia biznesowe, to właśnie zasługa tej ustawy. To ona przyczyniła się do powstania około półtora miliona firm i stworzenia prawie sześciu milionów miejsc pracy. W momencie, gdy zamykano wiele nierentownych zakładów pracy, i gdy ludziom groziło bezrobocie, właśnie te nowe możliwości zatrudnienia odegrały bardzo ważną rolę amortyzatora społecznych niepokojów.
Potem było już tylko gorzej. Wprowadzenie - już przez tzw. rządy solidarnościowe z tzw. "liberałami" na czele - nowych podatków oraz regulacji (VAT, popiwek, dostosowywanie się do unijnych norm itp.) oraz coraz większe reglamentowanie działalności gospodarczej (gdy ustawa weszła w życie było tylko kilkanaście dziedzin podlegających koncesjom, dziś jest ich ponad 200), przypominało kaganiec jaki zaczęto nakładać na polską przedsiębiorczość. W wyniku tego kagańca wielu ludzi zeszło do szarej strefy, którą też potem usilnie zaczęto zwalczać, a przynajmniej starano się to robić. Obecnie - jak wynika z sondażu dziennika "Rzeczpospolita" - największą bolączką polskich przedsiębiorców wcale nie są ograniczone możliwości robienia interesów, lecz nadmierny fiskalizm państwa, a konkretnie wysokość danin jakie trzeba pod przymusem płacić na ZUS oraz NFZ. Gdyby nie one, może nawet gładko dałoby się przejść przez kryzys.
Nasze życie gospodarcze osaczone jest tyloma nonsensami, że już przed laty powoływano komisję ds. odbiurokratyzowania gospodarki. Za ironię losu uznać można fakt, że na jej czele stał człowiek, który do tej biurokratyzacji mocno się przyczynił, czyli Leszek Balcerowicz. Czy ktoś w ogóle wie, czym działalność tamtej komisji się zakończyła? Obecnie w sejmie działa komisja "Przyjazne państwo", która ma się zajmować eliminacją z życia gospodarczego absurdów utrudniających egzystencję przedsiębiorcom. Ale cóż z tego, skoro szefowi tej komisji, Januszowi Palikotowi, zamiast uporczywego forsowania zmian w ustawodawstwie, wyznaczono rolę przygłupa, który ma za zadanie biegać po sejmie z wibratorami i świńskimi ryjmi, po to tylko, żeby dziennikarze się nie nudzili. Czy "przygłupa" może ktoś - z wyjątkiem kilku poważnych dziennikarzy - traktować poważnie, i czy "przygłup" wyeliminuje biurokratyczne absurdy utrudniające życie normalnym ludziom?
Smutne to, że na konferencji "Drogi do wolności" zorganizowanej 29 grudnia 2008 roku przez Centrum im. Adama Smitha, głównym bohaterem był minister z ostatniego rządu komunistycznego, Mieczysław Wilczek. Nie zabrakło na niej również oczywiście przedstawicieli rządzącej Platformy Obywatelskiej, panów Szajnfelda i Czumy. Ale cóż z tego, skoro ci ostatni, choć deklarowali, że są gorąco "za", w praktycznym działaniu okazują się "nawet przeciw". Co namniej tak samo, jak ich nowy idol, którego imieniem nazwano jeden z polskich portów lotniczych.

Paweł Sztąberek

* * *

Podsumowanie (29 grudnia 2008)

Koniec roku sprzyja podsumowaniom. Również Czytelnikom Strony Prokapitalistycznej takowe się należą.
Nasi wierni Czytelnicy wiedzą, że Strona istnieje już 7 lat. Statystyki pokazują, że w tym czasie zanotowaliśmy około 700 tysięcy wejść. W tym roku, do chwili obecnej odwiedziło nas 155721 internautów (warto dodać, że w liczbie tej znaczną część stanowią tzw. "unikalni użytkownicy"). Średnio daje to prawie 13 tys. wejść miesięcznie. Ktoś może powiedzieć, że nie są to jakieś rewelacyjne wyniki. Wokół przecież wszyscy się chwalą, że przykładowo 100 tys. wejść miesięcznie to dla nich chleb powszedni. Może i tak. Biorąc jednak pod uwagę tematykę Strony, to osiągamy i tak całkiem niezły rezultat. Na nasz portal nie wchodzą ludzie po to, by się "rozerwać" czy poplotkować, ale po to, by się czegoś dowiedzieć, czegoś się nauczyć, z czymś się zgodzić lub nie. Z naszej Strony korzystają m.in. studenci, czerpiący materiały do swoich prac, ale również pracownicy naukowi, o czym świadczą chociażby odnośniki do SP, znajdujące się na stronach internetowych wydziałów ekonomicznych przynajmniej kilku uczelni.
Mijający rok zaowocował bliższą współpracą z portalem internetowym Fundacji PAFERE. Pomaga to między innymi w poszerzaniu bazy ciekawych i ważnych artykułów, ale także stwarza możliwość wspólnej pracy przy różnych przedsięwzięciach wydawniczych. Ta współpraca zapewne nadal będzie się rozwijała, z pożytkiem dla ideii wolności w naszym kraju.
Przyszły rok przyniesie pewne zmiany. Prawdopodobnie zmieni się wygląd Strony Prokapitalistycznej, a także jej nazwa (nowa domena). Niejednokrotnie zdarzało mi się odbierać od Czytelników sygnały, że Stronę należałoby unowocześnić, uczynić ją bardziej interaktywną. Powinno się to za jakiś czas stać. Jeśli nic nie stanie na przeszkodzie, nowa witryna zawierać będzie m.in. wyszukiwarkę, co na pewno ułatwi poruszanie się po niej, jak również możliwość bezpośredniego komentowania publikowanych tekstów. Możliwe będzie również korzystanie z materiałów audio i video. Jeśli tylko plan zmian na www okaże się możliwy do wykonania, i gdy tylko będzie miał się ku końcowi, Czytelnicy zostaną o tym powiadomieni.
Na nadchodzący 2009 rok redakcja SP składa wszystkim Czytelnikom i Współpracownikom wszelkiej pomyślności, realizcji marzeń, jak najmniej biurokratycznych przeszkód w codziennym życiu i więcej wolności.

Paweł Sztąberek

* * *

Grecka lekcja (15 grudnia 2008)

Zamieszki jakie przetaczają się przez Grecję pokazują m.in. do czego prowadzi pobłażanie dla chuligaństwa w połaczeniu z łagodną polityką karną. Jak pewnie pamiętamy, podobne zdarzenie miało miejsce kilka lat temu we Włoszech. Podczas ataku na policję zastrzelono młodego chłopaka, który, wraz z innymi kolegami zaatakował policyjny radiowóz. Fala protestów tzw. obrońców praw człowieka, jaka wówczas się przetoczyła przez całe Włochy, ale i świat, była ogromna. Policjanta aresztowano, ale to i tak nie uspokoiło sytuacji. Policję zwyzywano od najgorszych, a nad tym czy użycie broni wobec chuligana było zasadne czy też nie, mało kto się potem zastanawiał. Wszyscy biadolili, że policjant zabił młodego chłopaka, jednak to że ten "młody chłopak" niszczył cudze mienie, rzucał gaśnicami w samochody i że zagrażał życiu innych, zeszło na dalszy plan...
Podobnie teraz w Grecji... Policjant śmiertelnie postrzelił osobnika, rzucającego kamieniami, wraz z grupą kolegów w radiowóz. Żeby załagodzić dalszym rozruchom, natychmiast aresztowano policjanta, który strzelał, oraz jego kolegę z patrolu, ogłaszając dumnie na cały świat nawet ich nazwiska. Ten komunikat nie zapobiegł eskalacji rozruchów. Niszczone mienie prywatne - domy, sklepy, samochody, setki rannych - to bilans trwających zamieszek. Dopiero po kilku dniach zaczęto się zastanawiać, czy policjant strzelający do rzucającego w niego kamieniami chuligana nie postąpił słusznie. Wspomniano o badaniach lotu kuli i okazało się, że broń stróża prawa nie była skierowana wprost w awanturnika, lecz trafiła go rykoszetem. Zaczęło pojawiać się coraz więcej wątpliwości...
Owszem, wątpliwości jest w całej tej sprawie mnóstwo. Podstawową można sprowadzić do pytania, czy aby zbytnia pobłażliwość władzy państwowej dla wybryków przeróżnych ulicznych chuliganów nie stanowi dla nich zachęty do coraz bardziej drastycznego łamania prawa? Czy sytuacja, w której policjant reaguje zdecydowanie, a potem za to jego zdecydowanie pakuje się go do więzenia, bo "obrońcy praw człowieka" ujmą się nie za nim, lecz za chuliganem, nie sprawia, że ci którzy są powołani do strzeżenia porządku, do ochrony naszego mienia i obrony naszego życia, pięć razy się zastanowią zanim ruszą palcem?
Również w Polsce ciągle narzekamy na zbyt słabą reakcję policji, chociażby na wybryki chuliganów nazywających się kibicami. Gdy jednak policja zareaguje bardziej ostro, wówczas można być pewnym, że "Gazeta Wyborcza" i inne gadzinówki napiszą, że policja była zbyt brutalna.
W ubiegłym roku zamieszki przetoczyły się przez Francję. Policja nie potrafiła sobie z nimi poradzić, gdyby bowiem zastrzelono jednego, bądź więcej prowodyrów, pojawiłyby sie oskarżenia nie tylko o brutalność, ale i o rasizm, z racji koloru skóry większości zadymiarzy. Zatem chuligaństwo triumfowało na ulicach.
Czy to się może zmienić? Tylko wówczas jeśli władza będzie bardziej zdecydowana w tym, by rządów nad ulicami naszych miast nie oddać bandytom, nawet jeśli próbują swoje chuligaństwo uzasadniać "walką z globalizacją", "ocieplaniem klimatu", "rasizmem", czy "miłością do swojej ukochanej drużyny". Jeśli stanie się inaczej, wówczas policję rzeczywiście można będzie zredukować do roli instytucji zajmującej się rozdawaniem lizaków w przedszkolach, organizowaniem konkursów dla gimnazjalistów "Bezpieczne wakacje" albo kręceniem filmików o komisarzu Błysku, ostrzegającym przed przechodzeniem przez jezdnię w niedozwolonym miejscu... Tylko czy podatnicy powinni to wówczas finansować?

Paweł Sztąberek

* * *

Kryzys czy dopiero preludium? (8 grudnia 2008)

Kilka dni temu w Łodzi odbyła się interesująca konferencja "Rynek kapitałowy a koniunktura gospodarcza". Spośród wielu prelegentów na szczególoną uwagę zasługiwały wystąpienia przedstawicieli Instytutu Misesa, p. Witolda Falkowskiego i p. Mateusza Machaja, oraz osób zbliżonych poglądami do tzw. Szkoły Austriackiej w ekonomii, p. Roberta Gwiazdowskiego z Centrum im. Adama Smitha i p. Ireneusza Jabłońskiego z Fundacji Projekt Łódź. Wspomniani prelegenci mówili o obecnym kryzysie finansówym, próbując dociec jego przyczyn oraz starając się ocenić praktykowane przez rządy poszczególnych państw drogi wychodzenia z niego.
Konkluzje jakie płyną z tych wykładów nie napawają optymizmem. W zasadzie każdy z prelegentów nie pozostawia żadnych wątpliwości: to co obecnie się stało na rynkach finansowych, a co zwane jest ich kryzysem, to jedynie preludium przed tym, co dopiero nas czeka. Prawdziwy kryzys jest tak naprawdę przed nami.
Jak słusznie zauważył Mateusz Machaj, rządy robią wszystko, choć nie zdają sobie z tego sprawy, żeby do takiego kryzysu doszło. Ratowanie upadających banków, dawanie im kolejnych gwarancji finansowych, ponowne - jak przed obecnym kryzysem - roztaczanie parasoli ochronnych nad tą dziedziną działalności gospodarczej, w krótkim czasie spowoduje, że wrócimy do kredytowego rozpasania, upadek jednak będzie znacznie większy. Zamiast pozwolić zbankrutować instytucjom, które popełniały błędy, rządy reanimują je, odkładając nieco w czasie ich agonię.
Robert Gwiazdowski odniósł się do pakietu ratunkowego rządu premiera Tuska, w ramach którego ma być "wykreowane" 92 mld zł. Prelegent słusznie spytał: "Skoro można wykreować 92 mld, to dlaczego od razu nie 920 mld?". Zanosi się zatem na olbrzymi dodruk pieniędzy i kreowanie - poprzez państwowy interwencjonizm - sztucznego wzrostu. Już teraz banki centralne wielu państw obniżają stopy procentowe, by zachęcać do brania kredytów, czyli do dalszego zadłużania się.
Rządy pompują pieniądze bez opamiętania, a tymczasem z Niemiec nadchodzą wieści, że gospodarka - mimo to - zaczyna dołować coraz bardziej. Niewesołe sygnały napływają także z USA. Zanosi sie na to, że po krachu budowlanym, pora na inne dziedziny gospodarki - wielkie centra handlowe, hotele... Niewesoło jest też w Azji, gdzie coraz otwarciej mówi się o spowolnieniu chociażby w Chinach. Jeśli ludzie zaczynają ograniczać konsumpcję spaść musi produkcja, to zaś oznaczać może kolejne bankructwa, zwolnienia z pracy... Interwencje rządowe mogą stan upadku przedłużyć, ale czy zdołają mu zapobiec?
Zdroworozsądkowe podejście ekonomistów z Instytutu Misesa nie cieszy się sympatią mediów, które nadal wolą wsłuchiwać się w proroctwa dawno już skompromitowanych "ekspertów" i "analityków", bredzących od miesięcy różne sprzeczności. Czy jednak misesowcy mają rację? Oczywiście lepiej by było gdyby nie mieli, niemniej politycy poszczególnych państw robią wszystko, by jednak było inaczej.

Paweł Sztąberek

* * *

Stręczyciele w natarciu (1 grudnia 2008)

Czyżby Polska stawała się krajem stręczycieli? Chyba tak... Dodam tylko, że stręczyciele ci rozplenili się zwłaszcza w tzw. elitkach intelektualno-ekonomicznych III RP. Pojawiły się wśród nich nawet kobiety. Czymże zajmują się ci osobnicy? Ano stręczą nam od jakiegoś czasu, że w 2012 roku Polska powinna wejść do strefy euro. Wspomniałem o kobietach, bowiem do grona stręczycieli przystąpiła niedawno pani profesor Jadwiga Staniszkis. Zagajana przez dziennikarkę TVN 24 (niektórzy twierdzą, że to WSI 24, ale to oczywiście tylko żart i to wyjątkowo nie na miejscu...), co Polska powinna zrobić w obliczu kryzysu światowego, pani profesor bez wahania odpowiada, że powinniśmy jak najszybciej przyjąć euro. Euro, jako remedium na wszystkie nasze bolączki. Jak widać, nie dość, że osaczeni jesteśmy przez stręczycieli to jeszcze na dodatek stręczycieli-fetyszystów. Euro nowym fetyszem!
Czytam właśnie w "Rzeczypospolitej" z 15 listopada, że "Strefa euro oficjalnie w recesji". Dla naszych stręczycieli-fetyszystów tego typu nowiny raczej nie mają znaczenia. Euro i koniec! Ale właściwie po co nam to euro?...
Nietrudno się domyśleć... Polacy od lat poddawani są zmasowanej propagandzie prounijnej. Unia Europejska miała być dla nas wybawieniem, i by "naszym dzieciom żyło się lepiej". Jednak za tą zmasowaną propagandą składającą się ze słodkich sloganów, kryje się cały czas wizja stworzenia jednego superpaństwa, z jedną konstytucją, z jednym rządem, z jednym prezydentem, no i z jedną walutą. Dzisiejsze unijne superpaństwo byłoby państwem socjalistycznym, oczywiście z jakąś formą prywatnej własności, bo etatyzm musi się czymś karmić. Bardziej zatem przypominałaby Niemcy za rządów Adolfa Hitlera, aniżeli Związek Sowiecki. Prywatna przedsiębiorczość zostałaby zwasalizowana przez biurokrację, a właściciele firm staliby się tak naprawdę niewolnikami wszechwładnego państwa. Dlatego takiej Unii trzeba się sprzeciwiać. Trzeba się sprzeciwiać stręczycielom-fetyszystom, którzy stręczą nam obecnie euro, wiedząc dobrze (przynajmniej niektórzy), że euro samo w sobie nie tworzy bogactwa ani dobrobytu. Euro potrzebne jest tylko po to, by zrobić kolejny krok na drodze do superpaństwa.
Ostatnio w telewizorze zobaczyłem, podczas konferencji prasowej, kolejnego stręczyciela-fetyszystę. Mówił coś o globalizacji, że trzeba iść z prądem, że świat się globalizuje, że trzeba tworzyć jedno państwo unijne, bo inaczej zostaniemy w tyle, że "nie chcem ale muszem"... itp. Gdy patrzyłem na niego, w jaki sposób się zachowuje, jak mówi, jaki podnosi dumnie głowę, jak zadziera nos przyozdobiony siwymi już wąsami, jak wzrokiem wizjonera sięga w nieznane, ujrzałem mędrca... Gdy jednak ktoś po chwili zapytał o Cenckiewicza i Gontarczyka, i gdy zobaczyłem jak zaczyna się trząść, miotać... Zresztą, spuśćmy nad tym mędrcem zasłonę milczenia...

Paweł Sztąberek

* * *

Emeryturowy terror (24 listopada 2008)

Kiedy państwo jest rządzone sprawiedliwie? Jedną z takich cech jest bez wątpienia równość obywateli wobec prawa. Nie ma lepszych i gorszych tylko dlatego, że tak stanowi ta bądź inna ustawa - wszyscy mają równe szanse do tego, by stawać się lepszymi, bądź gorszymi, państwo zaś stoi na straży przestrzegania tego prawa, czyli w istocie stoi na straży wolności. Sprawiedliwe państwo to również takie, w którym obowiązują niskie podatki. Jeśli podatki nadmiernie obciążają obywateli, wówczas państwo ze sprawiedliwego przeistacza się w państwo-złodzieja. Srawiedliwe państwo to również takie, w którym jak najmniejsza liczba jednych obywateli żyje na koszt innych. Państwo winno stać na straży tego, by nie dochodziło do sytuacji, że jedni, wykorzystując na przykład swą siłę, bądź też z jakichś innych przyczyn, zmuszać będą drugich, poprzez np. ustawy, do łożenia na ich utrzymanie. Sprawiedliwe państwo do takich sytuacji nie powinno dopuszczać.
Obecnie jesteśmy świadkami sporu o tzw. emerytury pomostowe. Sprawa jest, z punktu widzenia sprawiedliwości państwa, bardzo dobrym przykładem, bowiem zachowanie wcześniejszych emerytur dla jednych obywateli, musi się wiązać z obciążeniem dla innych. Czy to jest sprawiedliwe? Zresztą, gdy państwo jednych obdziela przywilejami, zaraz rodzi się kolejne pytanie... Dlaczego akurat ta, a nie inna grupa zawodowa, ma być uprzywilejowana? Czy rzeczywiście praca górników, kolejarzy czy nauczycieli jest ważniejsza od pracy innych ludzi, którzy akurat do tych grup zawodowych nie należą?
Przykład zachowania przywilejów w postaci wcześniejszych emerytur dla wybranych grup zawodowych wyraźnie pokazuje, że łamana jest zasada równości obywateli wobec prawa, a to oznacza, że państwo w którym żyjemy nie jest sprawiedliwe. Obecnie pojawia się szansa, by choć trochę odwrócić ten trend, tym bardziej, że o tym, kto tak naprawdę obdarowany jest przywilejem nie decyduje żadna konieczność dziejowa, czy poczucie zwykłej sprawiedliwości. W rzeczywistości decyduje o tym, poza spadkiem po komunizmie, przede wszystkim to, która grupa zawodowa ma silniejszy związek zawodowy, będący w stanie, dla walki o zachowanie swych przywilejów, skuteczniej sterroryzować tych obywateli, którzy nie są w stanie się bronić, a którzy za te przywileje mają płacić. Sprawiedliwe państwo to takie, które na przeciw tego terroru stawia szlaban z napisem "STOP".

Paweł Sztąberek

* * *

Wiek wolności czy wiek zniewolenia? (10 listopada 2008)

Szczerze mówiąc, wnioski jakie płyną z tzw. unijnego szczytu w sprawie kryzysu finansowego, kompletnie mnie nie zaskakują. Czegóż bowiem można było spodziewać się po całej plejadzie politycznych drapichrustów, z prezydentem Francji na czele, jeśli nie pędu do coraz bardziej pogłębiającego się interwencjonizmu w gospodarkę. Jak już raz zrobi się skok na pieniądze podatników, trudno nie robić tego dalej.
Zanosi się zatem na kolejny triumf socjalizmu. Nie wiem kto, ale ktoś na szczycie stwierdził, że każdy sektor rynku wymaga rządowej kontroli. Wynika z tego, że już nie tylko banki mają być pod szczególnym nadzorem, ale "każdy sektor...". Póki co każdego dnia dochodzą do nas nowe informacje, że gdzieś rząd przejął kontrolę nad jakimś bankiem, czyli po prostu znacjonalizował go. Ostatnio chyba we Francji i w Austrii. Jakie to proste... Kiedyś komuniści musieli strzelać ludziom w głowy, bądź na długie lata zamykać ich do więzień, by móc przejąć jakieś przedsiębiorstwo, upaństwowić je. Dziś robi się to z dnia na dzień, w białych rękawiczkach. Nikt do nikogo nie strzela, nikt nie wydaje sfingowanych wyroków (choć z tym bywa różnie), a socjalizm i tak zaczyna kwitnąć sobie w najlepsze.
Parę lat temu ktoś powiedział, że XXI wiek będzie wiekiem wolności. Póki co, trudno w to na razie uwierzyć. Nadzieja w tym, że to dopiero początek stulecia, jeszcze nawet jedna dekada nie minęła. Może trend się odwróci... Obecna fala interwencjonizmu państwowego określana jest - jak twierdzą różni "mądrzy" doradcy ekonomiczni - jako konieczna, by przywrócić spokój na rynkach finansowych. Tyle że zwykle jedna interwencja rodzi kolejne, które mają załagodzić skutki wcześniejszej nieudanej interwencji. Może z czasem rzeczywiście w rękach rządów znajdzie się "każdy sektor rynku"...
Zastanawiałem się dlaczego rządom tak bardzo zależy na tym, by ratować, poprzez swoje interwencje, upadające banki, a tymczasem sprawa wydaje się dość prosta... System bankowy to nieodłączne narzędzie rządu do kontroli dochodów swoich poddanych. Przecież nie na próżno zmusza się ludzi do tego, by wszelkie transakcje handlowe, wszelkie opłaty, wpłaty, przelewy dokonywali przez banki. Nie na próżno tworzy się przeróżne policje skarbowe, które mają mieć wgląd w konta poszczególnych obywateli, tzn. swoich niewolników, którzy muszą na nich harować... Jeśli system bankowy się załamie, znaczna część transakcji mogłaby znaleźć się poza zasięgiem jakiejkolwiek kontroli państwa. A to, według dzisiejszych socjalistów-interwencjonistów, grzech śmiertelny.
Ale czasem musimy też stanąć przed lustrem i popatrzeć na samych siebie. Rząd drukuje inflacyjne pieniądze, banki nam je wciskają, a my je chętnie bierzemy, nawet wówczas, gdy zdajemy sobie sprawę, że nie stać nas tak naprawdę na to, czy na tamto. Ksiądz Robert Sirico pytał niedawno w swoim najnowszym artykule, napisanym z okazji 20 rocznicy powstania Instytutu Actona : czy rzeczywiście potrzebny nam kolejny telewizor plazmowy, czy musimy mieć koniecznie samochód lepszy od tego, który ma nasz sąsiad, czy warto porywać się na budowę domu, podczas, gdy nasze realne dochody na to nie pozwalają? Jak dodaje ksiądz Sirico, "Cogito ergo sum" zostało zastąpione przez "Consumo ergo sum". Uderzmy się też czasem we własne piersi. Bez naszego własnego poczucia odpowiedzialności, nie tylko za nas samych, tu i teraz, ale także za przyszłe pokolenia (bo za to nasze dzisiejsze folgowanie ktoś kiedyś będzie musiał zapłacić), wiek XXI - istotnie - przejdzie do historii jako wiek socjalistycznego zniewolenia, a nie jako wiek wolności...

Paweł Sztąberek

* * *

PiS rżnie głupa! (3 listopada 2008)

Ostatni tydzień przyniósł bardzo ważną deklarację prezydenta Lecha Kaczyńskiego w kwestii przyjęcia przez Polskę waluty euro. Była to poniekąd reakcja pana prezydenta na prasowe doniesienia sprzed kilku dni, że "prezydent i premier są zgodni w kwestii przyjęcia przez Polskę wspólnej unijnej waluty". Swoją deklaracją, wyrażoną podczas konferencji prasowej - bodajże w piątek - w Krakowie, prezydent chciał zapewne zdementować te doniesienia prasowe, w rzeczywistości jednak, niestety, je potwierdził. Stwierdził oczywiście, że nadal jest zwolennikiem referendum w tej sprawie. Od razu jednak dodał, że referendum nie może dotyczyć kwestii, "czy w ogóle wchodzić do strefy euro, lecz kiedy to zrobić?". "Gdybyśmy mieli pytać Polaków, czy w ogóle chcą euro, oznaczałoby to, że podważamy traktat akcesyjny" - dodał prezydent (cytuję z pamięci).
Cóż, prezydent Polski, pan Lech Kaczyński definitywnie już chyba odsłonił karty. Referendum, jak się okazuje, ma dotyczyć nie tego, czy w ogóle chcemy euro, lecz kiedy ma ono zostać wprowadzone. Jeśli ktoś jeszcze łudzi się, że prezydent naszego państwa stoi na straży niepodległości i suwerenności kraju, to powinien czym prędzej się otrząsnąć.
Jakby dopełnieniem tego, że prezydent ma do niepodległości i suwerenności kraju stosunek co najmniej luzacki, jest wypowiedź ministra z kancelartii prezydenta Kaczyńskiego, pana Bielana, jaka padła w niedzielnej (2 listopada br.) audycji Radia ZET, w programie prowadzonym przez p. Olejnik. Otóż pan minister Bielan twardo stał na stanowisku, że zrzeczenie się przez Polskę własnej waluty jest zrzeczeniem się kolejnego atrybutu suwerenności, dlatego stanowisko prezydenta Kaczyńskiego w sprawie referendum jest słuszne... Ta deklaracja pana Bielana brzmi jednak dość groteskowo w obliczu tego, co w piątek powiedział prezydent Kaczyński. Bo oznaczałoby to, ni mniej ni więcej, tylko tyle, że pan prezydent powiedział: "Suwerenności Polski i tak musimy się wyrzec, bo tak stanowi traktat akcesyjny, powinniśmy nie robić jednak tego od razu tylko trochę później". To naprawdę żałosne, że Głowa Państwa, mieniąca się patriotą, może mieć w tak ważnej dla narodu kwestii takie stanowisko.
Nie zdziwię się, jeśli pan Bielan za swoją wypowiedź w Radio ZET zostanie przez prezydenta skarcony, bo teraz wychodzi na to, że prezydent, popierając euro, nieważne czy teraz czy potem, jest za zrzeczeniem się przez nasz kraj suwerenności, co jest równoznaczne zdradzie narodowej, kiedyś karanej śmiercią.
Cała ta sytuacja pokazuje zakłamanie formacji politycznej skupionej wokół Prawa i Sprawiedliwości. Jest to środowisko z gruntu pro euro-kołchoźnicze, stąd udawanie, że jednak jest inaczej, i że PiS stoi na stanowisku obrony narodowego interesu, wypada tak żałośnie i śmiesznie zarazem. PiS po prostu rżnie głupa! Jarosław Kaczyński zamknął się ponoć ostatnio w jakiejś willi, by pisać nową wersję programu swojej partii. Spodziewam się, że w programie owym będzie "dla każdego coś miłego". Pewnie również elektoratowi radiomaryjnemu rzucony zostanie jakiś ogryzek. Pytanie tylko, czy na ogryzek ów elektorat ten da sie po raz kolejny nabrać?

Paweł Sztąberek

* * *

Kto jest największym złodziejem? (27 października 2008)

Obecny kryzys pokazuje najlepiej, że największym złodziejem wcale nie są "pazerni" i "chciwi" kapitaliści. Prawdopodobnie prawdziwi kapitaliści na tym kryzysie stracili, zyskali natomiast przeróżni spekulanci, prezesi banków, tzw. analitycy, manadżerowie i inna finansistowska ferajna w białych kołnierzykach. Ale kryzys ten pokazuje, że największym złodziejem okazują się rządy, w tym oczywiście wszystkie rządy polskie od 1989 roku.
Nie dalej jak kilka dni temu podano infermację, że aktywa otwartych funduszy emerytalnych stopniały o niemal połowę. Oznacza to, że wartość naszych przyszłych emerytur z tzw. drugiego filaru powoli sięga dna. Może nie byłby to problem, o którym warto byłoby tu pisać, gdyby nie to, że drugi filar, podobnie zresztą jak pierwszy, funkcjonuje tylko dlatego, że państwo, pod groźbą więzienia zmusza ludzi do tego, by pod pozorem płacenia składki na przyszłą emeryturę, odpalali sporą działkę swoich dochodów na utrzymanie całych rzesz urzędników ZUS-u i "menadżerów" OFE. Domyślam się, że prezesi zarządów OFE zarabiają dziesiątki tysięcy złotych miesięcznie. Ciekawe, czy w związku z kryzysem ich wynagrodzenia zostały obniżone. Wątpię...
Tzw. składka na ubezpieczenie emerytalno-rentowe, wymuszana pod groźbą więzienia przez rząd miała "zapewnić nam godziwą i dostatnią starość". Gdy niektóre środowiska polskiej Prawicy postulowały swego czasu, by w ogóle znieść przymus ubezpieczeń i pozwolić ludziom ubezpieczać się, jeśli sami tego zechcą, w prywatnych funduszach emerytalnych, wyśmiewano się z nich i twierdzono, że ludzie są nieodpowiedzialni i zamiast oszczędzać na starość, wszystko przejedzą już teraz. Dziś okazuje się, ile warta była ta argumentacja. Jednak czy ktoś poniesie odpowiedzialność za utopienie miliardów złotych polskich podatników, za to, że ich pieniądze dokądś (ciekawe dokąd?) wyparowały?
Co innego, gdy ktoś sam, na własną odpowiedzialność ponosi ryzyko inwestycji. Jeśli traci, cóż - źle zaiwestował. Co innego jednak, jeśli ludzi poprzez restrykcyjne ustawy pozbawia się tej wolności wyboru i zmusza do inwestycji, w wyniku których tracą. Czy ktoś pójdzie za to do więzienia?
Żaden rząd tzw. wolnej Polski nie miał odwagi nawet wspomnieć o dobrowolności ubezpieczeń. Rząd niby wolnorynkowej PO też tego nie zrobi. Tym bardziej, że będzie potrzebował w przyszłym roku pieniędzy, bo zanosi się chyba na deficyt większy niż planowano. A to m.in. dlatego, że mimowolnie Platformie udało się, dzięki kryzysowi, spełnić jeden postulat wyborczy - znieść tzw. podatek Belki. Oczywiście PO formalnie go nie zniosła. Faktycznie jednak, z bowodu braku zysków z giełdy, mało kto ów podatek będzie musiał zapłacić. Ciekawe dlaczego PO jakoś nie szczyci się tym, że chociaż jedną obietnicę wyborczą udało jej się zrealizować... Co prawda w sposób niezamierzony, ale zawsze to coś...

Paweł Sztąberek

* * *

Haider (13 października 2008)

Tak pisałem w lutym 2000 roku w tygodniku "Najwyższy Czas!", zaraz po tym, gdy partia Jeorga Haidera odniosła pierwszy wyborczy sukces:
"Gdyby Jeorg Haider, lider austriackiej Partii Wolnościowej (FPO) pokornie słuchał dyrektyw z Brukseli, zachwalał wspaniałe pomysły dotyczące regulacji rozmiarów bananów oraz orzekania przez Komisję Europejską, co jest owocem a co warzywem, gdyby wreszcie wyznał ze skruchą, że w Brukseli znajduje się zbyt mało biurowców, a urzędników powinno być kilka razy więcej, tak samo, jak i wyższe powinny być podatki, wszystko wówczas byłoby w porządku. Jednak Haider tego nie mówi, bo ma on do pomysłów eurobiurokratów stosunek, mówiąc delikatnie, bardzo luźny.
Założenia programowe jego partii daleko bowiem odbiegają od tego, co stanowi obecnie w państwach Unii Europejskiej tzw. standard uprawiania polityki. Dzisiejszym standardem jest szeroko pojmowany interwencjonizm państwa w gospodarkę. Również Austria, która należy do jednego z bogatszych państw Europy, powoli przestaje już wytrzymywać ciężar obciążeń fiskalnych, zaś rządowe ingerencje w przedsięwzięcia ekonomiczne obywateli mocno dają się im we znaki.
Haider deklaruje, że chce to wszystko zmienić. Dlatego w jednym z punktów oficjalnego dokumentu FPO, tzw. "Kontraktu z Austrią" obiecuje m.in. "więcej wolności". Poszerzeniu jej obszarów służyć ma m.in. likwidacja przymusu przynależenia do różnych izb oraz zrzeszeń - również zrzeszeń przedsiębiorców. "Dobrowolność przynależności i finansowania lepiej bowiem przyczynia się do rozwoju tego typu organizacji aniżeli przymus" - uważają Wolnościowcy.
(...) Haider i jego Partia Wolnościowa zdają się rozumieć, co może przyczynić się do ożywienia gospodarki Austrii i ustabilizowania rynku pracy. Są to przede wszystkim: deregulacja życia ekonomicznego i mniejsze podatki. "Całkowita deregulacja zwiększy konkurencyjność austriackiej gospodarki, zagwarantuje jej rozwój i stworzy nowe miejsca pracy" - czytamy w programie FPO. Wolnościowcy deklarują, że zdecydowanie zmierzać będą do całkowitej deregulacji życia ekonomicznego, bo tylko to może się stać gwarantem rozwoju i stabilności rynku pracy. (...) Realizacja tych postulatów na pewno nie służyłaby politykom ślepo zapatrzonym na brukselskiego złotego cielca. A czy europejskim biurokratom może służyć chociażby redukcja podatków? W żadnym wypadku. Haider natomiast taką redukcję obiecuje: "Gospodarka rynkowa domaga się niskich podatków i opłat skarbowych dla inicjatyw gospodarczych i pracowników. Promowaniu inwestycji służą raczej bodźce podatkowe, a nie subsydia". "(...) Przeżarta subsydiami i dotacjami Unia Europejska ze zgrozą tylko - co oczywiste - patrzeć może na kogoś, kto chciałby to wszystko zmienić. Wiadomo bowiem, że subsydia, dotacje, subwencje itp. uzależniają gospodarkę od polityków, zwiększając ich władzę. Tymczasem Haider i jego Partia Wolnościowa chcieliby politykom tą władzę nieco zredukować. Oczywiście Unia nie może się na to zgodzić. Haider jest więc faszystą i koniec! Zwłaszcza, że celem jego partii jest ponadto ograniczanie progresji podatkowej i w konsekwencji - podatek liniowy. Czyżby więc i nasz profesor Leszek Balcerowicz był faszystą, a w najlepszym przypadku - neofaszystą i ksenofobem? Wszak niedawno sam jeszcze domagał się wprowadzenia tego podatku..." (fragmenty tłumaczenia "Kontraktu z Austrią - Agnieszka Łaska)
Tyle tekst sprzed lat... Niewątpliwie szkoda, że Jeorg Haider nie żyje. Zginął w sobotę rano w wypadku samochodowym. Pewnie sporo krwi mógłby jeszcze napsuć otaczającym nas zewsząd eurokołchoźnikom. Zwłaszcza teraz, gdy jego nowa partia zdobyła sporo głosów w ostatnich wyborach. Cóż, miejmy nadzieję, że ktoś równie charyzmatyczny zajmie jego miejsce. Tymczasem... "Wieczny odpoczynek racz mu dać Panie..."

Paweł Sztąberek

* * *

Eurokołchoźnikom puszczają nerwy (6 października 2008)

Dziwne rzeczy dzieją się ostatnio na świecie, w tym również w tzw. Unii Europejskiej. Jakaś pani komisarz, nie znająca pewnie słowa po polsku i rezydująca sobie na terenie obcego państwa - w Belgii, daje szlaban na reorganizację polskich stoczni. Polski minister, z rządu dotąd pełzającego przed takimi jak owa komisarz, próbuje z nią polemizować. Okazuje się następnie, że stoczniowcy, dotąd klnący na Brukselę i na takich jak pani komisarz, twierdzą, że polski minister obraził panią komisarz i udają się w delegację do obcego państwa, do Belgii, by rezydującą w nim obcą nam panią komisarz, przepraszać za zachowanie polskiego ministra. Paranoja jakaś... Wybitny specjalista od dramatu, Sławomir Mrożek nie wymyśliłby niczego lepszego...
Ale to nie koniec... Bo jest jeszcze kryzys w "świecie finansów"... Również w Unii ma on swoje reperkusje. Ot, np. Komisja Europejska wystąpiła z prośbą do amerykańskiego Kongresu, by zechciał przyjąć plan "ratowania" banków. Okazuje się, że podczas kryzysów, Stany Zjednoczone, a dokładniej ich rząd, choć na codzień przez niektóre państwa Unii znienawidzony, jest niezbędny do tego, by Unia, a dokładniej, działające na jej terenie banki, mogły dalej istnieć. A kto wie, może i Unia też...
Nas kryzys ma podobno nie dotknąć, ale - jak podała właśnie "Rzeczpospolita" - istnieje niebezpieczeństwo, że w przyszłości Polska może dostać znacznie mniej pieniędzy z unijnej kasy, niż pierwotnie było to planowane. Dlatego ponoć, że Niemcy się zaczynają skarżyć, że płacą zbyt wiele na Unię i powoli zaczynają przebąkiwać o zmniejszeniu składki. Niemcy w ogóle zachowują sie ostatnio trochę dziwnie. Tamtejszy minister skarbu skrytykował rządy tych krajów, które dopompowały prywatne banki z pieniędzy podatników. Jak podają media, minister miał powiedzieć, że bankierzy powinni poczuć, że jeśli źle prowadzą swoje biznesy to mogą zbankrutować. No proszę, nareszcie jakiś głos rozsądku i to z socjaldemokratyczno-chadeckich Niemiec...
Jak się to całe "światowe dzianie" potoczy, trudno przewidzieć. Póki co, w Austrii w ostatnich wyborach bardzo dobrze wypadła prawica, nie wiedzieć czemu zwana przez przestraszony, zlewaczony establishment "populistyczną". Zresztą, cóż to za epitet... Niech będzie sobie nawet populistyczna, byleby prawica. Eurokratom chyba znów grozi rozstrój nerwowy, może nawet większy, niż wówczas, gdy do rządu Austrii wszedł Haider. Kto wie, czy niedawna rezygnacja ze swojego stanowiska komisarza UE ds. handlu, nie świadczy o tym, że niektórym w Eurokołchozie już puszczają nerwy.

Paweł Sztąberek

* * *

Czyje są dzieci? (29 września 2008)

Zamiłowanie do totalitaryzmu przejawiane przez czołowych kacyków z Platformy Obywatelskiej nie słabnie. Reglamentowanie dostępu do różnych zawodów (np. masażyści i rehabilitanci, a ostatnio dziennikarze), centralna ewidencja kobiet będących przy nadziei, kastracja pedofilów - to tylko kilka z przykładów. No i oczywiście jeszcze jeden - przymusowy pobór dzieci do szkoły już od 6 roku ich życia.
Ten ostatni pomysł rodzi szczególne niebezpieczeństwo. Nie tylko wyrywa dziecko z domu i wprzęga go w beznamiętny mechanizm państwowej indoktrynacji, ale przede wszystkim każe zadać podstawowe pytanie: do kogo właściwie należą dzieci, do rodziców czy do państwa?
Państwo ma, w dzisiejszym ustroju, czyli w demokratycznym socjalizmie, mocne argumenty na rzecz twierdzenia, że dzieci należą do państwa. Otóż - mogłoby powiedzieć państwo - zapewniamy darmową edukację, z której rodzicie masowo korzystają. A skoro MY ją zapewniamy, to również możemy uczyć czego chcemy, kogo chcemy i od takiego momentu, w którym nam się spodoba. Dajemy wam zasiłki, np. becikowe, więc nie narzekajcie - powie znów państwo. Bo skoro dajemy to możemy również chcieć coś w zamian. Akurat chcemy wasze dzieci, bo skoro na nie łożymy to są one nie tylko wasze, ale także nasze, a może nawet przede wszystkim nasze. Dajemy wam darmową służbę zdrowia, z której również korzystają wasze dzieci. Nie miejcie więc pretensji, że chcemy się do nich dobrać już od ich najmłodszych lat... Itd. itp... Państwo oczywiście nie mówi tego w takiej formie, ale po cichu tak pewnie sobie myśli, poniekąd zresztą słusznie, bo skoro daje, to może i czegoś oczekiwać w zamian.
Na szczęście nie wszyscy rodzice dali się ogłupić i nie wszyscy zaakceptowali tę chorą logikę. Wiadomo bowiem, że państwo, żeby cokolwiek mogło dać "za darmo", najpierw musi zabrać, i to tym, którym rzekomo potem daje (oczywiście jest w każdym społeczeństwie grupa ludzi, która niczego państwu nie oddaje, a jedynie od niego bierze, np. różne lumpy żyjące z państwowej jałmużny).
Dziś w Warszawie odbył się protest rodziców przeciwko przymusowemu nacjonalizowaniu dzieci od 6 roku ich życia. Ludzie, którzy protestowali wiedzą, że państwo żyje tylko z tego, co odbierze im w formie podatków. Nie dość, że ludzie ci muszą płacić na owych zasiłkowych lumpów, to jeszcze opłacać muszą konfiskatę własnych dzieci, wbrew ich własnej woli. To, że odbył się taki protest znaczy, że nie wszystkim obojętne jest pytanie: do kogo należą dzieci - do rodziców czy do państwa?
A tak na marginesie... no właśnie, do kogo?

Paweł Sztąberek

* * *

Artyści i niewolnicy (22 września 2008)

Obejrzałem właśnie film Roberta Altmana, "Vincent i Theo". Utwór ten doskonale pokazuje w jakich bólach rodzi się geniusz, zresztą za swojego życia niedoceniony. Van Gogh mieszka w nędznych warunkach, gdzieś na wsi, nie ma własnych pieniędzy. Tworzyć może tylko dzięki pomocy brata, który zarabia pracując w jednej z paryskich galerii. Cały czas wierzy w Vincenta, dlatego wspiera go, nawet wówczas, gdy wydaje się to przedsięwzięciem beznadziejnym. Vincent van Gogh, czy jego brat, nawet nie myślą o tym, by udać się do jakiegoś ministerstwa, czy też do innego urzędu po dotację. Ta kwestia pewnie nawet nie rodzi się w ich głowach.
Vincent van Gogh nie zaznał dobrobytu, umrł w takiej samej nędzy, w jakiej żył... Jest jednak artystą, którego obrazy osiągają dziś na aukcjach niebotyczne kwoty...
Jakże wiele się od tamtego czasu zmieniło... Czy w jakimś polskim mieście bądź gminie, istnieje związek artystów plastyków, który nie byłby przyssany do państwowego bądź gminnego cycka? Może i istnieje, choć jeśli tak, to pewnie stanowi wyjątek. Ale problem dotyczy nie tylko sztuk plastycznych. Również filmowcy z niezwykłą lubością uwielbiają stawać się niewolnikami państwa. Powołanie jakiś czas temu Instytutu Sztuki Filmowej ten stan niewolnictwa tylko przypieczętował.
Właśnie niedawno byliśmy świadkami, jak minister kultury zakazał dofinansowania z pieniędzy ISF-u, czyli pieniędzy podatników, produkcji filmu "Westerplatte". Decyzja ta wywołała oczywiście oburzenie filmowców i niektórych pismaków, że jak to tak... Państwo ma dołożyć i koniec. Z żalem patrzyłem na znanego aktora, Bogusława Lindę, jak ubolewał, że minister kultury nie chce dać... Pan Linda, aktor utytułowany, do biednych pewnie nie należy, niemniej nie miał żadnych oporów, by publicznie domagać się jałmużny od ministra na film "Westerplatte". Trochę to wstyd...
Ale tak to już jest, gdy na własne życzenie artysta pozbywa się niezależności. Pan raz da, raz nie da... A jak da - to i zabrać może. Kiedyś artysta, jeśli chciał być wolny, musiał doświadczyć wielu upokorzeń, musiał niejednokrotnie sięgnąć dna, nie obciążając przy tym podatników, zanim świat o nim usłyszał. Wielu pewnie przepadło na wieki w zapomnieniu. Świat ich odrzucił. Innych natomiast, takich np. jak van Gogh, unieśmiertelnił, choćby i po ich śmierci. Dziś wszyscy od razu chcieliby być wyniesieni na piedestał, najchętniej dzięki wsparciu ministra kultury. Panowie od "Westerplatte"... Jeśli chcecie zrobić film, nakręćcie go za własne pieniądze. Publiczność oceni wasze dzieło. I albo wyniesie was na szczyty sławy, albo strąci w czeluście piekielne. Ale nie każcie, by za wasz film płacili również ci, którzy w ogóle nie interesują się sztuką i nigdy w kinie nie byli.

Paweł Sztąberek

* * *

Francja i wino (15 września 2008)

We Francji, gdzie w najlepsze króluje socjalizm, rówież wino nie ma łatwego życia. Pewnie trudno w to uwierzyć... Kraj słynący z wina, właściwie mekka wszystkiego co w winie najlepsze, a tu nagle coś takiego. Ale cóż, skoro współczesne rządy ciągle lubią z czymś walczyć... Dlaczego zatem rząd francuski miałby być inny... Też walczy, m.in. z alkoholizmem wśród młodzieży. Ofiarą tych bojów stało się także wino.
Otóż rząd Francji planuje, w ramach "walki z alkoholizmem", wprowadzenie szeregu restrykcji na reklamowanie i sprzedaż wina. Wino w internecie na przykład, ma być dostępne jedynie w określonych godzinach, ograniczeniom ma również podlegać wszelka literatura na temat wina tj. recenzje, przewodniki, i wszelkie artykuły branżowe. Zapewne wielu Czytelników "SP" pamięta, jak z alkoholizmem walczyła komuna w Polsce... Sklepy monopolowe otwierane od godziny 13.00, alkohol na kartki itp. Jak widać, kierunek działań rządu francuskiego wydaje się jakby znajomy. Socjalizm, czy to PRL-owski czy współczesny francuski, lubuje się w reglamentowaniu wszystkiego, co się da.
Pytanie jednak, czy we Francji, przyczynę problemów z nadużywaniem alkoholu wiązać należy akurat z winem? Od dawna już winiarze francuscy skarżą się, że sprzedaż produkowanych przez nich trunków spada. Statystyki zaś pokazują, że rośnie sprzedaż piwa oraz alkoholi wysokoprocentowych. Czy zatem nakładanie restrykcji na wino ma jakikolwiek sens? Znając socjalistyczne metody rozwiązywania problemów spodziewać sie można, że wkrótce rząd zdecyduje o karczowaniu winnic, tak jak kiedyś winnice w ZSRR, głównie w Gruzji, karczował Gorbaczow (tak jakby Rosjanie byli akurat smakoszami wina), oraz o wypłacaniu winiarzom z tego tytułu odszkodowań. Praktyka to w Unii Europejskiej bardzo często stosowana.
Problem z francuskim winem to tylko wycinek tego, do czego prowadzi interwencjonizm państwowy. Każda forma interwencjonizmu owocuje nakładaniem restrykcji na wolny wybór człowieka. W tym przypadku rząd próbuje stawiać się w roli moralizatora, który chce ustrzec ludzi przez "złem". Generuje jednak inne zło, a mianowicie kradzież. Bo żeby te wszystkie interwencjonistyczne fanaberie można było sfinansować, trzeba będzie sięgnąć do kieszeni podatników, którzy za to wszystko zapłacą.
Tak swoją drogą, Francuzi jakoś szczególnie lubują się w odchodzeniu od własnych korzeni. Kiedyś zerwali z chrześcijaństwem, teraz chcą zniszczyć wino... Dziwni ludzie...

Paweł Sztąberek

* * *

Wyznanie posła PO, Arkadego Fiedlera (1 września 2008)

Podczas Pikniku Wolnościowego jaki odbył się w dniach 22-24 sierpnia 2008 roku w Kórniku, zaprezentował się m.in. poseł PO, p. Arkady Fiedler. Szczerze pisząc, słuchając pana posła, nie trzeba było nawet wiedzieć, że jest on posłem, by móc stwierdzić, że to człowiek - jak to ujął kolega Paweł Toboła-Pertkiewicz - "z innego świata". Od siebie dodam - ze świata establishment, ze świata ludzi czerpiących profity z obecnego systemu.
Mniejsza już z tym, że pan poseł dziwił się, że zebrani na Pikniku ludzie sprzeciwiają się Unii Europejskiej w takim kształcie w jakim obecnie ona funkcjonuje. Nie mógł pojąć, że można nie akceptować Traktatu Lizbońskiego. Właściwie jedynym argumentem na rzecz naszej integracji z UE były słowa: "Przecież zawsze dążyliśmy do tego, by być Zachodem. Czego tu się bać? Czy boimy się być Zachodem?".
Ale jeszcze jedna wypowiedź okazała się ciekawa, może nawet ciekawsza... Otóż w pewnym momencie jeden ze słuchaczy zadał panu Arkademu Fiedlerowi pytanie o posła Palikota. "Dlaczego nie wpłyniecie panowie z PO na posła Palikota, by zamiast zajmować się głupotami, zaczął wreszcie wprowadzać w życie założenia, jakie przyjęła komisja sejmowa - Przyjazne Państwo..." - brzmiało pytanie. Pan poseł Fiedler odpowiedział mniej więcej tak: "To nie takie proste. Opór urzędników jest tak wielki, że nic nie można zrobić. Niektórzy z tych urzędników pracują w ministerstwach już po kilkanaście lat i oni są tak tam poosadzani, że bronią swoich pozycji, a my nic nie możemy zrobić".
Gdyby pan poseł Fiedler dbał choć trochę o pozory, wymyśliłby jakąś inną bajeczkę. Jednak z tonu w jakim to mówił wyraźnie można było odczuć, że ma on, jak i pewnie cała PO, z posłem Palikotem na czele, komisję "Przyjazne Państwo" w najwyższym poważaniu i tak naprawdę niczego nie chce zmienić. Status quo go zadowala, jak i całą PO, wszak czerpią z tego profity.
Jeśli by jednak przyjąć, że poseł Fiedler mówi prawdę, tzn. że urzędnicy tak okopali się na swoich pozycjach, że są nie do ruszenia, to jaki wniosek z tego wypływa? Ano taki, że pan premier Tusk to zwykła marionetka, ministrowie to kukiełki chodzące na krótkiej uwięzi, a cały parlament to fasada, za którą ktoś pociąga za sznurki. Skoro nie mają nic do powiedzenia w sprawach personalnych, nie są w stanie zwalniać krnąbrnych urzędników to o czym to może świadczyć? Ano, że choć od czasu do czasu lubią się groźnie nadymać, to w rzeczywistości są dymani, i to na różne sposoby.
Czy to właśnie poseł Arkady Fiedler chciał tak naprawdę powiedzieć?

Paweł Sztąberek

* * *

Nazi-bolszewicy w akcji (16 sierpnia 2008)

Nazi-bolszewików wciąż u nas pod dostatkiem. Tacy osobnicy czepiają się jakiegoś swojego konika i starają się nim uszczęśliwiać na siłę cały świat. Dopóki taki osobnik pozostaje w cieniu, na marginesie życia społecznego czy politycznego, pół biedy. Niech tam sobie bredzi w kącie, mało kto sie tym przejmie. Gorzej jeśli dostanie taki jeden z drugim do ręki narzędzia jakie daje polityczna władza... biada ludowi...
Tych osobników, nawet pewnie nie wiedzących o tym, że są idealnym odbiciem nazi-bolszewików mamy niestety u władzy. O pomysłach pani minister edukacji narodowej było już głośno. O jej pomysłach konfiskowania przez państwo dzieci i zmuszania ich do chodzenia do szkoły już od 6 roku życia pisano również na tych łamach. Oczywiście krytycznie, bo inaczej nie można. Ale nazi-bolszewicy nie byliby sobą, gdyby nie szli dalej, coraz dalej... Teraz wpadli na pomysł, by od 5 roku życia konfiskować rodzicom dzieci i na siłę wcielać ich do przedszkola! Żeby było jasne... nie mam nic przeciwko przedszkolom, sprzeciwiam się natomiast przymusowi posyłania do nich dzieci. Kto chce, może to robić, ale jeśli ktoś nie chce, ma czas by samemu wychowywać dziecko, nie powinien być do tego zmuszany. Nazi-bolszewicy, którzy przy wielu innych okazjach chętnie odwołują się do "wolności wyboru" (np. p. Hall jest zwolenniczką "wolności wyboru" jeśli chodzi o mundurki szkolne), tego jakoś zrozumieć nie potrafią. Zresztą co się dziwić - mundurek nie zindoktrynuje ucznia, natomiast wciskanie przez nauczyciela np. odpowiednio przyrządzonej wersji historii (ot, chociażby wg. przepisu Michnika) - już tak. Dlatego im wcześniej zacznie się dziecko odpowiednio indoktrynować, tym bardziej posłuszny wykształciuch z niego wyrośnie. Taki w sam raz na potrzeby Eurokołchozu...
Na horyzoncie naśladowców nazi-bolszewizmu objawia sie nam obecnie nowa gwiazda... Pan Rzecznik Praw Dziecka... Jak ulał pasuje na jednego z czołowych kołchozników! Niezadowoleni z pomysłów minister edukacji rodzice zwrócili się do owego pana, zapewne myśląc naiwnie, że stanie on po stronie dzieci, by interweniował i podjął próbę zastopowania tych szaleństw. Pan rzecznik, twierdząc oczywiście, że się zajmie, że sprawdzi itp... jednak oznajmił, że w Polsce jest niski wskaźnik wykształecenia, że panuje nierówny dostęp do edukacji (edukacja i wykształcenie - nowy fetysz eurokołchoźników!) i że w ogóle... Wiadomo już zatem jaki będzie odzew pana rzecznika, rzekomo obrońcy dzieci, a w rzeczywistości funkcjonariusza systemu polit-poprawności, broniącego jego najżywotniejszych interesów.
Cóż, wbrew temu co swego czasu napisał pewien znany naukowiec, że nastąpił "koniec historii", na nic takiego się nie zanosi. Na horyzoncie bowiem wciąż pojawiają się jacyś nowi szaleńcy, roszczący sobie prawa do wszystkich i wszystkiego, co istnieje na ziemi i chcący, by świat wyglądał koniecznie tak, jak im się to pourajało w głowach... Jeśli jeszcze tacy dojdą do władzy to... Szkoda słów.

Paweł Sztąberek

* * *

Idzie kryzys? (21 lipca 2008)

"Rzeczpospolita" z 17 lipca br. obwieściła, że kraje należące do strefy euro stoją w obliczu kryzysu gospodarczego. Grozi im nie tylko spowolnienie wzrostu ale także - w przypadku niektórych - recesja. W najmniej ciekawej sytuacji są - jak podaje gazeta - Włochy i Hiszpania.
Jednocześnie, kilkanaście dni temu, ta sama "Rzeczpospolita" poinformowała, powołując się na badania jakiegoś włoskiego instytutu zajmującego się gospodarką, że aż 50 procent dochodu Włoch wytwarzane jest w "szarej strefie", przy czym tylko 15 procent z tej liczby stanowią dochody przynoszone przez biznesy kontrolowane przez mafię. Oficjalne statystyki włoskie grzmią o kryzysie gospodarczym, podczas gdy przeciętnemu obywatelowi w rzeczywistości wcale źle się nie żyje. Rośnie konsumpcja, ludzie kupują coraz więcej luksusowych towarów... Jednym słowem - poprawia im się ekonomiczny status, choć według oficjalnych statystyk powinno być im gorzej.
Czymże zatem jest, bądź czymże ma być kryzys, przed którym straszą media, powołując się na raporty "specjalistów"? Otóż wydaje mi się, że kryzys, w tej sytuacji, oznacza tak naprawdę w większym stopniu kryzys z punktu widzenia rządu, aniżeli obywateli. Po prostu do budżetu państwa zaczyna wpływać mniej pieniędzy z podatków, bowiem obywatele, ratując się przed państwową grabieżą, znaczną część swoich dochodów starają się ukryć przed fiskusem. Oczywiście, ten kryzys rządu, który zanotuje mniejsze wpływy do budżetu, w jakimś stopniu odbije się także na obywatelach, gdyż i oni zaczną odczuwać obniżenie jakości usług, których świadczenie wzięło na swoje barki państwo, takich jak np. szkolnictwo, służba zdrowia, czy tzw. bezpieczeństwo socjalne. Ale czy te usługi, mimo grabieżczej polityki państwa, były kiedykolwiek na wysokim poziomie? Niemniej dla polityków może to oznaczać problem, ponieważ wiele obietnic wyborczych może nie zostać spełnionych z braku wpływów do budżetu. Dla obywatela jednak, któremu udaje się coś uszczknąć przed rządem, oznaczać to może konieczność częstszego korzystania z usług firm prywatnych, czy to szkół czy przychodni lekarskich. W każdym razie, dopóki sfera prywatnej działalności nie zostanie znacjonalizowana, obywatel nie jest bez wyjścia...
Czy zatem kryzys, który ma nastąpić, nie będzie bardziej kryzysem rządu, niż obywateli? Szef włoskich skarbówek zapytany o to, dlaczego fiskus nie może sobie poradzić z masowym "oszukiwaniem" państwa i uchylaniem się przez wielu obywateli od płacenia podatków, odpowiedział: "Przecież nie jesteśmy w stanie skontrolować całego społeczeństwa".
Widzimy zatem, że kryzys gospodarczy w obliczu którego stoi rząd nie musi oznaczać, że przed kryzysem stoją także obywatele. I daj nam Boże tylko takie kryzysy. Jak widać, nie tylko "Polak potrafi"... Włoch również... A pewnie i Hiszpan, Anglik ...

Paweł Sztąberek

* * *

Koniec suwerenności (7 lipca 2008)

Polscy eliciarze naganiający nas do Unii Europejskiej nie zauważają już chyba tego, jak stają się śmieszni zwłaszcza w kontekście mówienia przez nich o suwerenności naszego kraju w UE. Gdyby spytać ich czy Polska jest jeszcze suwerennym krajem oczywiście odpowiedzą, że tak. Gdyby spytać ich czy nadal Polska będzie suwerenna także po przyjęciu Traktatu Lizbońskiego, również odpowiedzą, że tak. W którym momencie przejawia się ta ich śmieszność?
Otóż od pewnego czasu jesteśmy świadkami zamieszania związanego z tym co się dzieje wokół polskich stoczni. Przyznam szczerze, że zbytnio w ten temat nie wnikałem i nawet nie bardzo wiem, o co w tym wszystkim chodzi (pamiętam natomiast jak jeszcze kilka lat temu zachwycano się na świetną kondycją polskiego przemysłu stoczniowego)... Chcę zwrócić uwagę na coś zupełnie innego... A mianowicie stawiam pytania... Gdzie decyduje się los Stoczni Gdańsk, Gdynia i Szczecin? W Polsce czy w Brukseli? Od kogo zależą decyzje dotyczące przyszłości tych firm? Od Polaków czy od biurokratów schowanych za szklanymi pałacami brukselskich urzędów? Gdzie stoczniowcy niedawno protestowali chcąc wymusić korzystne dla siebie rozwiązania - w Warszawie czy w Brukseli? I przed kim polscy, bredzący wciąż, że jesteśmy krajem suwerennym, politycy muszą skomleć, żeby móc coś ze stoczniami zrobić - przed jakimś kapitalistą, który mógłby w stocznie zainwestować, czy przed panią Komisarz z Komisji Europejskiej?
Przykłady polskich stoczni najlepiej pokazują, że Polska, nawet nie ratyfikując Traktatu Lizbońskiego, nie jest już suwerennym krajem. Skoro decyzje o tym, co ma się dziać z polskimi przedsiębiorstwami zapadają nie tu, lecz w Brukseli, ględzenie o suwerenności można już między bajki włożyć.
Najzabawniejsze jest to, że jakoś mało komu to przeszkadza... Dziennikarze nawet się specjalnie nie dopytują, jak to w końcu jest z tą suwerennością, politycy nadal bezczelnie kłamią, że wciąż ją mamy, itp., itd...
Cóż, chyba po prostu nie zauważyliśmy, że już straciliśmy suwerenność, co gorsza - traktujemy ten stan jako coś normalnego, oczywistego...

Paweł Sztąberek

* * *

Nowa klasa robotnicza (30 czerwca 2008)

Nie ma dnia, w zasadzie to śmiało można napisać, że nie ma nawet serwisu informacyjnego co godzinę, w którym przynajmniej kilka wiadomości nie byłoby kompletnym absurdem, pomieszaniem najprostszych spraw, zakończonych idiotycznym komentarzem.
Zastanawiałem się nawet nad tym, aby zapamiętywać te najlepsze i potem, być może wspólnie z czytelnikami "Strony Prokapitalistycznej" rozpocząć ich zamieszczanie w jakimś specjalnym dziale. Sęk w tym, że w natłoku medialnych bzdur, starsze są wypierane przez nowe i nie sposób wszystkiego zapamiętać.
Tym niemniej jedna wiadomość, a w zasadzie historia, zapadła mi w pamięć niezwykle głęboko. Otóż program interwencyjny w TVP 1, zaraz po Teleekspressie nadał życiowe perypetie pewnego młodego człowieka, który... zapragnął "nieść pomoc ludziom". W tym jakże szlachetnym celu nie założył jednak własnej firmy zatrudniającej ludzi, nie wynalazł leku na jakąś nieuleczalną chorobę, ani nie rozpoczął akcji zmierzającej do powstrzymania masowego mordowania nienarodzonych dzieci.
Facet zapragnął nieść pomoc ludziom... jako pracownik socjalny. Reportaż powstał gdyż okazało się, że polskie przepisy są do tego stopnia durne, że nawet ukończywszy specjalne studia mające na celu wykształcenie zawodowych pomagaczy ludziom, nie jest pewne, że znajdzie zatrudnienie.
Ów facet, choć chciałoby się napisać, że po prostu darmozjad i bezczelny ekonomiczny i etyczny ignorant, miał marzenie przed laty, że chce zostać pracownikiem socjalnym. Poszedł na studia, zdał egzaminy, obronił pracę, został aspirantem tejże pracy socjalnej w urzędzie zajmującym się tymi sprawami, po czym nie został przyjęty na stałe, gdyż okazało się, że jakiś przepis nie pozwala na jego zatrudnienie w związku z uzyskanym przez niego tytułem naukowym.
Facet żali się do kamery, że jego życie legło w gruzach, że on rzucił dla swojej kariery pracownika socjalnego - jak sam się wyraził - bardzo ciekawą i dobrze płatną pracę w sektorze prywatnym, bo koniecznie chciał zostać pracownikiem socjalnym. W reportażu wypowiadają się jego nauczyciele akademiccy chwaląc jego pracę i wyniki w nauce, żona gani przepisy i - jak zawsze - system, który jest winien temu, że jej mąż nie może się spełniać zawodowo.
Komentarz dziennikarzy przygotowujących reportaż jest jednoznaczny; no tak, jeszcze jeden przykład na to, jak ludzka inicjatywa i chęć niesienia pomocy innym jest w Polsce niszczona. W programie słowa nie ma o tym, że ten człowiek jest po prostu idiotą. Miał pracę, zrezygnował. Miał perspektywy, a został na lodzie. I jeszcze poszedł z tym do telewizji. Ilu jest ludzi, którym dzieje się podobna "krzywda"?
Ale nic straconego. Może na kanwie tego precedensu powstanie nowe prawo; prawo do zostania biurwą żerującą na pracy uczciwych ludzi, tzn. chciałem napisać prawo do bycia pracownikiem socjalnym.
Skoro w Hiszpanii właśnie nastąpiło historyczne nadanie praw człowieka małpom, cóż stoi na przeszkodzie nadać kolejny przywilej następnym obibokom. Tylko, kiedy tak będziemy nadawać kolejne prawa nie zapominajmy, że ktoś na pracę tego "pokrzywdzonego" aspiranta pracy socjalnej musi najpierw zarobić. Czyżby nadanie "praw człowieka" małpom miało stworzyć grupę tych, którzy na tego typu obiboków będą pracować? Tego jeszcze nie wiadomo, ale przecież wszystko dopiero przed nami...

Paweł Toboła-Pertkiewicz

* * *

Praca "na czarno" (23 czerwca 2008)

Prasa doniosła właśnie, że w Belgii zatrzymano kilku Polaków pracujących - jak to się określa - "na czarno". Wykonywali oni prace budowlane przy remoncie pałacu królewskiego. Pałac królewski to instytucja bardzo szacowna, zapewne utrzymywana z pieniędzy podatników, więc dodaje to całej sprawie dodatkowej pikanterii. Otóż pod okiem wszechogarniającego państwa ludzie pracują sobie "na czarno".
Co to w ogóle jest praca "na czarno"? Wojciech Cejrowski w jednym ze swoich programów zauważył ostatnio bardzo słusznie, że tylko nieliczne zawody hańbią, np. zawód prostytutki. Ta praca ociera się o pewna mroczność, którą można by określić właśnie pracą na czarno. Każda inna, czy to robotnika na budowie, czy hydraulika, czy opiekunki do dziecka, czy pomoc w kuchni... to zwykła, normalna praca, dla której przymiotnik "na czarno" jest w gruncie rzeczy obraźliwy.
Z pracą "na czarno" (pozostańmy jednak przy tym określeniu) jest wszak jeden szkopuł. Otóż każdy, kto ją wykonuje jest, w świetle obowiązujących przepisów, przestępcą podatkowym. A więc, praca "na czarno" to rzeczywiście problem, ale tak naprawdę - problem dla państwa. Jednak celem pracy "na czarno" nie jest niepłacenie podatków i innych towarzyszących pracy haraczy, lecz wykonanie jakiejś czynności możliwie najmniejszym kosztem. Dla państwa jest to już jednak przestępstwo, ponieważ za wykonanie owej czynności państwo nie otrzymuje żadnej doli. A państwo - jak wiadomo - nie lubi tych, którzy się z nim nie dzielą. Ta cecha państwa sprawia, że bardzo często trudno odróżnić je od zwykłej gangsterskiej hałastry, która żywi się z haraczy ludzi pracujących.
Praca "na czarno" to w dzisiejszych czasach jedyna forma ratowania się przed tym największym gangsterem, jakim jest państwo. Dlatego nie dziwi, że nawet pod okiem króla Belgii i belgijskiego rządu ludzie ratują się jak mogą, byleby tylko uratować jakiś grosz. "Rząd się sam wyżywi" - powiedział kiedyś pewien PRL-owski propagandysta. No właśnie, tyle że aby zwykły człowiek mógł się wyżywić, musi zazwyczaj bardzo ciężko pracować, w przeciwieństwie do rządu. Ten bowiem na tej pracy tylko żeruje, niczym pasożyt, dlatego każda forma uchronienia się przed tym pasożytem zasługuje co najmniej na nasze zrozumienie...

Paweł Sztąberek

* * *

Dziękujemy Panie Prezydencie de Valera (14 czerwca 2008)

Dziś wszyscy cieszymy się z wyniku referendum irlandzkiego, ale jednocześnie z tej okazji nie sposób nie napisać dlaczego w ogóle w Irlandii do referendum doszło. Powód jest tak naprawdę jeden i nazywa się Eamon de Valera.
Konstytucja irlandzka z 1937 roku została napisana przez wielkiego męża stanu i konserwatystę, Eamona de Valerę. Jest to dokument prosty, jasny w swej wymowie, zrozumiały i krótki (zawiera zaledwie 50 artykułów). Co równie ważne, jest to najbardziej konserwatywna konstytucja, jaka obecnie obowiązuje w Europie. Próżno gdzie szukać takich zapisów jak np. w artykule 41. że "państwo uznaje w szczególności, że kobieta przez swoją aktywność w domu, daje Państwu wsparcie, bez którego dobro wspólne nie mogłoby zostać osiągnięte (...) aby matki nie były zmuszone ekonomiczną potrzebą do podejmowania pracy, zaniedbując swoje obowiązki domowe".
Albo artykuł 42.: "Państwo uznaje, że pierwotnym i naturalnym wychowawcą dziecka jest rodzina", czy artykuł 43., gdzie czytamy, że "państwo zobowiązuje się nie uchwalać żadnej ustawy próbującej obalić własność prywatną i prawo do jej posiadania".
punktu widzenia wczorajszego referendum, najważniejszy jest jednak punkt 1. artykułu 47:
"Każda propozycja zmiany niniejszej Konstytucji, która jest poddana decyzji narodu w referendum".
To, że Irlandczycy mieli szansę jako jedyny naród zagłosować w imieniu całej Europie i powiedzieć wyraźne NIE brukselskim eurokratom to zasługa nikogo innego jak Eamona de Valery, notabene przeciwnika wejścia Irlandii do EWG w 1972 roku.
Konstytucja de Valery, o której Ojciec Święty Pius XII powiedział po jej lekturze, że była pisana ręką Boga, zapewniła przynajmniej na jakiś czas ratunek całej Europie. Konstytucja ta chroni prawo obywateli do decydowania o losach własnego kraju przed zakusami zaprzedanych polityków. I taki był zamysł jej twórcy.
Konstytucja kończy się słowami: "Na chwałę Pana Boga i Honor Irlandii". W języku irlandzkim te słowa brzmią: "Dochum Glóire De Agus Onora na hÉirean". W tych dniach z boską pomocą Irlandczycy obronili honor Irlandii i jak przed wiekami uchronili europejskie dziedzictwo przed zakusami barbarzyńców; tym razem uchronili Europę przed barbarzyńcami z Brukseli.
Chwała im za to, ale przede wszystkim chwała Emonowi de Valerze za irlandzką konstytucję.
Gdy cieszymy się dziś ze zwycięstwa w irlandzkim referendum pamiętajmy, komu naszą radość zawdzięczamy.

Paweł Toboła-Pertkiewicz

PS. Pojawiają się już głosy, że trzeba będzie przygotować kolejną wersję traktatu dla Europy. Jeśli tak, to wydaje się, że przyszła konstytucja jest już gotowa i należy ją po prostu skopiować w innych państwach. Domyślają się państwo, jaką konstytucję mam na myśli...

* * *

W Eurosojuzie głupio, coraz głupiej... (9 czerwca 2008)

Głupio, coraz głupiej... Można by sparafrazować tytuł popularnego niegdyś polskiego serialu. Oto z Unii Europejskiej, czyli z pionierskiego poligonu walki o postęp ludzkości, dochodzą wieści, że z użycia wycofane mają być zwykłe żarówki i że zastąpić je mają świetlówki. Chodzi ponoć o to, że zwykła żarówka emituje zbyt dużo ciepła, a to z kolei przyczynia się do ocieplania klimatu. Na razie są to ponoć luźne propozycje, ale czyż inne luźne propozycje eurokratów nie stają się powoli obowiązującym prawem? Jak choćby zakaz używania pewnego rodzaju zapalniczek wprowadzony po tym, jak w ubiegłym roku w wyniku ich używania doszło do kilkunastu pożarów na terenie UE. Głupio, coraz głupiej...
Media donoszą właśnie, że na zachodzie Unii Europejskiej burzą się rybacy i nie tylko. W Brukseli doszło nawet ponoć do starć z policją dzielnie broniącą złotych pałaców unijnych biurokratów, by jakaś hołota się do nich nie wdarła... A czegóż to ta "hołota" się domaga? Chciałaby ona, aby Bruksela zainterweniowała w kwestii rosnących cen paliw. "Hołota" zwracała się ponoć o interwencję do swoich rodzimych rządów, ale tamte miały sprawę zmyć, twierdząc, że to zależy nie od nich, lecz od Brukseli... Tak przy okazji... ot, przykład suwerenności państwowej w ramach UE... Bruksela oczywiście też sprawę zmywa, twierdząc, że interweniowanie na rynku paliw byłoby "nielegalne". Naprawdę trudno się już połapać, co jest w Unii legalne a co nie, tym bardziej, że cały unijny system opiera się na jednej wielkiej INTERWENCJI biurokracji w ludzkie życie. Inna sprawa, że unijni rybacy, czyli "hołota", żądali dopłat do paliw, zamiast domagać się obniżenia podatków nakładanych na paliwa (tak przynajmniej donoszą polskie media). Jeśli to prawda znaczyłoby to, że ludzie na Zachodzie nie wiedzą już, że w cenach są poukrywane podatki mające wpływ na ich wysokość. Jedynym remedium na rozwiązanie problemu ma być "dopłata". Cóż, socjalizm - jak wiadomo - odmóżdża. A ponieważ socjalizm unijny, ze swoimi dopłatami, subwencjami, programami operacyjnymi itp. kwitnie w najlepsze już od dość dawna, rośnie nam na kontynencie nowe pokolenie ludzi odmóżdżonych.
No, może w Polsce nie jest jeszcze tak źle, bo ktoś jednak ostatnio domagał się, by obniżono akcyzę na paliwo. Sam premier Tusk nawet ponoć zatroskał się bardzo tą kwestią, niemniej ostudził go chyba szybko minister finansów, twierdząc, że obniżenie akcyzy to katastrofa dla budżetu, a ten jest przecież najważniejszy. Podatkowy rabunek Polaków trwał więc będzie w najlepsze. Tym bardziej, że obecni ministrowie jeżdżą pojazdami służbowymi, za które płaci podatnik. Ech, szkoda, że pani Pitera (zwana już ponoć tu i ówdzie "panią Pitu-Pitu") nie napisała o tym w swoim słynnym 6-stronicowym raporcie o nadużywaniu publicznych pieniędzy przez polityków... PiS...
Głupio, coraz głupiej...
Tym bardziej, że nawet prywatne firmy zaczynają ulegać terrorowi politycznej poprawności... Otóż robię sobie zakupy w Carrefour i nagle przy kasie dowiaduję się, że nie ma już torebek jednorazowych i żeby móc zakupy zapakować, muszę kupić dużą reklamówkę za 60 groszy... Jak się okazuje... EKOLOGICZĄ reklamówkę. Te dotychczasowe, używane przez lata, były ponoć nieekologiczne, bo się długo rozkładały, a ta ma się rozłożyć szybko. Nie wiem, czy to jakaś kolejna dyrektywa UE, czy też Carrefour mści się w ten sposób na klientach za to, że w najważniejsze święta musi być zamknięty, i może w ten sposób chce sobie powetować straty... Nie wiem. W każdym razie po przyjściu do domu dokładnie przyjrzałem się tej reklamówce i znalazłem na niej napis następującej treści: "Chronić przed dziećmi. Istnieje niebezpieczeństwo uduszenia się". MAKABRA!!! Tym samym donoszę Komisji Europejskiej na firmę "Carrefour", iż rozprowadza, każąc sobie jeszcze za nie płacić, zabójcze reklamówki.
Jak nic, jest to sprawa godna tego, by zajęli się nią Wielcy Komisarze Wielkiego Eurosojuza!

Paweł Sztąberek

* * *

Paranoiczny dylemat (2 czerwca 2008)

Pan Andrzej Sadowski w swoim bardzo interesującym artykule nt. rzeczywistych dysponentów władzy "Polska nie jest krajem polityków" zamieścił m.in. taki ustęp: "Tymczasem rządzący nieoczekiwanie zdecydowali się na ujawnienie prawdy o faktycznych dysponentach władzy. Z ust prominentnego polityka partii rządzącej wyborcy dowiedzieli się, że są to urzędnicy, którzy na zapowiadany przez władzę cud nie dali na razie swojej zgody".
Nie do końca jest on zrozumiały dla mnie, ale czy dobrze się domyślam? Cud Tuskowy miał obejmować regulacje i porządek w systemie podatkowym, nie wspominając już o podatków obniżeniu. Jednak nie tak dawno rzeczywiście któryś z POmatołków wyższego stołka był uprzejmy publicznie stwierdzić, że ze zmian w systemie na razie nici, bo urzędnicy skarbowi storpedowali zamiary Robin Hoodów z PO. W sumie zaszokowało mnie, z jaką beztroską parlamentarzysta i polityk oznajmia właściwie taki oto komunikat: "Jako parlament jesteśmy ubezwłasnowolnieni i nie wolno nam - władzy ustawodawczej - przeprowadzać nawet niewielkich zmian w prawie i przepisach bez zgody jakiejś grupy określanej anonimowo jako >>urzędnicy<<". Co to u diabła jest????
Czy ci ludzie nie widzą swojej śmieszności i małości? Jakim cudem urzędnik choćby i najwyższy z Ministerstwa Skarbu ma prawo i władzę by blokować inicjatywę parlamentarną??? W takim razie lepiej ten pseudo-parlament szybko rozwiązać, żeby nie marnować pieniędzy na twór, który nie potrafi wypełniać swoich podstawowych zadań. Ale - jak rozumiem - taka atrapa komuś jest jednak potrzebna?
Komuś - ludziom, którzy utworzyli z Polski prywatny folwark, dojąc z nas wszystkich ile się da i nawet nie udając wobec nas jakiejkolwiek życzliwości. Dlatego może to państwo jest tak wrogie i obce Polakom... Ale to paranoiczny dylemat znany w Polsce od lat jeśli nie od wieków: miłość do swojego kraju i nienawiść do własnego (?) państwa....

Leszek Karliński

* * *

Wykluczyć się z Unii (26 maja 2008)

Komisja Europejska opublikowała właśnie raport na temat sytuacji społecznej w UE. Jak podał to jeden z portali internetowych, wyniki tego raportu są "szokujące". Otóż, jak się okazuje, według Komisji, 35 procent Polaków nie stać na to, aby mieć co dwa dni na obiad mięso albo rybę. Jak pisze portal: "Komisja Europejska uznała te dane za >>niepokojące<<. Po pierwsze dlatego, że według Światowej Organizacji Zdrowia posiłek mięsny co dwa dni to jedna z podstawowych potrzeb współczesnego człowieka. Po drugie zaś dlatego, że według szczegółowych danych, na taki >>przyzwoity<< posiłek nie stać także osób, które zarabiają powyżej 60 proc. przeciętnego krajowego wynagrodzenia". I dalej: "Według KE, 60 proc. to pułap biedy albo zagrożenia biedą. KE tłumaczy, że zarobki poniżej tego progu uniemożliwiają pełne uczestnictwo w życiu społecznym, gospodarczym i kulturalnym - stąd mowa o tzw. wykluczeniu, które jest pojęciem szerszym niż bieda".
No więc z raportu dowiadujemy się, że Polakom grozi nie tylko bieda, ale także wykluczenie, co jest znacznie gorsze od biedy. Znaczyłoby to, że można być biednym ale niewykluczonym, co jeszcze jakoś ujdzie, jeśli jednak bieda idzie w parze z wykluczeniem, to już jest istna katastrofa! A jeśli, na przykład, jest się zamożnym i też wykluczonym to już pewnie musi być dla Komisji Europejskiej tragedia...
Jak by można temu zaradzić? Otóż to proste... Wystarczy stosować się do zalecanych przez Komisję Europejską rad Światowej Organizacji Zdrowia i jeść mięso lub ryby przynajmniej co drugi dzień, zgodnie z "potrzebami współczesnego człowieka". No, ale jeśli kogoś na taki "luksus" nie stać? Też proste... Odkrył to już premier Tusk, który w swoim niedawnym orędziu zapowiedział, że będzie karmił dzieci. Teraz, czy się to komuś podoba czy nie, będzie musiał wcinać co drugi dzień, a najlepiej codziennie, mięcho. Nieważne, że po szkołach toczyć się będzie coraz więcej młodocianych tłuściochów. Od czego jest w końcu Unia Europejska?! A bo to już raz ogłaszała akcję walki z otyłością?
A co z takimi, których stać na mięso i ryby, ale nie lubią ich zbyt często jeść, albo z tymi, którzy w ogóle nie jadają mięsa? Cóż, trzeba ich będzie poddać kulinarnej reedukacji. Innej rady nie ma. W końcu, skoro Komisja Europejska wydaje tysiące, a może nawet miliony euro na sporządzenie raportu, to chyba nie po to, by poszedł on szybko w niepamięć, lecz po to, by był z niego jakiś użytek w praktyce. Jeśli jeszcze nie teraz, by nie wywoływać szoku, to kto wie, czy nie za jakiś czas... Kto wie...
Właśnie podano wiadomość, że rozpoczął się okres zakazu połowu dorsza na Bałtyku, który ma trwać do września. Cóż, unijne limity... I tym sposobem Unia sama "wykluczyła" tych, którzy chętnie zjedliby sobie co drugi dzień dorsza na obiad. Ale, jest jeszcze tzw. "czarny rynek". W nim cała nadzieja, by choć trochę poczuć się z Unii autentycznie wykluczonym... Wykluczonym od tych wszystkich głupot...

Paweł Sztąberek

* * *

Dwanaście gwiazdek (19 maja 2008)

Nie ma co, idziemy z postępem... Kiedyś na budynkach pewnych przybytków w PRL-u powiewały flagi z jedną gwiazdą, no i jeszcze z sierpem i młotem. Gdzie niegdzie stały pomniki z ową gwiazdą, a w takiej np. Czechosłowacji czy NRD to gwiazdy z sierpem i młotem były niemalże na każdym kroku. Ale zawsze była to tylko jedna gwiazda. Dziś, w ramach marszu z postępem, gwiazd jest już dwanaście... Flagi z dwunastoma gwiazdami powiewają niemalże wszędzie, na budynkach siedzib władz, na siedzibach różnych instytucji, na autobusach. 1 i 3 maja to nawet niektórzy powiesili sobie takie flagi w oknach swoich prywatnych domów. Niewykluczone, że jeszcze 20 lat temu w ich oknach wisiały flagi czerwone z jedną gwiazdą. No proszę jaki postęp... Teraz gwiazd jest dwanaście.
Od tych gwiazd coraz trudniej uciec, coraz trudniej się na nie nienapatoczyć... Włączam telewizor (co czynię rzadko, a teraz będę chyba czynił jeszcze rzadziej), a tu reklama jakiegoś "programu operacyjnego rozwoju regionalnego", no i żeby brać kasę, bo dają... No i oczywiście dwanaście gwiazdek... Idę sobie na spacerze, mijam rondo... a tu pomnik... właściwie tablica ku czci jakiegoś tam "programu operacyjnego", no i wielkiej dobroczynności Unii Europejskiej, która dała kasę. Nieważne, że rondo to odebrało już życie i zdrowie wielu osobom, bo jest zrobione bez żadnego pomyślunku, i że łączy dwie drogi prowadzące ... donikąd. Kogo to obchodzi?! Ważne, że jest uwiecznione dwunastoma gwiazdkami, i że bezgraniczni wyznawcy tych gwiazdek będą się mieli w przyszłości przed czym modlić i hołdy dziękczynne składać.
Właściwie to można by pomyśleć, że bez dwunastu gwiazdek to już nic w Polsce nie może się dokonać... No i chyba tak jest. Kupiłem niedawno makaron i coś mnie tknęło żeby poczytać opakowanie. I co widzę? Dwanaście gwiazdek, jakieś dziwne znajome loga, które wciąż gdzieś rzucają się w oczy, a to w TV, a to w reklamach prasowych, a to na plakatach wiszących w mieście... No i formułkę, z której jasno wynika, że gdyby nie dofinansowanie w ramach jakiegoś "programu operacyjnego", to owa fabryka makaronu nie miałaby taśmy produkcyjnej, no i pewnie ów makaron by nigdy nie powstał. Żałuję, że nie zachowałem tego opakowania, bo podałbym nazwę firmy, od której już nigdy nie kupię makaronu, ale niestety reakcja alergiczna kazała mi się tego opakowania natychmiast pozbyć. Radzę zatem spoglądać od czasu do czasu na opakowania kupowanych produktów. Nie ma bowiem sensu podwójnie płacić za towar: raz w formie składki na Unię Europejską, a drugi raz w sklepie. Ale czy nie okaże się, że za jakiś czas nie da się już kupić niczego, co nie miałoby na opakowaniu gwiazdek? I czy w ogóle coś jeszcze można będzie wtedy kupić?

Paweł Sztąberek

* * *

Premier obieca... (12 maja 2008)

Premier Donald Tusk nawoływał w kampanii wyborczej rodaków, którzy wyjechali do pracy na obczyźnie, by wracali do kraju. Nie byłby to wcale taki głupi pomysł, pod warunkiem, że wróciliby ci, którzy wyjechali za granicę pracować, a nie żebrać o zasiłki. Trzeba bowiem wiedzieć, że wielu Polaków którzy znaleźli się np. w Anglii skusił tamtejszy system opieki społecznej, który oferuje im zasiłki na znacznie wyższym poziomie niż rodzimy socjal. Jeśli ci wróciliby do kraju, oraz reszta żulerii, która w Anglii czy gdziekolwiek indziej przynosi nam wstyd, nie byłby to dobry znak dla premiera, który - jak wiadomo - planuje pewnie by za jakiś czas przeistoczyć się w prezydenta. Nie trudno sobie wyobrazić, że statystyki bezrobocia poszłyby momentalnie w górę, wzrosłaby przestępczość itp. Nie byłoby się zatem za bardzo czym pochwalić w kampanii prezydenckiej. No bo przecież kandydat-demokrata, mizdrzący się do ludu nie krzyknie mu wprost "do roboty!", bo nigdy żadnych wyborów już nie wygra. Wprost przeciwnie - obieca raczej, że zasiłki wzrosną i że dalej można będzie jakoś żyć niewiele z siebie nie dając...
I chyba premier Tusk już to powoli rozumie, bo minister pracy w jego rządzie przygotowuje właśnie nowelizację ustawy o "przeciwdziałaniu bezrobociu", przewidującą m.in. wzrost zasiłków, które wysokością powoli zbliżać się będą do płacy minimalnej. Czyż prezydencka kampania wyborcza już się właśnie nie zaczęła? Pani minister pracy deklaruje ponadto, że urzędy pracy muszą się zreformować, czyli bardziej muszą się nastawić na doradztwo zawodowe, no i muszą się odbiurokratyzować. Zapewne w ramach tego odbiurokratyzowania, pani minister zapowiada wzrost etatów w urzędach pracy. Czyżby brakowało już ludzi do tego, by "aplikować" środki z Unii Europejskiej na przeróżne fantastyczne programy typu "Kobieta sukcesu" czy temu podobne?
Gdy z jednej strony zanosi się na kolejne marnotrawstwo publicznego grosza, pewnie za aprobatą pana premiera, z drugiej tenże sam premier spotyka się z ministrami po to, by zastanowić się, jakby tu zaoszczędzić "na władzy". Pan premier planuje każdemu z ministrów wyrwać trochę kasy, no i pochwalić się przed ludem, jak to on dzielnie walczy o "tanie państwo". Hipokryzji nie widać końca. No bo cóż z tego, że pan premier zaoszczędzi na ministrach - dajmy na to - 6 miliardów złotych, skoro nie obniży jednocześnie podatków tak, by te 6 miliardów pozostało w kieszeniach Polaków, tylko przeznaczy je np. na zwiększenie zasiłków? Nie wierzę, że Donald Tusk tego nie rozumie, choć kto wie... Władza może rzeczywiście otumania...

Paweł Sztąberek

* * *

Skąd się bierze znieczulica? (5 maja 2008)

W związku z przypadkiem zwyrodnialca z Austrii, który przez wiele lat przetrzymywał w piwnicy własną córkę, którą gwałcił i z którą miał kilkoro dzieci, media podniosły straszliwy rejwach. Zresztą, czy dla współczesnej prasy i telewizji może być wdzięczniejszy temat od sprawy, w której mieszają się: dewiacyjny seks i zbrodnia? Przy okazji całego zdarzenia środki masowego ogłupiania zaczęły stawiać pytania typu: "A gdzie było przez te wszystkie lata państwo?", "A gdzie była policja?", "A gdzie była opieka społeczna?". Najrzadziej natomiast pojawia się takie chociażby pytanie: "A gdzie byli sąsiedzi?", czyli ci, którzy żyli najbliżej zwyrodnialca i jego rodziny.
Jestem przekonany, że całe stada mędrków zaczną zaraz ujadać, jaka to znieczulica wśród ludzi zapanowała, że zanikają międzyludzkie więzi... I pewnie całą winę będą próbowali zrzucić na "krwiożerczy kapitalizm", który wyzwala w ludziach najniższe instynkty, że w pogoni za pieniądzem nie dostrzegają drugiego człowieka itp... Gdyby się jednak głębiej zastanowili nad problemem, a nie zachowywali jak banda przygłupów, musieliby dojść do wniosku, że owa znieczulica, owo "niedostrzeganie człowieka" to skutek nie kapitalizmu, czy pogoni za pieniądzem, lecz socjalizmu, zwanego współcześnie "państwem opiekuńczym". To właśnie tu leży klucz do odpowiedzi na pytanie, dlaczego panuje "znieczulica", czy jakkolwiek by to nazwać.
Państwo, które zawłaszcza małym wspólnotom czy całym społecznościom coraz więcej zadań i obowiązków, które powinny należeć do nich, siłą rzeczy musi z czasem doprowadzić do tego, że owe wspólnoty staną się zbieraniną przypadkowych jednostek, mijających się z obojętnością. Państwo, które dziś "opiekuje się" ludźmi od urodzenia aż do śmierci, zwalnia z tej opieki najbliższych - rodzinę, sąsiadów, wspólnotę... Państwo, które stara się kontrolować niemalże każdy ruch swoich poddanych, swoich niewolników, będących wyłącznie maszynką służącą do zapełniania państwowego budżetu, czyli nabijania kiesy polityków i biurokratów, oducza tej kontroli na najniższym, rodzinno-sąsiedzkim poziomie.
Czy sąsiedzi zwyrodniałego Austriaka, nawet jeśli cokolwiek wiedzieli o tym, co dzieje się w jego domu, mieli interes w tym, by kogokolwiek informować, skoro mieli świadomość tego, że istnieją państwowe służby wyspecjalizowane w opiekowaniu się ludźmi? Czy opłacało im się narażać, interesować, skoro obowiązek interesowania się prywatnym życiem obywateli wzięło na siebie państwo?
W systemie "państwa opiekuńczego" wzrasta już kolejne pokolenie, pokolenie, które od małości ma zaszczepianą wiedzę, że państwo się nim opiekuje, interesuje się jego życiem, wychowuje go, że daje mu "bezpłatne" szkolnictwo, że może się "za darmo" leczyć, najeść, a nawet refunduje mu środki antykoncepcyjne, a gdy te zawiodą, umożliwia "usunąć za darmo niechciany płód"... Państwo jest zatem wszechobecne, a edukację swoją prowadzi w taki sposób, że nowe pokolenie edukowanych jest przekonane, że to jest właściwy model, że tak jest dobrze, że tak być musi. Nieważne, że państwo okazuje się - jak pokazał choćby przypadek austriacki - nieskuteczne, a ludzie zobojętniali... Najważniejszy jest aksjomat: "jeśli państwo się tym nie zajmie to kto?"
Jeśli ktoś się dzisiaj dziwi, że wśród ludzi panuje coraz większa znieczulica, że są obojętni na cierpienie, które niejednokrotnie dzieje się za ścianami naszych mieszkań, niech się dalej dziwi... No i niech z podziwem patrzy, jak przez najbliższe lata, wszechwładne, "dobre państwo" będzie żywić, reedukować, resocjalizować i opracowywać programy terapii dla pana Fritzla z Austrii, który przez 25 lat więził i gwałcił córkę, a jedno dziecko pochodzące z ich "związku", zamordował.

Paweł Sztąberek

* * *

Nasi południowi sąsiedzi (28 kwietnia 2008)

Kto by się spodziewał, że będziemy mieli czego zazdrościć naszym południowym sąsiadom - Czechom... Okazuje się jednak, że jest czego. Nie tylko prezydent tego niewielkiego państwa zasługuje na to, byśmy o Czechach myśleli dobrze, ale ostatnio także tamtejszy senat zrobił coś, czego nasi żałośni polityczkowie nie mieli - jak dotąd - odwagi uczynić. Skierował, mianowicie, do tamtejszego trybunału konstytucyjnego Traktat Lizboński, by trybunał ocenił jego zgodność z czeską konstytucją. Rezultatu oczywiście trudno przesądzić, tym bardziej, że w Czechach lustracja agentów komunistycznej bezpieki rozpoczęta została - chyba z sukcesem - już dawno temu. Kto zatem wie, czy unijnym eurokratom wkrótce nie opadnie szczęka na skutek czeskiej wolty...
U nas natomiast, ani lustracja na dobre się nie zaczęła, ani inne sprawy z przeszłości nie zostały uporządkowane, natomiast pan prezydent Lech Kaczyński forsując swego czasu nowelizację ustawy lustracyjnej doprowadził do jej skutecznego zablokowania przez niezlustrowany Trybunał Konstytucyjny. Teraz zaś, ów prezydent przebiera nóżkami byleby tylko przejść do historii jako ten, którego podpis uczyni z Polski prowincję nowego superpaństwa, jednocześnie namawiając do wieszania w oknach 2 i 3 maja flag narodowych. Na razie jeszcze biało-czerwonych... Chociaż kto wie, może "przypadek czeski" podziała na naszą głowę państwa niczym kubeł zimnej wody. No, jeszcze jest referendum w Irlandii, na rezultaty którego lokator Pałacu Namiestnikowskiego też pewnie raczy zaczekać zanim złoży swój historyczny podpis. Przypomina mi się tu angielski serial "Co ludzie powiedzą". No właśnie - co powie komisarz, co powie Bruksela... Na szczęście chociaż Czesi - póki co - zbytnio się tym nie przejmują...
Czechom można jeszcze pozazdrościć morawskiego wina. Bo polskiego, jak dotąd, nie można nigdzie kupić. Właśnie polscy winiarze, których jest coraz więcej i którzy produkują już ponoć (niestety nie miałem okazji skosztować) niezgorsze trunki, mają poskarżyć się na polski rząd, że nie uchwalił dotąd ustawy, która umożliwiałaby wreszcie handlowanie rodzimym winem. Rząd "wolnorynkowej" Platformy Obywatelskiej i wrażliwego na problemy przetwórstwa rolniczego PSL-u, to wymnarzona koalicja, by takie prawo wreszcie ustanowić. A tymczasem "cicho wszędzie, głucho wszędzie...". Jak tak dalej pójdzie to pan poseł Palikot będzie musiał chyba zmienić nazwę swojej słynnej komisji sejmowej "Przyjazne państwo" na "Wszechwładna biurokracja". Zresztą, z tego co wiem, pan Palikot inwestuje w morawskie firmy winiarskie, więc luzowanie przepisów polskim winiarzom może mu się najzwyczajniej nie kalkulować. Ale to tylko luźne spekulacje...
Niemniej jednak mamy czego zazdrościć naszym południowym sąsiadom, oj mamy...

Paweł Sztąberek

* * *

Polska bieda... (21 kwietnia 2008)

Od jakiegoś czasu mało kto zajmuje sie tzw. problemem bezrobocia w Polsce. Temat, który jeszcze niedawno był numerem jeden wszystkich gazet, serwisów, oraz pełnych lamentów reportaży, zniknął nagle jak kamfora. Nie oznacza to oczywiście, że tu czy ówdzie jakiś dziennikarz, szczególnie z prasy brukowej, która z natury rzeczy odwołuje się do najniższych instynktów swoich czytelników, nie zapłacze nad losem jakiejś rodziny, która "nie ma co do garnka włożyć".
Tak, ponad tydzień temu, postąpił "SuperExpress" opisując pięcioosobową rodzinę spod Olsztyna, która - jak pisze gazeta - bieduje, podczas gdy miejscowa pomoc społeczna oddaje z powrotem do budżetu państwa niewykorzystane za 2007 rok fundusze. Gazeta nazywa ów zwrot środków skandalem, a urzędników, którzy to zrobili "marnotrawcami".
Mało dziś się pisze o pomocy społecznej, a tymczasem zasiłków tak dużych jak obecnie nie było chyba jeszcze w III RP nigdy. Wynika to w znacznej mierze z zapisów ustawy i z tego, że pewne zasiłki stały się obligatoryjne, czyli jak ktoś zwróci się po zapomogę i spełnia kryteria to musi ją dostać.
O rodzinie, o której wspomina "SuperExpress", wiadomo tylko tyle, że jest "biedna" oraz że utrzymuje się z "kuroniówki" w wysokości 486 zł i z zasiłku rodzinnego - 270 zł. Idę o zakład, że rodzina ta notorycznie wisi na garnuszku miejscowej pomocy społecznej, a jeśli tak jest to informacja o jej dochodach podana przez "SuperExpress" jest nieprawdziwa. Dlaczego? Jak wspomniałem, pewne zasiłki są obligatoryjne, np. tzw. zasiłek okresowy. Jeśli rodzina ta składa się - jak podano - z 5 osób, kryterium dochodowe uprawniające do korzystania z zasiłków wynosi w jej przypadku 1755 zł (351 x 5). Dochód podany w gazecie daje w sumie 756 zł ("kuroniówka" plus rodzinne). Zasiłek okresowy (obligatoryjny), który z pewnością rodzina ta pobiera, jeśli tylko nawiedza ona miejscową pomoc społeczną, oblicza się następująco: od kryterium dochodowego (1755 zł) odejmuje sie dochód faktyczny rodziny (756 zł). Daje to 999 zł. Zasiłek okresowy to - jak wynika z zapisów ustawy - połowa tej kwoty, czyli 499,50 zł. Widać więc, iż rodzina ta pobiera jeszcze, z dużym prawdopodobieństwem, prawie 500 zł zasiłku okresowego miesięcznie, o czym "wiarygodny" "SuperExpress" nie raczył już wspomnieć. A szkoda, bo dopiero podając takie fakty widać jak duże pieniądze państwo przeznacza na różnego rodzaju zapomogi... Wówczas i na biedę w Polsce można by też spojrzeć nieco inaczej. Ale pewnie nie wszystkim byłoby to na rekę. Lepiej lamentować, że jest źle i że "nie ma co do garnka włożyć"... I dalej przejadać wzrost gospodarczy...

Paweł Sztąberek

* * *

W Warszawie o podatku liniowym (31 marca 2008)

Gdy jakąś dekadę temu Unia Polityki Realnej zaczęła lansować hasło podatku liniowego, wszyscy bez mała "mędrcy" ekonomii, z guru profesorem Balcerowiczem na czele, pukali się w głowy, dając jednoznacznie do zrozumienia, że to jakaś kolejna wzięta z księżyca ekstrawagancja "sekty" wymachującej na lewo i prawo ponurym sztandarem z wizerunkiem krzyża św. Jerzego. Minęły lata i niewiele się w kwestii podatku liniowego w Polsce zmieniło. No, może poza ty, że hasło jego wprowadzenia zaczęło być powoli przejmowane przez inne ugrupowania odwołujące sie do haseł wolnorynkowych. Orędownikiem tego podatku stał się nie tylko sam "guru", profesor Balcerowicz, ale również rządząca obecnie Platforma Obywatelska...
Cóż jednak z tego, skoro na samych deklaracjach, jak dotąd, się kończy. A patrząc na lata minione, i na to, jak załatwiano w Polsce inne sprawy, trudno doprawdy być w tej kwestii optymistą. Pamiętamy, iż chociażby za reprywatyzacją opowiadali się niemal wszyscy. Czy był idealniejszy moment do jej przeprowadzenia niż czasy rządów AWS i UW? Obydwa ugrupowania deklarowały się wówczas jako zwolennicy zwrotu majątków zagrabionych po wojnie przez komunistów. Oczywiście niewiele z tego wyszło, do czego - co też trzeba uczciwie przyznać - przyczynił się prezydent wszystkich czerwonych, Aleksadner Kwaśniewski, niepodpisując ustawy, która w rzeczywistości stanowiłaby karykaturę reprywatyzacji.
Dziś prezydent nie jest już ponoć czerwony... Ale cóż z tego, skoro już zapowiedział, że gdyby trafiłaby na jego biurko ustawa o podatku liniowym, zawetuje ją. Czy w Polsce można cokolwiek zrobić?
Otóż w dniach 1-3 kwietnia br. w Warszawie przynajmniej można będzie posłuchać na żywo człowieka, który na bieżąco zajmuje się popularyzacją podatku liniowego oraz analizą skutków jego wprowadzenia tam, gdzie dotychczas to uczyniono. Daniel J. Mitchell, ekspert podatkowy Cato Institute, przylatuje do Polski na zaproszenie Fundacji PAFERE. W Warszawie da cykl wykładów oraz odbędzie kilka spotkań, podczas których zachęcał będzie do poważnego podejścia do reformy systemu podatkowego, ze szczególnym naciskiem na podatek liniowy. Myślę, że warto posłuchać Daniela Mitchella. Również prezydent Kaczyński uczyniłby znacznie lepiej, gdyby zechciał posłuchać gościa Fundacji PAFERE, aniżeli marnował czas na przeróżne zabiegi prowadzące do utraty przez Polskę suwerenności. Ale to już jest chyba marzenie ścietej głowy...

Pobierz plik z pełnym programem wizyty D. Mitchella w Polsce (pdf)

Paweł Sztąberek

* * *

"Polonia Christiana", czyli pismo normalne (25 marca 2008)

Na rynku prasowym pojawił się nowy dwumiesięcznik, który zarówno w treści, jak i w formie (b. ładny papier), od pierwszego numeru pozytywnie wyróżnił się na tle zalewającego kioski co tu dużo mówić obrazkowo-słownego chłamu.
Ważnym wyróżnikiem każdego pisma jest jego tytuł, a więc pierwsza, może obok całej okładki rzecz, która rzuca się w oczy. W przypadku tych dwu słów "Polonia" i "Christiana" mamy do czynienia z bardzo ciekawym dualizmem, objawiającym się również w dwóch niejako warstwach. Zacznijmy od języka: jak widać, tytuł jest sformułowany w języku, który powszechnie nazywany jest "martwym". Jakoś z tą martwotą jednak krucho, skoro także w dwudziestym pierwszym wieku można nazwać w nim gazetę i przy okazji - co nie mniej ważne - nadać jej w ten sposób określony, głęboki profil. To jest właśnie ta druga warstwa, do odczytania której należy pochylić się nad znaczeniem tej słownej zbitki. "Polska - Chrześcijańska". Rzadko zdarza się, by tak lapidarnie (a lapidarność jest jedną z głównych cech łaciny) wyrazić jedną z podstawowych prawd historii, i wciąż jeszcze teraźniejszości. To, że nazwa naszej Ojczyzny zakorzeniła się i funkcjonuje jako "Polonia" przypomina zatem, do jakiego kręgu cywilizacyjnego, kulturowego i religijnego ona należy. Jest wszak Polska częścią czegoś, co przywykło się określać jako "christianitas", społeczność chrześcijańską, nie przestając jednocześnie być wyrazistą i niepowtarzalną przecież "Polonią". Tak zatem wygląda prawdziwa "jedność w różnorodności". Warto o tym pamiętać, kiedy stykamy się z innym, całkowicie odmiennym, bo totalitarnym modelem integracji.
Skoro zaś już jesteśmy przy kwestiach politycznych, warto wspomnieć, że poświęconych im jest większość stron nowego pisma, którego łamy zaszczyca między innymi człowiek, którego (ani jakości jego pióra) przedstawiać nie trzeba - Stanisław Michalkiewicz. Znajduje się w nim też dział religijny (z artykułem JE Jorge kard. Mediny Esteveza), historyczny (R. Konik), wreszcie dossier, czyli coś w rodzaju "tematu numeru", w pierwszym poświęcone Islamowi w Europie oraz tzw. "Karcie Praw Podstawowych", będącej niczym innym jak instrumentem dyktatury relatywizmu (prof. Roberto de Mattei). Samo pismo zaś wydaje wielce zasłużone Stowarzyszenie Kultury Chrześcijańskiej im. X. Piotra Skargi. Wypada się zatem cieszyć, że na tle barwnych w stylu ale całkowicie jednokolorowych ideowo pism pojawił się tytuł, który już przez samą swoją wymowę akcentuje sprzeciw wobec dyktatury bajań o "państwie neutralnym światopoglądowo" czy "prawach podstawowych", których "podstawą" jest właśnie odebranie jednostkom i narodom wszelkich przynależnych im praw, oddający przy tym swoje łamy czołowym przedstawicielom polskiej i europejskiej Kontrrewolucji, czy raczej: normalności.

Piotr Toboła-Pertkiewicz

* * *

Ostatnia szansa? (17 marca 2008)

"(...) Są w historii takie momenty, w których przyszłość całych kontynentów zostaje przesądzona na wiele dziesięcioleci. Dat, które by się do nich odwoływały nie znajdzie się w encyklopedii, nie są one również powodem bezsennych nocy, starających się je zapamiętać, studentów. Zna je zaledwie kilku wybrańców. Natomiast my, którzy stanowimy niewtajemniczoną masę, kładziemy się pewnej nocy spać w znanym nam środowisku ojczystego kraju, a następnego ranka budzimy się w warunkach jakiegoś związku socjalistycznych republik. Nie jesteśmy nawet w stanie pojąć, kto i kiedy podjął tak fatalną w skutkach decyzję...". Władimir Bukowski pisząc te słowa w książce "Unia Sowiecka czy Związek Europejski" wiedział dobrze, że tych "kilku wybrańców" nie zrezygnuje ze swojego planu wcielania w życie idei europejskiego superpaństwa. Gdy kilka lat temu spotykał się z Polakami w ramach objazdowej konferencji uniosceptycznej twierdził jasno, że ci "wybrańcy" będą robić wszystko, by unijna konstytucja weszła w życie. Odrzucenie jej w referendach przez Francuzów i Holendrów nie ostudziło zapędów Wielkich Budowniczych Wspólnego Europejskiego Domu, przesunęło jedynie cała sprawę trochę w czasie.
Dziś znów ważą się losy polskiej suwerenności. Część parlamentarzystów aż przebiera nóżkami, by już, natychmiast podłączyć się do wielkiego unijnego koryta. Im koryto większe tym więcej można nakraść. Imponderabilia, takie jak niepodległość, nie mają dla nich żadnego znaczenia. Postawa PiS-u nieco zastanawia. Partia, która do tej pory zapewniała, że Traktat Lizboński nie oznacza utraty suwerenności przez Polskę teraz nagle domaga się gwarancji, że ta suwerenność nie będzie utracona, a Polska nie będzie - jak to się wyraził niedawno Jarosław Kaczyński - jedynie jednym z wielu województw Unii Europejskiej. Skąd nagle taka troska u szefa największej partii opozycyjnej o Polskę? Cóż, chyba tylko stąd, że skoro jest się opozycją to wypadałoby się odrobinę czymś różnić od partii rządzącej. Obawiam się jednak, że manewr jaki wykonuje obecnie Jarosław Kaczyński będzie - niestety - źle odebrany przez społeczeństwo i nie przysporzy PiS-owi elektoratu (bo o to też pewnie chodzi). Skoro PiS przez całą kadencję swoich rządów wmawiał Polakom, że Unia jest cacy a Traktat to krok w dobrym kierunku, to niby dlaczego nagle teraz mają uwierzyć Kaczyńskiemu, że z tą suwerennością coś jest jednak nie tak..?
W tej sytuacji pojawia się możliwość przeprowadzenia referendum. Nie jestem jego zwolennikiem, bo przy zmianie ustawy o referendum, co już zapowiedział marszałek Komorowski, przejdzie ono miażdżącą dla uniosceptyków większością głosów. Wolałbym, aby odpowiedzialność za ratyfikację Traktatu wzięli na siebie parlamentarzyści i prezydent. Przynajmniej wiadomo by było, kto sprzedał Polskę. A tak, będzie że naród sam chciał...
Jest jednak pewien plus tej sytuacji. Referendum w Polsce, którego wszak miało nie być, może dać do myślenia innym krajom, które też pierwotnie miały ratyfikować Traktat w parlamentach. Daje to nadzieję na to, że cała procedura się przeciągnie (czas może działać na niekorzyść "wybrańców"), a także - że gdzieś Traktat zostanie odrzucony. Być może da to bodziec do debaty o skutkach przyjęcia Traktatu, być może zmusi to polityków do bardziej świadomego podejścia do tej kwestii. Dlatego PiS niech robi to co robi, niezależnie od pobudek. To chyba ostatnia szansa na to, byśmy, "(...) kładąc się pewnej nocy spać w znanym środowisku ojczystego kraju", nie obudzili się przypadkiem w "(...) warunkach jakiegoś związku socjalistycznych republik...".

Paweł Sztąberek

* * *

Prywatyzacja czy prywata? (10 marca 2008)

Obawiam się że gdy chodzi o prywatny interes to Platforma potrafi pracować w ekspresowym tempie. Jak podaje gazeta "Parkiet" Tadeusz Jarmuziewicz z Opola będący od niedawna Ministrem Infrastruktury odpowiedzialnym za lotniska załatwił pod koniec grudnia Józefowi Pilchowi zgodę na założenie lotniska w Kamieniu Śląskim pod Opolem. Pilch będący właścicielem dawnego lotniska wojskowego, jak sam przyznaje oczywiście zna Tadeusza Jarmuziewicza. Jednocześnie już w grudniu Rada Ministrów przyjęła nowelizację ustawy Prawo lotnicze, skierowaną przez Ministerstwo Infrastruktury kierowane przez Tadeusza Jarmuziewicza. Nowela dodawała do ustawy art. 65a. Ustęp 1 tego artykułu mówi, że lotniska użytku publicznego mogą być zakładane na gruntach stanowiących wyłącznie własność Skarbu Państwa lub jednostki samorządu terytorialnego. Gdyby nowela weszła w życie w niezmienionym kształcie, lotnisko pana Pilcha byłoby jedynym prywatnym lotniskiem w Polsce. Z lokalnej "Nowej Trybuny Opolskiej" wiem, że Pilch chce sprzedać tą swoją płytę lotniskową teraz z zezwoleniem na ruch lotniczy. Cena spada bo nie było chętnych na lotnisko w tej lokalizacji. Zapewne teraz gdy Pilchowi dojdzie atut jedynego prywatnego lotniska łatwiej i drożej je sprzeda.
Pan Pilch jest z Wrocławia gdzie rządzi Grzegorz Schetyna pochodzący z Opola i będący kolegą Tadeusza Jarmuziewicza jeszcze z czasów KLD. Jak silną motywację musiał mieć Tadeusz Jarmuziewicz, minister odpowiedzialny za lotniska i Rada Ministrów z PO, że zatwierdzili monopol państwa na lotniska a jednocześnie w tym samym czasie zgodzili się, by jedno jedyne takie prywatne powstało na prywatnych gruntach! Czy to schizofrenia, przypadek głupoty czy może afera Jarmuziewicza jak Rywina, czyli pisanie ustawy pod wybranego, z góry wiadomo którego, prywatnego przedsiębiorcę?? Sprawa na pewno wymaga wyjaśnienia!

Andrzej Wianecki

* * *

Prawa rodziców coraz bardziej zagrożone! (3 marca 2008)

Totalitaryzm kojarzy nam się głównie z zamordyzmem, z czołgami na ulicach, z więzieniami pełnymi więźniów politycznych, masowymi aresztowaniami czy internowaniami, z bezkarnością aparatu bezpieczeństwa i z wszechmocnymi kacykami zasiadającymi na piedestale władzy. Jest to słuszne skojarzenie. Sami to zresztą, jako Polacy, przechodziliśmy jeszcze nie tak dawno temu. Ale myliłby się ten, kto sądziłby, że totalitaryzm ma tylko taką twarz - twarz bezmyślnego zomowca, bezwzględnego bezpieczniaka i wszechmocnego, spasionego sekretarza partii. Oj, myliłby się... Totalitaryzm może bowiem przybrać również twarz o wiele subtelniejszą, twarz uśmiechniętego, wykształconego, elokwentnego, i - o zgrozo!!! - działającego w ramach wielopartyjnej demokracji, lecz owładniętego jakąś szaleńczą ideą, osobnika. W dzisiejszej Polsce wiele jest znaków na to, że totalitaryzm wciąż ma się u nas dobrze, np. przymus ubezpieczeń społecznych, czy przymusowy pobór do wojska, jednak w ostatnim czasie przybrał on twarz pani minister edukacji, Katarzyny Hall.
Otóż pani minister obmyśliła sobie ambitnie, że dzieci będą musiały rozpoczynać naukę szkolną już od szóstego roku życia, a nie - jak dotąd - od siódmego. Oznacza to, że rodzice, którzy w jakiś sposób będą się posyłaniu dzieci w tym wieku do szkoły sprzeciwiać, narażeni będą na szereg nieprzyjemności natury prawnej, włącznie z ograniczeniem praw rodzicielskich i utratą kontroli nad wychowywaniem własnych dzieci. Niestety, wielu Polaków ma to wszystko gdzieś i najchętniej - gdyby tylko mogło - wypchnęłoby, oczywiście po uprzednim zainkasowaniu becikowego, swoje dzieci do jakiegoś przytułku.
Ale są tacy, i - dzięki Bogu - jest ich w naszym kraju coraz więcej, którzy nie tylko że nie przyjmą żadnej jałmużny od państwa, ale jeszcze pragną sami wychowywać i sami kształcić swoje dzieci, bez pośrednictwa "edukatorskiej" biurokracji. I nie są to żadni sekciarze, lecz normalni ludzie dobrej woli, jednak świadomi zagrożeń jakie dla spoistości rodziny niesie nadmierna ingerencja państwa. To właśnie od takich ludzi płynie rozpaczliwy - jakby nie patrzeć - apel do pani minister Hall, by zaniechała wcielenia w życie swojego chorego pomysłu. Bo o tym, by w ogóle znieść przymus nauczania, w chwili obecnej raczej nie ma co marzyć. Pod apelem, który znaleźć można na stronie www.prawarodzicow.pl podpisało się już blisko 1000 osób z całego kraju, ale i z zagranicy. Warto dołączyć do tej listy swój podpis, by zwiększyć krąg tych, którzy sprzeciwiają się coraz bardziej niepohamowanym zapędom państwa w stosunku do rodziny.
Gdyby powiedzieć pani minister Hall prosto w oczy, że jest totalniaczką, że wpisuje się w kanon postaci, które historia ocenia dziś często jako zbrodniarzy, zapewne obraziłaby się, a może nawet skierowałaby sprawę do sądu. Fakt, pani Hall zbrodniarzem - w dosłownym tego słowa znaczeniu - nie jest. Ale czy gwałt na rodzinie, jakiego coraz częściej dopuszczają się różne państwowe instytucje - a pomysł pani minister zapewne skalę tego gwałtu rozszerzy - nie jest również swoistego rodzaju zbrodnią?

Paweł Sztąberek

* * *

Codzienne zmagania w Unii... (18 luty 2008)

Życie w Unii Europejskiej płynie sobie powoli, swoim normalnym, zbiurokratyzowanym, zetatyzowanym, przesocjalizowanym rytmem. Żeby się o tym przekonać wystarczy od czasu do czasu zajrzeć na zielone strony dziennika "Rzeczpospolita". Niemal codziennie dowiemy się stamtąd, z jakimi to problemami muszą borykać się przeróżne instytucje znajdujące się na terenie chociażby polskiej prowincji Unii, żeby wytłumaczyć się z tego, czy z owego, przed swymi nadzorcami z Brukseli. Jak wiadomo, "dobroczynna" działalność Unii Europejskiej na rzecz swoich poszczególnych prowincji polega na tym, że Unia najpierw inkasuje od nich grube miliardy w postaci tzw. składki członkowskiej po to, by potem, pod postacią przeróżnych funduszy, "strukturalnych", "spójności" i diabli wiedzą jakich tam jeszcze bzdetów, coś niecoś im zwrócić. Ten system obiegu pieniądza to niemalże raj dla wszelkiej maści cwaniaków i drapichrustów, którzy wyspecjalizowali się w wyrywaniu publicznego grosza... Kiedyś wyrywali go z budżetów krajowych, teraz natomiast czynią to samo, tyle że na znacznie większą skalę, bo do funduszy płynących do naszej prowincji dokłada się już także prowincjusz hiszpański czy włoski... Zresztą, czy należy się dziwić tym wszystkim wydrwigroszom, skoro czynią tylko to, co jest w zasadzie istotą systemu UE? Właściwie frajerzy ci, którzy tego nie robią, z jakichś - np. pryncypialnych, ideowych - powodów.
Czego zatem dowiadujemy się z zielonych stron "Rz"? Tego chociażby, że np. polską prowincję czeka kilka procesów wytoczonych przez Komisję Europejską w związku z niewdrażaniem dyrektyw, bądź niestosowaniem się do nich. Sprawy są dość poważne, bo wiążą się, w przypadku przegranej, z potężnymi karami finansowymi, mogącymi znacznie podnieść wysokość naszej składki członkowskiej na rzecz Eurokołchozu. Dowiadujemy się także, że "Oddamy pieniądze z Unii"! Jakie? Ano takie, które wcześniej otrzymaliśmy z tejże Unii, w tym m.in. od samych siebie, na budowę "centrów sprzedaży ryb", mających być okazem unijnych standardów oraz elementem walki z "szarą strefą". Okazuje się oto, że te centra to pic na wodę. Tzn. nie do końca, bo jakieś tam maszyny ponoć zakupiono, np. "wózki widłowe bez świateł", które teraz rdzewieją, jednak w większości miejsc, gdzie centra powinny powstać, nic nie powstało. Kasa natomiast poszła...
Ale centra rybne to nie wszystko...Bruksela straszy, że zabierze naszej prowincji 104 mln zł za to, że "Polska nie sprawdza komu daje dotacje". "Rzepa" donosi, że "Ministerstwo Rolnictwa przygotowuje się do starcia z Komisją Europejską", która zarzuca nam, że niedokładnie sprawdzamy, jak wydawane są pieniądze unijne - czyli również nasze - na wsi. Chodzi m.in. o to, że nasze, prowincjonalne organa kontrolne niedokładnie sprawdzają, czy "(...) rolnicy, którzy korzystali z funduszy, nie przekroczyli norm nawożenia"... Straszna rzecz!
No i - jak widać - unijne życie jakoś sobie płynie... Wypada tylko mieć nadzieję, że przyjdzie czas, kiedy udławi się ono tymi wszystkimi tonami wytworzonych przez siebie papierów z dyrektywami, milionami standardów i norm, tysiącami procesów o tysiące "bardzo poważnych" spraw z "normami nawożenia" czy "wózkami widłowymi" w tle, itp... Byleby szybko...

Paweł Sztąberek

* * *

Niemoralne koncesje (11 luty 2008)

System koncesyjny jaki istnieje w Polsce to jedna z oznak, że nie ma u nas w pełni wolnego rynku. W ponad 200 dziedzinach działalności gospodarczej nie ma wolności jej prowadzenia. Decyduje urzędnik. Platforma Obywatelska deklarowała zmienić ten stan, jednak teraz coraz bardziej wydaje się, że deklaracja ta pozostanie kolejną niespełnioną obietnicą wyborczą.
Absurdalność i niesprawiedliwość koncesjonowania gospodarki bardzo dobrze widać na przykładzie działalności Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji. Od jej arbitralnej decyzji zależy to, czy jakiś nadawca będzie mógł istnieć na rynku czy też urzędnicy mu na to nie pozwolą.
Właśnie niedawno KRRiTV łaskawie przyznawała koncesję, czyli pozwalała na być lub nie być niektórych stacji telewizyjnych. Zadecydowała więc wielka Rada, że Telewizja Puls otrzyma koncesję, a TVN nie otrzyma. Decyzja ta oburzyła oczywiście TVN, który zapowiedział, że sprawy nie odpuści i że będzie szukał sprawiedliwości w sądach. Krajowa Rada broni swojej decyzji, utrzymując, że musi dbać o rozwój mniejszych stacji, a nie tylko tych, które i tak są już duże i dobrze radzą sobie na rynku. Wszystko brzmi pięknie, tyle że od razu rodzi się pytanie: czy to urzędnik powinien decydować o tym, co ludzie mają oglądać na swoich szklanych ekranach? W gospodarce wolnorynkowej decydować powinni o tym konsumenci, czyli mówiąc inaczej - RYNEK.
Arbitralne decyzje urzędników przyznających koncesje zawsze podszyte są podejrzeniem, że ktoś dał łapówkę i koncesję dostał, a ktoś inny nie dał i nie dostał. Podobnie może być i w przypadku decyzji KRRiTV. Już pojawiają się spekulacje, że faworyzowanie Telewizji Puls ma związek z ubiegłorocznym spotkaniem jej obecnego właściciela Ruperta Murdocha z ówczesnym premierem Jarosławem Kaczyńskim. Czy ktoś coś komuś dał "w łapę", czy też tylko ktoś coś komuś obiecał, tego pewnie nigdy się nie dowiemy, zresztą nie ma to nawet większego znaczenia. Ważne jest to, że dopóki system koncesjonowania gospodarki w tej czy innej dziedzinie, będzie niewzruszenie istniał, dopóty tego typu podejrzenia zawsze się będą pojawiały. Nie mówiąc już o tym, że system ten sam w sobie jest i będzie niesprawiedliwy i głęboko niemoralny...

Paweł Sztąberek

* * *

Jak się robi biznes w UE... (4 luty 2008)

Unia Europejska stwarza dużo możliwości. Oczywiście dużo możliwości na zarobienie pieniędzy... Ostatnio zapanował u nas bum na wymianę skrzynek pocztowych. Jest to co prawda bum spowodowany unijną dyrektywą czy czymś tam, niemniej jednak on jest. Wymiana skrzynek ma poniekąd sens, ponieważ demonopolizuje ona nieco ten rynek usług, pozbawiając Pocztę Polską wyłączności na wrzucanie przesyłek, choć z drugiej strony naraża użytkowników na liczny "spam", jaki każdego dnia będą musieli ze swoich skrzynek wyciągać, no i oczywiście na koszty, których być może dobrowolnie nie chcieliby ponosić... Mniejsza z tym. Na skrzynki jest bum i w związku z tym szykuje się eldorado dla ich producentów. Skrzynki muszą spełniać - jak wszystko w Unii - określone standardy, tzn. muszą mieć odpowiednią wielkość, wystarczająco duży otwór na wrzucanie listów, itp. Ciekawi mnie teraz, kto pozakładał firmy produkujące te euro-skrzynki? Czy byli to zwykli przedsiębiorcy potrafiący wyczuć koniunkturę i wpasowujący się w nią w odpowiednim momencie, czy też może jacyś wybrańcy, którzy znacznie wcześniej wiedzieli, że wkrótce pojawi się bum na skrzynki i także odpowiednio wcześniej zadbali o to, by powygrywać przetargi na wymianę skrzynek np. w zasobach różnych spółdzielni mieszkaniowych... Może za parę lat się o tym dowiemy, gdy wybuchnie jakaś aferka na temat tego, kto ile wziął i od kogo... Niemniej to, że produkcja skrzynek to pewny biznes, bo w wyniku unijnej dyrektywy ludzie muszą je kupić, nie podlega dyskusji. Podobnie jak z ubezpieczeniami społecznymi... Drugi filar niby prywatny, jednak ubezpieczyć się musi każdy pod państwowym przymusem...
Ale rysuje się też inna szansa na zarobienie pieniędzy... Otóż Krajowy Zawiązek Spółdzielni Mleczarskich planuje rozpoczęcie, mającej trwać kilka lat, akcji promującej spożycie mleka. Okazuje się bowiem, że Polacy piją zbyt mało mleka, no i dlatego trzeba aż kilku lat, by zakomunikować im, by pili go więcej. Trochę to dziwne, bo z jednej strony Unia ustala jakieś kwoty mleczne, czyli limity na produkcję mleka w danym kraju, a z drugiej dokłada parę milionów euro do akcji, której celem ma być promocja spożycia mleka... A jeśli Polacy tak rozkochają się, w wyniku tej akcji, w mleku, że kwoty mleczne przyznane Polsce przez Brukselę okażą się zbyt niskie i mleka zacznie nagle brakować? Zresztą, mniejsza z tym... Kto by się tam nad tym zastanawiał... Ważne, że rysuje się szansa na zrobienie wielkich pieniędzy... tym razem już chyba na pewno przez wybrańców. Otóż całą akcją zająć ma się, na zlecenie Związku Spółdzielni Mleczarskich, jakaś firma medialna, która obskoczyć ma w ciągu kilku lat 108 polskich miast. Rany, ileż tu można przez te lata kasy urwać!? Trudno powiedzieć czy firma ta wygrała jakiś przetarg, czy też zajmować się tym będzie z tzw. "polecenia"... Mniejsza zresztą z tym...
Nie ma to bowiem jak wpasować się w "zapotrzebowanie" i bez większego wysiłku, bez ponoszenia praktycznie żadnych kosztów własnych, zrobić wielkie pieniądze na unijnej dotacji albo dyrektywie. Zresztą i Krajowy Związek Spółdzielni Mleczarskich też pewnie na całym tym przedsięwzięciu nie straci... A ci, co żadnych dotacji z UE nie biorą? Cóż, pewnie frajerzy, którzy nie wiedzą jak się robi biznes w Unii Europejskiej...

Paweł Sztąberek

* * *

Cień generała wciąż pada na Polskę (28 stycznia 2008)

Gdyby dziś był 1 kwietnia pomyślałbym, że to prima aprilis. Ale nie jest, więc to co przeczytałem w jednym z internetowych serwisów musi być prawdą. Chodzi mianowicie o najnowszy wymysł Państwowej Agencji Rozwiązywania Problemów Alkoholowych, poparty przez Ministerstwo Gospodarki, że sprzedaż alkoholu przez internet jest ... nielegalna! Podstawą do takiego twierdzenia, jest - według owej Agencji - ustawa o wychowaniu w trzeźwości uchwalona w 1982 roku, czyli w mrocznych czasach stanu wojennego.
Nie chce mi się nawet tej ustawy czytać, ale i bez tego domyślam się, że o internecie nie ma tam ani słowa. Czy to wystarczający powód dla Państwowej Agencji Rozwiązywania..., by zakazać prowadzenia działalności biznesowej tym, którzy taką działalność chcą prowadzić i zakazać kupowania przez internet tym, którzy chcą w ten sposób kupować?
Socjalizm - jak widać - ma szansę nie tylko umacniać się, ale i dalej rozwijać pod rządami "liberalnej" Platformy Obywatelskiej. Kilka tygodni temu pisałem tu o pomyśle posła PO, wprowadzenia dodatkowych koncesji na handel papierosami w lokalach gastronomicznych. Teraz, pod czujnym okiem "wolnorynkowców" z PO, ma szansę odżyć ustawa uchwalona w czasach, w których umundurowany pan w ciemnych okularach bredził coś o tym, by nie "wznosić barykad tam, gdzie potrzebne są mosty", a następnie dodawał, że "kontrrewolucja nie przejdzie", a socjalizm nigdy nie przegra.
Niestety, wszystko wskazuje na to, że socjalizm, istotnie, trzyma się mocno. Kontrrewolucja jednak jest bardzo potrzebna i trzeba robić wszystko, by PRZESZŁA. A potrzebna jest ta kontrrewolucja choćby po to, by jednym aktem prawnym powołać Państwową Agencję Rozwią...zania wszystkich dotychczasowych pasożytniczych Agencji, również tych z PRL-owskim rodowodem, unieważnienia tysięcy besensownych i szkodliwych ustaw, również tych, które uchwalał jeszcze PRL-owski sejm, ale głównie sejmy tzw. III RP, no i po to, by rozgonić całe to okrągłostołowe towarzystwo, od lat żerujące na żywym organizmie społecznym. Jeśli to wreszcie nie nastąpi na Polskę wciąż padał będzie cień umundurowanego pana w ciemnych okularach, bredzącego coś o tym, że "socjalizm nigdy nie przegra..."

Paweł Sztąberek

* * *

Upaństwawianie dzieci (21 stycznia 2008)

Niestety, nie ustają ataki na rodzinę i podstawowe prawa rodziców. Za kolejny taki atak należy uznać zapowiedź Ministerstwa Edukacji Narodowej dotyczącą obniżenia wieku szkolnego z 7 do 6 lat i przymusowym posyłaniu 5-latków do przedszkoli.
18 grudnia ub. roku na posiedzeniu Sejmowej Komisji ds. Edukacji, Nauk i Młodzieży, minister Katarzyna Hall przedstawiła zamierzenia swojego resortu. Do najważniejszych z nich należeć ma przeprowadzenie reformy obniżającej wiek szkolny z dotychczasowych siedmiu lat do sześciu, a także - najprawdopodobniej - wprowadzenie obowiązkowych przedszkoli dla pięciolatków.
Gdyby podobną propozycję wysunął były minister edukacji, Roman Giertych, podejrzewam, że pod budynkiem ministerstwa pojawiłyby się natychmiast tłumy rodziców z dziećmi w proteście, który "lajfowo" pokazałyby wszystkie telewizje. "Giertych chce odbierać dzieci rodzicom i uczyć je nietolerancji, ksenofobii, chować na młodych endeków". Gdy pomysł wychodzi od pani Katarzyny Hall, jest kompletna cisza medialna. Poza jedynym "Gościem Niedzielnym", który poruszył ten temat, reszta mediów milczy. Czy dziennikarze nie mają dzieci, czy może mają i jest im wszystko jedno jak będą uczone, przez kogo i czego?
Artykuł 48 konstytucji RP mówi, że "Rodzice mają prawo do wychowania dzieci zgodnie z własnymi przekonaniami. Wychowanie to powinno uwzględniać stopień dojrzałości dziecka, a także wolność jego sumienia i wyznania oraz jego przekonania". Jakim zatem prawem urzędnicy ministerstwa i posłowie mogą w zamian za rodziców decydować o tak ważnych sprawach?
Zarówno obowiązek szkolny, jak i traktowanie wszystkich dzieci w ten sam sposób pokazuje podejście państwa do tej kwestii. Za nic ma państwo dobro dziecka i fakt, że przecież każde dziecko ma inną psychikę, inną dojrzałość, inną wrażliwość, której nikt nie zna lepiej niż rodzice. Dla państwa wszystkie dzieci są takie same, wszystkie są tym samym rocznikiem, który ma rozpocząć w danym roku edukację i tyle. Przecież pani minister Hall nie jest w stanie osobiście sprawdzić czy wszystkie sześciolatki są gotowe do pójścia do szkoły, czy nie. A nawet gdyby poznała wszystkie dzieci i taką wiedzę posiadała, to i tak nie powinna o tym decydować. Od takich spraw są bowiem rodzice.
Naszym największym bogactwem są nasze dzieci - powtarza zdecydowana większość rodziców. Skoro tak, to może najwyższy czas odebrać państwu decydującą rolę w procesie kształcenia dzieci. Co bowiem zrobiliby pełnoletni ludzie, gdyby nagle uchwalono ustawę zobowiązującą wszystkich dorosłych obywateli do czytania rządowych lektur uchwalanych co roku przez państwo? Zapewne wybuchłby powszechny bunt. Dlaczego nie ma oporu wobec władzy, która narzuca lektury szkolne i cały system edukacji naszym największym skarbom nie konsultując niczego z rodzicami?
Może zatem warto jakoś się zorganizować rzez Internet i spróbować przynajmniej powalczyć o podstawowe prawa, skoro dziennikarze, ani politycy robić tego nie chcą...

Paweł Toboła-Pertkiewicz

* * *

"Artyści" i profesorowie na froncie obrony kradzieży (14 stycznia 2008)

Idąc niedawno warszawskim Krakowskim Przedmieściem moją uwagę przykuł widok plakatów jakie zdobiły budynek ASP, czyli Pałac Czapskich. Akcja "SOS dla ASP", listy profesorów i studentów w obronie budynku. Przed kim?
Przed oddaniem go prawowitym właścicielom, którym budynek został po wojnie ukradziony przez komunistów. Historia budynku jest typowa. W 1947 roku, po znacjonalizowaniu, zainstalowali się tam "artyści" i sytuacja trwała niezmiennie do 1991 roku, kiedy to o zwrot budynku upomnieli się spadkobiercy. Dopiero po szesnastu latach walki rodziny Raczyńskich o odzyskanie budynku, w 2006 roku WSA podjął decyzję o zwrocie nieruchomości do prawowitych właścicieli. Wtedy do "akcji" przystąpili studenci i - o zgrozo - również władze uczelni.
Warszawska prasa w następujący sposób opisywała działania studentów i władz ASP:
"To prestiżowe miejsce, związane z kulturą, sztuką i życiem akademickim. ASP jest od 60 lat wpisana w krajobraz tego pałacu i parku. Szukamy pomocy, żeby tu zostać - mówiła podczas happeningu szefowa samorządu studenckiego Magdalena Filąg.
Tłum akademików ubranych w czarne stroje z napisem: "SOS dla ASP" odpowiadał na pytania padające z głośników.
- Czy chcemy, żeby tutaj był hotel albo knajpa? Czy chcemy, żeby ponownie wyrzucono stąd Chopina?
Gromkie "Nie!" odbijało się od ścian pałacu. Były jeszcze ulotki informacyjne, symboliczne nekrologi uczelni, brzmiał wiersz Norwida "Fortepian Chopina", a w tle słychać było muzykę kompozytora".
Wyobraźmy sobie teraz następującą sytuację: okazuje się, że wiszący w moim mieszkaniu na ścianie mój ulubiony obraz jest kradziony i autor tegoż obrazu żąda ode mnie jego zwrotu. Ja z kolei mówię, że nie oddam mu obrazu, gdyż jestem do niego przywiązany, lubię na niego patrzeć, dzięki niemu mam lepszą motywację do pracy, nie mam też innego obrazu, aby powiesić go na jego miejsce. A w ogóle to nic się nie stanie jak malarz namaluje sobie drugi taki obraz, a mój zostawi w spokoju...
Bezsens? Niegodziwość z mojej strony? Dokładnie tak. Tylko, że te same argumenty wysuwają "artyści" z ASP palący własne obrazy byleby zachować status quo, czyli nie oddać właścicielowi ukradzionego im wcześniej budynku. Jeśli ci "artyści" są prawdziwymi artystami to miejsce pracy nie powinno mieć dla nich żadnego znaczenia.
Największe moje zdziwienie budzi w tym wszystkim zaangażowanie kadry profesorskiej, która zamiast świecić przykładem praworządności i poszanowania cudzej własności, staje na czele awangardy sprzeciwu wobec oddania budynku. W ich przypadku jest to już jednak hipokryzja do kwadratu, gdyż ASP w ramach "odszkodowania" otrzymała na Powiślu działkę o powierzchni 2,5 tys. mkw. na budowę nowej siedziby.
Takie mamy niestety elity, takich mamy "artystów", takie mamy też prawo i mentalność społeczną, która oddanie zagrabionej własności, traktuje jako zamach na nie wiadomo jakie dobro społeczne.

Paweł Toboła-Pertkiewicz

* * *

Pada kolejny bastion naszej Cywilizacji... (7 stycznia 2008)

Czasy się zmieniają, oj zmieniają... Zmienia się też - w związku z tym - stosunek do własności prywatnej. Przynajmniej w niektórych kręgach. Póki jacyś neo-bolszewicy z Unii Europejskiej knuli sobie w zapadłej norze jak to będą konfiskować cudzą własność, niszczyć ją i podważać prawo do niej, można się było tym zbytnio jeszcze nie przejmować... Gorzej, jeśli ci neo-bolszewicy okazują się nagle sędziami ... Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości.
Parę dni temu ów Trybunał orzekł, że związki zawodowe mogą zablokować przeniesienie firmy do innego kraju, jeśli w ten sposób ochronią pracowników. Sprawa dotyczy konkretnego przypadku, firmy przewozowej z Finlandii, która zmieniła banderę z fińskiej na estońską i zatrudniła Estończyków na zasadach prawnych obowiązujących w tym kraju.
Wyrok Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości to kolejny krok na drodze niszczenia Cywilizacji Zachodu, której jednym z fundamentów jest poszanowanie własności prywatnej. Czynienie grupy ludzi, którzy założyli związek zawodowy w jakimś prywatnym przedsiębiorstwie, współodpowiedzialnymi za decyzje biznesowe tego przedsiębiorstwa, to tak, jakby ktoś kazał mi moje własne zarobione pieniądze wydawać w taki sposób, z którym ja się nie zgadzam.
Jeśli właściciel lub właściciele firmy uznają w danej chwili, że przenoszą ją do innego kraju ponieważ tam będą lepsze warunki do prowadzenia biznesu, nikt nie powinien im tego zabronić. To jest właśnie wolność gospodarcza. To jest zasada poszanowania własności prywatnej. Własność lokowana jest tam, gdzie właściciel chce, by została ulokowana. Każda decyzja właściciela obarczona jest ryzykiem, nigdy nie wie on na sto procent, czy jest ona właściwa. Jeśli decyzja okaże się błędna, właściciel poniesie straty. Jeśli trafna - osiągnie zyski. Wyrok Trybunału stanowi, że właściciel nie jest już właścicielem, ponieważ jego biznesowe decyzje zablokować może związek zawodowy, czyli grupa ludzi, którzy nie ryzykują własnym majątkiem, a z mocy wyroku Trybunału stają się jakby jego współwłaścicielami.
Trudno przewidzieć jak się sprawy potoczą. Póki co nie słychać, by wyrok Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości wywołał jakąś dyskusję nad jego ewentualnymi skutkami. Życie spokojnie płynie sobie dalej, tymczasem powoli, acz konsekwentnie, kolejne atrybuty naszej Cywilizacji przechodzą na śmietnik historii.
Unia Europejska będzie się "jednoczyć" coraz głębiej. Z czasem pojawi się kwestia unifikacji systemów prawnych poszczególnych unijnych prowincji, tak, by na całym jej terytorium obowiązywał jeden system. Póki co, Estonia jest dziś bardziej konkurencyjna od Finlandii, dlatego firmy starają się w niej lokować swoje kapitały, jednak za jakiś czas, gdy w całej Unii będzie TAK SAMO, zniknie też konkurencyjność. Standardy narzucane przez unijną biurokrację, a teraz także i sądy, sprawią, że nie tylko przenoszenie biznesów z jednej unijnej prowincji do drugiej będzie pozbawione sensu, ale takim stanie się również lokowanie przez przedsiębiorców z innych krajów na terenie Unii jakichkolwiek przedsięwzięć gospodarczych. A wówczas pozostanie już tylko duszenie się w oparach socjalizmu i coraz większa stagnacja...

Paweł Sztąberek

* * *

Koncesjonerzy z Platformy (29 grudnia 2007)

Słowo się rzekło... Nie dalej jak tydzień temu pisałem w "Komentarzu tygodnia", że zapowiadana przez PO likwidacja abonamentu radiowo-telewizyjnego okaże się kolejną fikcją i że wszystko znów skończy się na gadaniu. No i mamy. Pan Bogdan Zdrojewski, minister kultury, oznajmił właśnie, że abonament nie zostanie zlikwidowany. Coś tam jeszcze powiedział, ale co, to już nie ma najmniejszego znaczenia...
Ciekawa jest kolejna rzecz, nad którą "pracuje" - jak to się ładnie określa w sejmowej nomenklaturze - Platforma. Okazuje się oto, że partia, ponoć wolnorynkowa, przygotowuje projekt ustawy, nakładającej obowiązek ubiegania się o koncesję na sprzedaż papierosów, który dotyczyć miałby tych wszystkich, którzy handlują nimi w lokalach gastronomicznych. No proszę. W kampanii wyborczej zapowiadało się, że będzie się walczyć z koncesjonowaniem gospodarki, a tymczasem okazuje się, że w Polsce jest wciąż zbyt mało koncesji.
Osobiście nie palę papierosów, a tym bardziej nimi nie handluję, teoretycznie więc problem nie powinien mnie w ogóle interesować. Teoretycznie... Chodzi tu bowiem o coś znacznie ważniejszego. Otóż okazuje się, że pod płaszczykiem "walki z paleniem" państwo będzie chciało wydusić od właścicieli lokali gastronomicznych kolejny haracz za to, by mogli spokojnie handlować papierosami. Urzędnicy znów będą mieli władzę. Dostaną do ręki kolejną zabawkę: temu dać koncesję a tamtemu nie dać, albo też dać, jeśli odpowiednio posmaruje. No, no... coś mi się widzi, że pani posłanka Pitera, specjalistka od korupcji w PO, będzie miała ręce pełne roboty. Zresztą, wolałbym, aby pani Pitera, skoro zna się na korupcji, demaskuje ją od lat, wyperswadowała swoim partyjnym kolegom ów poroniony pomysł. Pewnie wie pani Pitera skąd się korupcja bierze... Ale czy starczy jej odwagi? A może chodzi o to, by nie zabrakło jej pracy?
Drapieżność fiskalna rządu - jak widać - nie ma granic. Dziś nakłada się koncesje na handel papierosami, jutro na handel cukrem, bo też ponoć szkodzi w nadmiarze... itp. Zastanawiam się tylko czasem, czy ta pomysłowość polityków wynika z głupoty, z niedouczenia, czy może z rzeczywistej troski o "dobro ludzi", o ich zdrowie (premier Tusk oznajmił właśnie, że jego obowiązkiem jest dbać o zdrowie obywateli!!! - ciekawe czy pan premier ma dyplom ukończenia studiów medycznych, czy też jest zwykłym szarlatanem, znachorem?). Czy też jest to rezultat zwykłego cynizmu i wyrachowania, a tak naprawdę chodzi tylko o wyduszenie od ludzi kolejnych pieniędzy na przeróżne uciechy dla aparatu biurokratycznego, który wszak rozrasta się i rozrasta... I końca nie widać...

Paweł Sztąberek

* * *

Gadanie o abonamencie (24 grudnia 2007)

Temat nieśmiertelny, od lat wraca jak bumerang - tzw. abonament telewizyjny. Każda kolejna ekipa rządowa, czy to III RP, czy IV RP Wirtualnej, czy znów III RP zmaga się z tym problemem, który jak wydawać by się mogło, dawno już powinien być rozwiązany. I pewnie byłby, gdybyśmy nie żyli w Polsce. Tu wiele rzeczy jest nie do rozwiązania. Tu, w naszym kochanym kraju, panuje jakaś "ogólna niemożność"..
Tak jest właśnie z abonamentem, czyli - mówiąc inaczej - podatkiem, albo jeszcze inaczej - haraczem, do płacenia którego zmusza się ludzi za to, że sobie kupili telewizor i radio. Tak jakby już przy zakupie nie zapłacili żadnych podatków.
Nie wiem, co Platforma Obywatelska zamierzała zrobić z abonamentem, ale zaraz po wygranych przez nią wyborach podniósł się w państwowym radio rejwach, że "chcą zlikwidować abonament". Nareszcie - pomyślałem, choć nie do końca uwierzyłem. I chyba słusznie, bo im głębiej zaczęło się robić w las... tym okazało się, że "zlikwidować to może nie, ale ZREFORMOWAĆ...". Nie wiem, co to może oznaczać, niemniej znając życie, znów wszystko skończy się na gadaniu.
A kampania na rzecz utrzymania abonamentu zrobiła się rzeczywiście namolna - zwłaszcza w państwowych mediach. Mało słucham radia, a telewizji od jakiegoś czasu prawie w ogóle nie oglądam, ale co nieco do mnie dociera. No i dowiaduję się, że jeśli tylko haracz na państwowe media zostanie zlikwidowany, od razu padnie polskie radio. A niech pada, skoro samo nie będzie w stanie się utrzymać... Słyszę, że orkiestra radiowa pójdzie z torbami... Czy ktoś w ogóle słyszał o orkiestrze radiowej? Słyszę, że nie będzie miał kto realizować "misji"... Mam gdzieś waszą "misję"... Słyszę, że radio ma swoją tradycję i nie można tego nagle zaprzepaścić... Jasne, zwłaszcza tradycji PRL-u... W kampanię na rzecz zachowania haraczu włączył nawet metropolita warszawski abp Nycz, dla którego państwowe media nie mogą zniknąć z naszego życia. Kościół nie ma już chyba innych zmartwień...
Wszyscy ci obrońcy haraczu, zwanego dla zmyłki abonamentem, nie mówią o państwowych mediach, lecz - oczywiście - o "publicznych". Że to niby nie państwo, czyli politycy mają na nie wpływ, lecz "publiczność", czyli - jak należy to chyba rozumieć - ci, którzy płacą. Skoro rzeczywiście tak jest to niech mi ktoś wytłumaczy, dlaczego, gdy tylko nadarza się okazja, politycy robią wszystko, by powciskać swoich ludzi do różnych rad nadzorczych mediów państwowych, powciskać ich do poszczególnych redakcji, programów itp... Czy dlatego by dbali o "misję" czy może po coś innego?

Paweł Sztąberek

* * *

"Dziennik" dla idiotów (17 grudnia 2007)

Gazetę "Dziennik". przez złośliwców nazywaną "Der Dziennik", dawno już przestałem kupować. Biorąc do ręki piątkowy numer (z 14 grudnia 2007r) tego pisma, utwierdziłem się w przekonaniu, że postąpiłem swego czasu słusznie. Gazeta, która robi ze swoich czytelników kretynów nie zasługuje na to, by wydawać na nią choćby i 1,50 zł.
Pierwszych siedem stron to oczywiście euforia, że wreszcie powstało "Imperium Europa". Gazeta przyznaje oczywiście, że przywódcy państw Unii świadomie unikają rozpoczynania debat o tym co zawiera Traktat Reformujący, jednak dziennikarze "Dziennika" postanowili "oddzielić prawdę od mitu" i pokazać "co Polska zyska a co straci". O tym, że wcześniej, nie tylko politycy, ale również media, skutecznie blokowały debatę na temat Traktatu, by nie straszyć ludzi, gazeta milczy... Teraz jednak - gdy wszystko podpisane - jest rozkaz, że można o tym pisać! "Dziennik" więc odkrywa przed nami rąbka tajemnicy...
Red. Jędrzej Bielecki pisze na ten temat w sposób szczególny. Najpierw zapewnia, że "bez zgody polskiego premiera żadna decyzja na szczycie Unii nie będzie mogła być podjęta", albo że "jeśli np. polskie MSZ będzie przeciwne uznaniu przez Unię niezależności Naddniestrza, to szef unijnej dyplomacji nie będzie mógł niczego nakazać Sikorskiemu"..., by kilka akapitów dalej napisać, że "nowe zasady głosowania są dla naszego kraju mniej korzystne niż dotychczasowe, (...) decyzje będą wchodziły w życie, gdy poprze je 55 proc. państw członkowskich zamieszkałych przez 65 proc. ludności Unii". I dalej: "Polska ma zaś przeszło dwa razy mniej ludności niż Niemcy. A więc będzie miała i dwa razy mniejsze wpływy w Unii". Czy zatem, jeśli Polska zostanie przegłosowana, naprawdę niczego nie przepchnie się w Unii bez zgody polskiego premiera? Czy rzeczywiście szef unijnej dyplomacji nie będzie mógł "niczego nakazać Sikorskiemu"? Może nakazać i nie będzie mógł, ale czy będzie go tak naprawdę obchodzić, co minister Sikorski zrobi? Czy ruszanie przez premiera polskiej prowincji, czy też prowincjonalnego ministra spraw zagranicznych, palcem w bucie będzie szefa dyplomacji UE obchodzić? Bardzo wątpliwa sprawa.
W innym miejscu p. Bielecki pisze o Karcie Praw Podstawowych... Zaznacza od razu, że pewne zapisy Karty będą mogły byc wprowadzane w życie tylko wówczas, jeśli zdecyduje o tym polski rząd... Jednak zaraz potem podkreśla, że od teraz zwiększą się uprawnienia Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości i Polska będzie musiała się do nich stosować. A co będzie, jeśli Trybunał orzeknie, że Polska łamie europejskie prawo stosując w pewnych dziedzinach inne zasady, niż te zapisane w Karcie Praw Podstawowych? Oczywiście pan red. Bielecki zakłada w swoim tekście, że takie możliwości istnieją, jednak - jak dodaje - są one wyłącznie "teoretyczne", bo w praktyce... itp...
Jeden artykuł a tyle sprzeczności... Czy pan Bielecki nie zastanawia się nad tym co pisze, czy też może robi to z pełną premedytacją? I jeszcze jedno... Na stronie 20 tegoż numeru "Dziennika" zamieszczony jest artykuł Richarda Neuhausa. Pod nazwiskiem autora napisane jest, iż jest on "duchownym katolickim, teologiem". Jednak na końcu tekstu, w metryczce autora przeczytać można: "Ks. Richard J. Neuhaus, pastor luterański...". Widać "Dziennik" za naczelną zasadę swej strategii przyjął, by traktować swoich czytelników jak idiotów. Kto chce niech czyta...

Paweł Sztąberek

* * *

Gospodarczy cud, ale nie w Polsce - czas na Bułgarię! (3 grudnia 2007)

W Polsce rządzący zapowiadają cud gospodarczy, ale jak przychodzi co do czego to nie wiedzą nawet na czym ów cud miałby polegać poza tym, że wszystkim miałoby być lepiej, żyć się dostatniej etc. Oczywiście hasło cudu jest wspaniałe, tyle że jak pokazało kilka bardziej złośliwych pytań dziennikarzy, nic z niego nie wynika. Oto bowiem, po dojściu do władzy, Platforma Obywatelska od razu stwierdziła, że nie będzie podatku liniowego, początkowo chciała zablokować obniżkę ledwo co uchwalonej składki rentowej, a także przyjąć Kartę Praw Podstawowych, będącą dokumentem napisanym w iście marksistowskim duchu.
Oficjalny powód "odejścia od linii programowej" PO jest przymus koalicji z Ludowcami i koszty z tym związane... Czyli otrzymanie posad i zarządzanie państwem jest ważniejsze niż kontrakt z wyborcami, którym w czasie kampanii wyborczej coś tam się obiecało.
Tymczasem cuda się zdarzają. W Bułgarii w ub. tygodniu obniżono podatki do tego stopnia, że państwo to od Nowego Roku będzie swoich obywateli najmniej grabić w całej Europie. Jakby tego było mało, reformy dokonali nie żadni wolnorynkowcy, czy liberałowie, lecz socjaliści, co potwierdza po raz kolejny, że lewica w kwestiach gospodarczych postępuje bardziej zdroworozsądkowo niż prawica. Wynika to oczywiście z faktu, że ludzie lewicy prowadzą rozliczne interesy; od firm rodzinnych, przez zarządzanie wielkimi przedsiębiorstwami, więc wiedzą co piszczy w trawie. Tymczasem, ludzie prawicy (żeby daleko nie szukać w Polsce doskonałym przykładem takiego człowieka jest prezydencki minister Michał Kamiński, który otwarcie stwierdza, że nigdy nie zhańbił się pracą najemną, bądź prowadzeniem własnego biznesu) o wolnym rynku tylko mówią, bo własnych doświadczeń nie mają, pracując najczęściej na państwowych lub samorządowych posadach. Svetla Kostadinowa z bułgarskiego wolnorynkowego ośrodka Institute for Market Economy mówi, że "kiedy w 2003 r. IME po raz pierwszy zaproponował obecne rozwiązania, wszyscy politycy byli przeciwni. My jednak kontynuowaliśmy kampanię na rzecz niskiego podatku liniowego, przedstawiając zarówno politykom, jak i opinii publicznej analizy, organizując konferencje, a także pokazując przykłady innych państw, które naszą metodę zastosowały. Powoli stosunek do naszej propozycji ulegał zmianie. Podczas dwóch ostatnich kampanii wyborczych - parlamentarnej i samorządowej - partie zaczęły w swoich programach uwzględniać potrzebę obniżenia obciążeń podatkowych. Nagle niemal wszystkie partie prawicowe jako główne hasło wysunęły wprowadzenie podatku liniowego. Poprzedni rząd był bliski realizacji naszych postulatów, obniżył stawki, ale nie wprowadził podatku liniowego. Obecny, socjalistyczny okazał się pod tym względem odważniejszy, wprowadzając 10-proc. stawkę podatkową CIT i PIT. Oczywiście, premier Siergiej Staniszew wewnątrz własnej partii napotkał ogromny sprzeciw, ale razem z ministrem finansów do końca byli zdecydowani na przeprowadzenie tych zmian" (cały wywiad z S. Kostadinową w dzienniku "Rzeczpospolita"). Czyli jak się chce, można przekonać każdego koalicjanta...
Różnica między Polską a Bułgarią jest taka, że w Polsce o podatku liniowym, o zmniejszeniu gorsetu biurokratycznego dla przedsiębiorców, deregulacji gospodarki, mówi się przy każdej okazji, przy każdej kampanii wyborczej. Tylko się mówi. W Bułgarii mniej się mówi, a robi się więcej. O tak upragniony cud gospodarczy wówczas zdecydowanie łatwiej.

Paweł Toboła-Pertkiewicz

* * *

Thomas E. Woods w Polsce - odtrutka na socjalizm! (26 listopada 2007)

Pisząc tydzień temu o różnych rodzajach odtrutek na socjalizm wymieniłem jedną z nich - wydaną właśnie na naszym rynku książkę Ludwiga von Misesa Ludzkie działanie". Warto przy tej okazji wspomnieć o innej odtrutce... Otóż w przyszłą niedzielę przylatuje do Polski prof. Thomas E. Woods. Jest on znanym promotorem idei wolnego rynku oraz wybitnym znawcą ekonomii i stosunku Kościoła katolickiego do tych zagadnień.
W ostatnim czasie w Polsce ukazały się trzy jego książki: "Kościół a wolny rynek", "Jak Kościoł katolicki zbudował zachodnią cywilizację" i "Niepoprawna politycznie historia Stanów Zjednoczonych". Prof. Woods pracuje na co dzień m.in. jako wykładowca w Mises Institute w USA. Sam pisze o sobie, że jest "ortodoksyjnym katolikiem" i między innymi właśnie dlatego wiele wysiłku i pracy wkłada w wykazywanie, iż nie ma żadnych sprzeczności pomiędzy byciem człowiekiem wiernym Kościołowi i jednocześnie zagorzałym zwolennikiem wolnorynkowej gospodarki.
Powyższemu problemowi Woods poświęcił swoją książkę "Kościół a wolny rynek". We wprowadzeniu do niej pisze: "Broniąc rynku, nie obrałem relatywnie łatwiejszej drogi, polegającej na krytyce socjalistów >>na lewicy<<, wyczekujących kolektywistycznych utopii. Zamiast tego wziąłem na cel tych katolików >>na prawicy<<, którzy z podejrzliwością patrzą na społeczeństwo rynkowe. Nie są to socjaliści ani kolektywiści, ale ludzie wierni Kościołowi, którzy odrzucają wolną przedsiębiorczość i opowiadają się za szerokim spektrum interwencji w działanie rynku. Często popierają te interwencje, ponieważ są przekonani, że zobowiązuje ich do tego nauczanie Kościoła..."
Okazji do spotkania z prof. Woodsem będzie w Polsce kilka (czytaj szczegóły >>>). Odwiedzi on takie miasta jak Poznań, Wrocław, Opole, Katowice, Kraków, Kielce, Lublin i Warszawa. Wygłosi szereg prelekcji, odpowie na dziesiątki pytań... Weźmie udział w uroczystej kolacji w Warszawie, w której uczestniczyć będzie mógł w zasadzie każdy, (czytaj szczegóły >>>).
Thomas E. Woods to taka kolejna odtrutka na socjalizm. Będzie ona dodatkowo wzmocniona nową książką profesora wydaną specjalnie na okoliczność jego polskiej wizyty. Jej tytuł, "W obronie zdrowego rozsądku" (zbiór tekstów publicystycznych), wiele tłumaczy i wskazuje kierunek zawartych w niej rozważań Autora na temat Kościoła, społeczeństwa i gospodarki. Na pewno warto przyjść na spotkanie z prof. Woodsem. Na pewno warto zajrzeć do jego książek...

Paweł Sztąberek

* * *

Ludzkie działanie ... po komunizmie (19 listopada 2007)

Oceniając stosunek Polaków do ekonomii nie sposób nie brać pod uwagę kilkudziesięciu lat wtłaczania do umysłów fałszywego mitu o wyższości socjalizmu nad kapitalizmem. Jeśli od przedszkola aż po wyższe uczelnie słyszało się wciąż o "ekonomii marksistowskiej", o "socjalizmie naukowym", o "ekonomii socjalizmu", o "wyższości kolektywu nad jednostką", trudno się dziwić, że odpryski lewicowej ideologii wciąż cieszą się wśród Polaków sporą popularnością, a na "salonach" święcą nawet triumfy.
O ile jednak ludzie w swych kolektywnych zachowaniach, czy to w czasach PRL-u czy teraz, tęsknią za ułudą oferowaną im przez różne odmiany socjalizmu (głosując chociażby na określone partie polityczne), o tyle w swych postawach indywidualnych, w działaniu na niwie prywatnej bardzo często wykazują przywiązanie do zdrowego rozsądku, poddają się działaniu pewnych obiektywnych praw, chociażby praw ekonomii, o istnieniu których niekoniecznie nawet wiedzą. Ten sam człowiek, który odda w wyborach swój głos na ugrupowanie obiecujące, że będzie konfiskowało własność jednych po to, by rozdawać ją innym, będzie oburzony jeśli ktoś ukradnie mu radio z samochodu. Ten sam człowiek, który będzie domagał się od polityków, by zmusili drogą ustawy jakiegoś przedsiębiorcę do obniżki cen swoich towarów, jednocześnie jeśli tylko będzie miał możliwość kupienia czegoś taniej i sprzedania drożej, bez wahania to zrobi.
Odtrutek na socjalizm może być wiele i przyjmować one mogą różne formy. Jedną z nich jest książka. Właśnie ukazała się na polskim rynku, wydana po raz pierwszy, książka Ludwiga von Misesa Ludzkie działanie. Traktat o ekonomii". Praca ta (prawie 800 stron), skutecznie pomijana dotąd, podobnie jak sam Mises, na większości wyższych uczelni, w tym również ekonomicznych, wyszła w zasadzie tylko dzięki grupce zapaleńców z polskiego Instytutu Misesa i ludzi dobrej woli, którzy zasponsorowali jej wydanie własnymi pieniędzmi. Dobrze by się stało, gdyby potrafiono to docenić i gdyby książka ta stała się ważnym elementem nauczania ekonomii w każdej polskiej szkole. Na pewno przyspieszyłoby to nasze mentalne wychodzenie z komunizmu.
Odtruwanie zainfekowanego społeczeństwa nie jest zadaniem łatwym. Książka Ludwiga von Misesa to milowy krok na tej drodze. Ronald Reagan tak kiedyś powiedział: "Ludwig von Mises był jednym z najwybitniejszych ekonomistów w dziejach cywilizacji Zachodu... Jego wielkie dzieła przesycone są duchem wolności... Mamy wobec niego trudny do spłacenia dług". Pojawienie się "Ludzkiego działania" w polskim tłumaczeniu stwarza szansę na to, by ta spłata rozpoczęła się również w naszym kraju...

Paweł Sztąberek

* * *

Ile jeszcze lekcji nam potrzeba? (12 listopada 2007)

Gospodarka to żywy organizm. Składa się z żywych ludzi, którzy wciąż podejmują jakieś decyzje. Te decyzje mają z kolei wpływ na innych żywych ludzi i na inne decyzje. Wiele z tych decyzji jest nietrafionych, niektóre zaś są wręcz genialne. Ale nie oznacza to, że ten, kto okazał się w danej chwili geniuszem, za jakiś czas nie znajdzie się na marginesie. I na odwrót. Te wzajemne zależności stanowią sieć naturalnych powiązań międzyludzkich. Widać tu - choć brzmi to paradoksalnie - jak integracyjny i spajający społeczeństwo charakter ma wolna konkurencja. Ta sama wolna konkurencja, która dla wrogów wolności, dla wszelkiej maści lewaków, jest największym złem, które należy zakuć w kajdany. Problemy, nienawiść, dezintegracja społeczna zaczynają rodzić się wówczas, gdy w te naturalne relacje międzyludzkie wkraczać zaczyna państwo i bierze się za "wyrównywanie", "niwelowanie", za "sprawiedliwość społeczną"... Powstaje olbrzymia machina biurokratyczna, która w relacje między jednym człowiekiem a drugim, między ich dobrowolne decyzje, wciska pośrednika - urzędnika.
Żyjemy dziś w świecie, w którym spełnia się powoli marzenie wszelkiej maści totalniaków, socjalistów utopijnych i "naukowych"... Coraz więcej decyzji za nas, coraz więcej spraw za nas, coraz więcej obowiązków za nas zaczyna przejmować państwo. Powoli stajemy się bezwolnymi ofiarami zatrudnianych przez państwo pośredników. To oni próbują nam wmawiać, co jest dla nas dobre, co nam wolno kupować, co jeść, pić, a czego nie, co nam wolno produkować a czego nie, a jeśli już coś wolno, to w jakiej ilości, kiedy i za ile, jak wychowywać dzieci, czego je uczyć i od kiedy oddawać je do przedszkola... Można by jeszcze długo wymieniać...
Wedle tej ideologii nie możemy ani zbyt wiele stracić, ani zbyt wiele zarobić. A wszystko to rzekomo po to, byśmy czuli się "bezpiecznie", byśmy sobie krzywdy nie zrobili, byśmy zostali obronieni przed tzw. "bezwzględnymi prawami rynku", byśmy żyli "godnie". Bo przecież nikt inny - oprócz państwowego urzędnika - nie wie, co to znaczy "godne życie".
Dziwię się, jak małe wrażenie robi na naszej klasie politycznej, na tzw. elitach, system nakazów i zakazów, ograniczeń, reglamentowania, kwotowania, jakim stopniowo, acz systematycznie i z diabelską konsekwencją, osacza nas powstająca właśnie Unia Europejska. Ile jeszcze władzy nad samymi sobą gotowi będziemy oddać w ręce urzędników? Jak długo wybierać będziemy "elitę", która z uśmiechem na twarzy, w imię nie wiadomo tak naprawdę czego (własnych korzyści?), sprzedawać będzie naszą wolność bezdusznej machinie biurokratycznej? Czy lekcja komunizmu i realnego socjalizmu naprawdę niczego nas nie nauczyła? Jakich jeszcze dowodów nam potrzeba, by ostatecznie przekonać się, że socjalizm to piekło?

Paweł Sztąberek

* * *

Budowniczowie stadionów (5 listopada 2007)

W związku ze sprawą Euro 2012 wyłoniły się dość ciekawe punkty widzenia przedstawicieli PiS i PO. PiS-wska minister sportu jest - jak wiadomo - za tym, by na miejsce obecnego stadionu X-lecia PRL powstał tzw. Stadion Narodowy (zapewne marzeniem pani minister byłoby, by nosił on imię IV RP). Przedstawiciele Platformy natomiast chcieliby, aby nowy stadion wybudować poza Warszawą. Głównym argumentem przemawiającym za takim rozwiązaniem jest - jak twierdzą PO-wiacy - rachunek ekonomiczny. Teren, na którym stoi obecny stadion wart jest na wolnym rynku ok. 4 miliardów zł. PiS-acy twierdzą z kolei, że nie wszystko trzeba mierzyć rachunkiem ekonomicznym, a Warszawa zasługuje na to, by mieć stadion z "prawdziwego zdarzenia", na którym nastąpi inauguracja mistrzostw.
W tym przypadku zgadzam się z opinią Platformy. Rachunek ekonomiczny jest bardzo ważny, a w sytuacji, gdy miałoby chodzić o wydawanie pieniędzy podatników szczególnie ważny. Budowanie potężnego obiektu tylko po to, by rozegrać na nim kilka meczów nie ma najmniejszego sensu. Późniejsze utrzymanie go pochłaniać będzie kolejne grube miliony. Teren w centrum Warszawy na pewno można zagospodarować z większym pożytkiem dla ludzi.
W moim mieście wybudowano w latach 70-tych spory stadion (na ok. 20 tys. ludzi), z krytymi trybunami z jednej strony. Nie, nie żeby grała tu jakaś znana drużyna piłkarska, chyba była to tylko klasa okręgowa. Po prostu odbyć się miały dożynki i stadion wybudowano specjalnie na przyjazd tow. Edwarda Gierka. Jak się później okazało, stadion ów okazał się jednym z pomników socjalizmu. Jeszcze w latach 80-tych, gdy spłonął dach krytej trybuny, odbudowano go, potem jeszcze odbywały się tam jakieś mecze, przy prawie pustych trybunach (kilkaset osób na prawie 20-tysięczny stadion to przecież puste trybuny). Lata 90-te to już raczej degrengolada. Niszczejące ławki, coraz słabsza dbałość o murawę, rozrastający się w sąsiedztwie stadionu bazar... Wielka fabryka, która zarządzała obiektem, po tzw. komercjalizacji przekazała stadion władzom miejskim, te nie mogąc poradzić sobie z kosztami jego utrzymania, sprzedały cały obiekt prywatnemu właścicielowi. Ten z kolei, po kilku latach odsprzedał z zyskiem teren ze stadionem innej prywatnej firmie. Dziś po stadionie nie ma śladu. Powstały supermarkety, no i rozrósł się bazar. Wielu ludzi oczywiście to bulwersuje, tęsknią za tym pomnikiem socjalizmu, z którego przez lata istnienia nie było tak naprawdę większego pożytku, mimo że państwo socjalistyczne skubało ich jak mogło, by ów obiekt dla tow. Gierka postawić.
Wspominam o tym tylko po to, by łatwiej można sobie było wyobrazić, jaki los spotka za lat kilka Stadion Narodowy w Warszawie, podobnie jak spotkał Stadion X-lecia PRL, czy ten, w moim mieście. Nie wnikam w intencje Platformy, choć nie ukrywam, że jej obecna postawa nosi w sobie znamiona jakiegoś przekrętu, tzn. PO-wiacy wcześniej coś komuś za coś obiecali i teraz próbują się z tej obietnicy wywiązać. Ale o tym dowiemy się może dopiero za jakiś czas. Ważne jest, by obecnie podjąć taką decyzję, która będzie dla podatników najmniej kosztowna. Trzeba po prostu ominąć etap pośredni i od razu dać sobie spokój z budową stadionu.

Paweł Sztąberek

* * *

Podatkowy POpulizm (29 października 2007)

PO tuż przed wyborami obrzuciła nas kolejną propagandą. Chodzi o likwidacje około 200 rożnych opłat skarbowych. Pomysł PO nie ma jednak wiele wspólnego z rozsądkiem, naprawą państwa czy też z uwalnianiem rynku, wspieraniem przedsiębiorczości lub z redukcją podatków!
Po rzekomo liberalnej partii spodziewałem się raczej uproszczenia procedur wydawania pozwoleń i zaświadczeń a jeszcze lepiej całkowitą likwidację tej kosztownej biurokracji! Najbardziej uciążliwe nie są wcale opłaty skarbowe, tylko konieczność wychodzenia i wystania owych pozwoleń i zaświadczeń a także ograniczenia z nimi związane. Czas, który na te czynności tracą obywatele oraz wydający je urzędnicy stanowi większy koszt niż opłaty z nimi związane! Platforma jednak chce by urzędnicy dalej wystawiali te 200 pozwoleń i dokumentów tyle , że niby za darmo. Niby, no bo jakoś sobie nie wyobrażam, by urzędnicy nie brali za swoje czynności wynagrodzenia a materiały na dokumenty dostarczane były urzędom gratis!
Propozycja PO cofa nas do komunizmu, zmierza bowiem do tego, by pewne usługi świadczone obywatelom przez urzędy gminne i państwowe były finansowane ze wspólnej kasy tzn. z podatków dochodowych zamiast jak dotychczas ze stosownych opłat skarbowych uiszczanych przez nabywców! Oznacza to że np. wypis z planu zagospodarowania przestrzennego, akt urodzenia , decyzje o warunkach zabudowy, prawo jazdy, dowód itp. będziemy mogli brać bez zastanowienia, ograniczeń a często bez potrzeby, bo będzie za darmo. Oznacza to też, że obywatele, którzy tych dokumentów i czynności nie potrzebują będą ponosić koszty usługi świadczonej innym obywatelom, często bardziej zamożnym. Platforma nie wykazała źródła finansowania tych darmowych usług, ale oczywistą oczywistością jest, że finansowane one będą z naszych PITów i CITów . PO nie sporządziła tez bilansu korzyści i strat takiej reformy, przypuszczam, że dlatego bo strat byłoby znacznie więcej niż korzyści!
Pozostaje mieć tylko nadzieję, że partia aspirująca do ugrupowań zdrowego rozsądku robi tylko z obywateli idiotów, gdy serwowała im kolejny przedwyborczy Populizm, i że realizacja tego absurdalnego pomysłu nie jest jej zamiarem.

Andrzej Wianecki

* * *

Partie schodzą na psy... (19 października 2007)

Kampania wyborcza zbliża się ku końcowi. Śmiało można powiedzieć, że dwie największe partie w Polsce zeszły na psy. Prawo i Sprawiedliwość objawiło swe bolszewickie oblicze w całej pełni, Platforma Obywatelska natomiast, nie chcąc pozostać w tyle, na bolszewickie koleiny, wytyczone przez PiS, weszła bez większych zahamowań. Szkody wyrządzone w ludzkiej świadomości przez obie partie mogą być trudne do odrobienia przez długi czas.
PiS pojechał w tej kampanii po najmniejszej linii oporu. Partia, która do dziś uważana jest przez wielu za prawicową, skutecznie obrzydziła Polakom ludzi zamożnych, tych najbardziej przedsiębiorczych, którzy często do własnej pozycji majątkowej doszli nie dzięki układom, lecz dzięki własnej, ciężkiej pracy. Ale cóż, PiS-owcy kierują się specyficzną mentalnością, która za cel nadrzędny stawia sobie jątrzenie jednych przeciwko drugim. W kampanii PiS-u, słowo "bogaty" stało się synonimem zła. Takim synonimem stało się także słowo "prywatyzacja". A "prywatyzacja" służby zdrowia przede wszystkim.
Po tej kretyńskiej - bo trudno inaczej ją nazwać - kampanii PiS-u, kto jeszcze gotów będzie uwierzyć w to, że prywatna służba zdrowia może być lepsza od państwowej? Dziś służba zdrowia, a kto wie, czy jutro nie prywatne firmy, prywatne sklepy? Nie zdziwię się, jeśli PiS, po ewentualnie wygranych wyborach zacznie nacjonalizować gospodarkę, z wyjątkiem oczywiście tego, co dla samych PiS-iaków stanowić może prywatną korzyść. Taka to już mentalność.. PiS-owska mentalność.
PO, by nie zostać w tyle, niektóre pomysły PiS-u przyklepała. Wyrzekła się programu prywatyzacji służby zdrowia... A szef Platformy, choć wcześniej zapowiadał zmniejszenie biurokracji, nagle zapałał wielkim pragnieniem podwyżki dla tejże biurokracji. Bo jakże to tak, by "budżetówka" zarabiała grosze?... A gdzie dotychczasowy postulat PO redukcji sfery budżetowej? No tak, ale to oznaczałoby np. prywatyzację właśnie służby zdrowia, albo np. szkolnictwa... Tylko kto, w tonacji narzuconej przez bolszewików z PiS-u, odważy się to powiedzieć głośno? Chyba tylko UPR, bo PO sama zeszła na bolszewickie koleiny. Jednym słowem - kłamcy zawładnęli naszymi umysłami, kłamcy, oszuści, czyli tzw. politycy demokratyczni...
Na koniec ciekawa sprawa... CBA... Dotychczasowa działalność tej organizacji zmusza do pewnej refleksji... Otóż organizacja ta, ponoć państwowa, apolityczna i apartyjna, stała się typowym dowodem na to, że jakikolwiek urząd, jeśli już powstanie, zrobi wszystko, by uzasadnić dalszy sens swojego istnienia. Trudno mi uwierzyć, że w Polsce nie ma korupcji. Niemniej gdy oglądam relacje ze spektakularnych akcji tego urzędu, nie mogę powstrzymać się przed przypuszczeniem, że prawdziwej korupcji w Polsce nie ma. A skoro nie ma, trzeba ją wymyślić. Agenci CBA dobrze się o to starają. Jednak rodzi się pytanie: czy CBA jest instytucją stworzoną do zwalczania korupcji czy też jest instytucją powołaną do badania ludzkich charakterów. Dotychczasowe prowokacje CBA wskazywałyby na to, że w grę wchodzi raczej ta druga opcja.
CBA od samego początku zyskała na Stronie Prokapitalistycznej miano instytucji zbędnej, niepotrzebnej, nie dlatego, że korupcji u nas nie ma, lecz bezsensownej z uwagi na to, że już istnieją u nas odpowiednie - mniej lub bardziej skuteczne - służby do zwalczania tego typu patologii. No, ale przecież p. Mariusz Kamiński musiał mieć stołek! PO poparła powołanie CBA. Odpowiada zatem za tego potworka tak samo jak PiS. Znając jednak życie, nikt, w przyszłym sejmie nie będzie chciał tego stanu zmienić. Zacznie się walka o koryto w CBA...
Cóż, trzeba powtórzyć... PiS i PO zeszły na psy... Nie ubliżając oczywiście psom...

Paweł Sztąberek

* * *

Wybierzmy mniej śmieci! (12 października 2007)

Firma Elkom sp z o.o. z Brzezia k/Opola, odbierająca z przed mojego domu śmieci, właśnie poinformowała mnie pisemnie, że od nowego roku muszę się liczyć z 60% wzrostem opłat za odbiór odpadów!
Tak duży skokowy wzrost przypomniał mi czasy z przed 1989 roku kiedy to zamiast rynku ceny skokowo ustanawiał urząd planowania centralnego ! Z uzasadnienia podwyżki dowiedziałem się, że podobnie jak za komuny, za tą absurdalną podwyżkę odpowiadają niewydarzeni i jak zwykle z nazwiska nieznani urzędnicy! Elkom wyjaśnia, że podwyżka spowodowana jest wzrostem tzw. opłaty marszałkowskiej z obowiązującej stawki 15,71 zł/Mg niesegregowanych odpadów komunalnych do stawki 75,00 zł/Mg. Jednocześnie jak Elkom informuje Zakład Komunalny w Opolu planuje podnieść opłatę za składowanie odpadów o 20%.
Mieszkając w USA przez kilka lat odstawiałem śmieci na również komunalne wysypisko za darmo!!! Powodem nie pobierania opłat była w USA troska o środowisko i faktycznie w USA nie potykałem się o porzucone na drogach i w lasach worki ze śmieciami!
Mam wyobraźnię więc jestem pewien, że po tak drastycznym wzroście opłat wzrośnie liczba gospodarstw domowych nie mających podpisanych umów na odbiór śmieci, w konsekwencji wzrośnie też ilość śmieci na dziko spalanych, lub zakopywanych oraz podrzucanych i porzucanych w naszym otoczeniu!!!
Pozostaje jeszcze aspekt biznesowy tego szaleństwa. Otóż żaden prywatny przedsiębiorca nie odważyłby się podnieść opłaty tak drastycznie swoim stałym klientom. Przedsiębiorcy to myślący obywatele zdający sobie sprawę z tego, że gdyby zachowali się jak w tym przypadku urzędnicy to my konsumenci zmienilibyśmy dostawcę usług na innego, takiego który pozostaje przy zdrowych zmysłach i zdrowych cenach. Z urzędnikami podejmującymi decyzje biznesowe na majątku i na ryzyko obywateli jest jednak inaczej. Im bardziej kulawa demokracja i im mniej wolnego rynku tym skłonność do podejmowania absurdalnych decyzji przez urzędników rośnie a ryzyko konsekwencji maleje! Tak radykalne podwyżki są świadectwem ignorancji i arogancji oraz lekceważenia nas wyborców i klientów! Co nam pozostaje? Zmienić dostawcę, okazja przy najbliższych wyborach!!!

Andrzej Wianecki

* * *

Demokracja wkracza w nową fazę (8 października 2007)

Te wybory pokazują, że demokracja w Polsce wchodzi w kolejną fazę. Faza "rządów ludu... bez ludu"... Może to w zasadzie i dobrze, bo "lud" w swej większości jest - wiadomo jaki. Niemniej takie przejście w wykonaniu śmietanki klasy politycznej, która niemalże dławi się od wymieniania słowa demokracja przez wszystkie konfiguracje, z częstotliwością większą niż w przypadku innych słów, wydaje mi się wręcz perwersją. Wychodzi bowiem na to, że "demos" nie jest już tej śmietance politycznej do niczego potrzebny. No, chyba że tylko do tego, by ich oklaskiwać, no i jeszcze do tego, by na nich zagłosować.
Śmietanka po skonstatowaniu tego faktu uznała, że ze zwykłymi ludźmi nie ma sensu się spotykać "na żywo". Wystarczą konferencje dla dziennikarzy i konwencje, w których uczestniczą wyłącznie klakierzy. Nie ma ryzyka, że ktoś zada niewygodne pytanie, nie zachodzi niebezpieczeństwo, że ktoś się z czymś wyrwie. Wszystko jest pod kontrolą. Odkąd to, podczas konferencji prasowej zorganizowanej na otwartej przestrzeni w Łodzi, pewna pani zaczęła żalić się premierowi Kaczyńskiemu, że przez opieszałość urzędników jej firma bankrutuje, i że nie ma ona już z czego płacić swoim pracownikom, i po typowym dla premiera skonstatowaniu, że ta pani to zamierzona prowokacja politycznych wrogów, uznano zapewne, że szkoda czasu na stresy i odtąd postanowiono organizować spotkania wyłącznie z udziałem klakierów i to w pomieszczeniach zamkniętych.
Obserwuję kampanię z miejsca, z którego startuje paru tuzów o nazwiskach dla polskiej polityki znaczących. Może kogoś z nich krzywdzę, ale jak dotąd nie dostrzegłem, by któryś z tych kandydatów prowadził kampanię polegającą na bezpośrednim kontakcie z wyborcą. Są wielkie plakaty, afisze, spoty... Od czasu do czasu któryś z tuzów nawet pojawi się w mieście, ale chyba tylko po to, by w zamkniętym pomieszczeniu spotkać się z dziennikarzami, pochwalić się, ile to podpisów udało mu się zebrać, coś obiecać, ewentualnie zjeść kolację w otoczeniu klakierów i na tym koniec. Wyborca nie jest o tych spotkaniach informowany, a o tym, że tuz był, dowiaduje się następnego dnia z gazety. Nie, żebym się żalił, bo specjalnie bym się na takie spotkania nie rwał, ale może są tacy, którzy jednak chcieliby się upewnić w bezpośrednim kontakcie, czy rzeczywiście warto na tego bądź innego kandydata zagłosować.
Ta zmiana podejścia do prowadzenia kampanii wynika pewnie z prostej kalkulacji. Otóż na bezpośrednie, spontaniczne spotkania kandydatów z wyborcami szkoda i czasu i energii, poza tym nigdy nie wiadomo czy dopisze frekwencja. Jest to oczywiście podejście zrozumiałe i logiczne, warto jednak dodać, że w dłuższej perspektywie prowadzić ono musi do jeszcze większej alienacji tzw. klasy politycznej od społeczeństwa. Aha, warto też pamiętać jeszcze o tym, że wejście demokracji w nową fazę musi się wiązać ze wzrostem kosztów jej funkcjonowania. Podatnicy powinni się więc trzymać za kieszenie. Spoty telewizyjne, billboardy, konwencje z udziałem klakierów kosztują. Dlatego nie zdziwmy się, jak nowo wybrana śmietanka polityczna, gdy już zasiądzie w gmachu parlamentu, kto wie czy nie otoczonego wysokim murem, rozpocznie kadencję od zwiększenia dotacji dla partii politycznych. Po to oczywiście, by za 4 lata, a może i szybciej, móc posuwać rozwój demokracji dalej do przodu...

Paweł Sztąberek

* * *

Początek końca Jarosława Kaczyńskiego (1 października 2007)

Socjalizm jest, czego chyba Czytelnikom "Strony Prokapitalistycznej" przypominać nie trzeba, złem, które należy zwalczać w każdej postaci. Jest on szkodliwy dla poszczególnych ludzi, ale i dla całych społeczności, dla poszczególnych miast, ale i dla całych państw. Socjalizm psuje ludzi, niszczy gospodarkę, promuje nieróbstwo, złodziejstwo, szerzy demoralizację. Wydawać by się mogło, że socjalizm umarł w Polsce w 1989 roku. Dziś już wiemy, że tak się nie stało. Ci, którzy po 1989 roku, na swoich partyjnych sztandarach eksponowali hasło delegalizacji SLD, dekomunizacji i wreszcie przepędzenia postkomunistów na śmietnik historii, uzasadniali to "sprawiedliwością dziejową", "koniecznością rozliczeń" itp. Twierdzili, że wystarczy politycznie zmiażdżyć postkomunistów, niektórych może nawet pozamykać do więzień, a w Polsce zrobi się lepiej. Z niektórymi z tych haseł antysocjalistom trudno się było nie zgodzić.
Ale cóż oto widzimy dziś? Aż trudno uwierzyć własnym oczom... Prawo i Sprawiedliwość, partia Jarosława Kaczyńskiego, który był jednym z tych najgłośniej domagających się rozliczenia poskomuny, nagle staje się jej adwokatem. I wszystkie potulne kundelki prezesa PiS, z czołowym "antykomunistą" Jackiem Kurskim na czele, dwoją się i troją, by uzasadnić, dlaczego PiS uznał za stosowne wspomagać w tej kampanii lewą nogę i dlaczego Jarosław Kaczyński zdecydował się na debatę z cierpiącym na przypadłość goleni prawej, Aleksandrem Kwaśniewskim.
Wszyscy wokoło zachwycają się nad taktycznym geniuszem Jarosława Kaczyńskiego... Należy jednak zadać pytanie, czy to, co jest w danej chwili dobre dla Jarosława Kaczyńskiego i jego przybocznej gwardii z PiS-u, jest również dobre dla Polski? Otóż, dla Polski na pewno nie jest dobre wzmacnianie formacji poskomunistycznej, zwanej dzisiaj LiD-em. W momencie, w którym wydawać by się mogło, iż poskomuniści są tak blisko dna, jak nigdy dotąd, Jarosław Kaczyński uznał za stosowne podać im rękę, po to tylko, by dokopać Donaldowi Tuskowi. Jeśli taktyka Jarosława Kaczyńskiego polegać ma tylko na tym, by mógł on osiągać z niej jak największą osobistą satysfakcję, to ja za taki geniusz dziękuję. Wzmacnianie formacji jawnie deklarującej przywiązanie do socjalizmu, antykościelnej, promującej przeróżne zboczenia, uważam za równie szkodliwe dla Polski, jak rządy takiej formacji.
Richard M. Weaver mawiał, że "idee mają konsekwencje". Można by dodać, że czyny również. Mam dziwne przeczucie, że szef PiS-u, Jarosław Kaczyński, trochę się już - od tych wszystkich pochlebstw - w tym geniuszu taktycznym zagalopował, zaczyna się w nim gubić i kto wie, czy właśnie nie zaczął się proces powolnego owijania tego geniuszu wokół swojej własnej szyi.

Paweł Sztąberek

* * *

Cynizm (24 września 2007)

Co tu dużo mówić, na polskiej scenie politycznej istnieją jednak szczególne fenomeny. Bez wątpienia do jednego z nich należy lider Samoobrony, Andrzej Lepper. Ma on jakiś wyjątkowy dar przyciągania. Garną się do niego nie tylko - jak powszechnie to wiadomo - kobiety, ale także mężczyźni. Jednym z pierwszych znanych mężczyzn, który przyssał się do Andrzeja Leppera był Ryszard Czarnecki, wcześniej szef Zjednoczenia Chrześcijańsko-Narodowego. Oddał się on charyzmatycznemu przywódcy "Samoobrony" za mandat w europarlamencie. Gdy pan europoseł Czarnecki został przez Leppera dostatecznie wykorzystany, pozbyto się go tak mniej więcej, jak pozbywa się służącego, który nie jest już do niczego potrzebny.
Inny rodzaj zauroczenia panem Lepperem przeżył bez wątpienia lider Ligi Polskich Rodzin, Roman Giertych. Czar rzucony przez szefa "Samoobrony na pana Romana okazał się tak silny, że nawet gdy było już wiadomo, iż Lepper pokazuje mu wyciągnięty do góry środkowy palec, ten wciąż twardo go bronił przed ministrem Ziobro i pewnie do dziś ciężko przeżywa rozstanie ze swą - do niedawna - miłością polityczną.
Ostatnia "bomba" to zbliżenie się do szefa "Samoobrony" p. Leszka Millera. Ten, wydawało się, 100-procentowy mężczyzna, pies na kobiety, okazał się jednak wrażliwy również na męskie wdzięki. Wszystko wskazuje na to, że kobiety będą rozczarowane, gdyż jak Leszek Miller zaczynał - wiadomo... Ale że skończy w objęciach Leppera? Tego nikt się nie spodziewał...
Po co to właściwie piszę? Chyba tylko dla pokazania, jak ważną rolę w polityce (współczesnej zwłaszcza) odgrywa cynizm. Otóż ludzie, którzy są w polityce od dłuższego czasu nie mogą - jak się okazuje - bez niej żyć. Żeby tylko utrzymać się na firmamencie gotowi są zrobić wszystko, nawet uczynić z siebie pospolite szmaty. Pan Czarnecki miał być swego czasu nadzieją polskiej prawicy i promotorem jednego z jej nurtów - chrześcijańskiego, ale i liberalnego - wszak zaczynał w Unii Polityki Realnej... Pan Giertych był z kolei nadzieją spadkobierców idei narodowej i konserwatywnej. I nagle okazało się, że obaj byli gotowi zanegować własne tradycje, własne życiorysy, byleby tylko dorwać się, bądź utrzymać przy korycie. Co przyciągnęło ich do człowieka, który otwarcie głosi lewicowy prymitywizm i pada na kolana przed Unią Europejską? Chyba tylko cynizm. Ale cóż, okazało się, że trafili na jeszcze większego cynika od siebie samych... Co czeka p. Millera? Ech, to już nie moje zmartwienie...

Paweł Sztąberek

* * *

Dwa złote plus VAT (17 września 2007)

Dzięki rozwojowi różnych nowoczesnych technologii pojawiają się nowe sposoby zbiórek pieniędzy na różne cele. Wczoraj, z okazji kolejnego Dnia Kotana, czyli rocznicy śmierci społecznika Marka Kotańskiego, zauważyłem w telewizji, że podczas koncertu na dolnym pasku cały czas widniała plansza z informacją do telewidzów. Był to apel o finansowe wsparcie dla ośrodków terapeutycznych jakie założył Marek Kotański. Propozycja skierowana do telewidzów brzmiała następująco: wesprzyj dzieło Marka Kotańskiego - wyślij sms o treści... pod numer... Małymi literami na dole jest dodane, że koszt sms wynosi 2 zł + VAT. Czyli chcąc wesprzeć jakąkolwiek zbiórkę pieniędzy na obojętnie jaki cel, wspieramy w dużej mierze państwo. Z sms'a o wartości 2 zł wysokość podatku VAT to 0,44 zł. Gdy wysyłamy 100 zł to już 22 zł, itd.
Zastanawiające jest jednak dlaczego państwo sobie rości prawo do pobierania tego typu opłat? Przecież wysyłając tego typu wsparcie chcemy pomóc potrzebującym, a nie państwu. Państwo nie ma moralnego prawa do wyciągania łapy po tego typu pieniądze. Przecież w przypadku powodzi, huraganu, wypadków, podobne akcje szybkiej zbiórki pieniędzy są coraz bardziej popularne. Ludzie chcą pomóc potrzebującym, a tak naprawdę przy okazji pomagają państwu łatać dziurę budżetową...
Może warto w czasie rozpoczętej właśnie kampanii wyborczej podnieść ten temat i problem. W końcu nawet jeśli budżet państwa nie czerpie z tego jakichś gigantycznych wpływów, to i tak sam fakt, że przy tego typu altruistycznych postawach Polaków, cokolwiek wpływa na jego konto, jest obrzydliwe. I choćby z tego powodu należałoby jak najszybciej zmienić ustawę o podatku VAT, aby zlikwidować obecną sytuację.

Paweł Toboła-Pertkiewicz

* * *

Powściągliwość prezydenta - wskazana (3 września 2007)

Prezydentowi Lechowi Kaczyńskiemu zarzuca się od czasu do czasu, że jest ospały, że nie zajmuje zdecydowanych stanowisk w konkretnych sprawach, że nie reaguje w odpowiednim momencie. Widać, prezydent wsłuchuje się w te wszystkie głosy, bowiem w ostatnich dniach trochę się uaktywnił. I był to, niestety, błąd. Przynajmniej jeśli chodzi o fragment jednego z jego niedawnych wystąpień.
Nie dam głowy, gdzie owe słowa padły, być może na zjeździe "Solidarności", w stosunku do której PiS uprawia ostatnio politykę wyjątkowo wazeliniarską... Ale brzmiały one mniej więcej tak (cytuję z pamięci): "Nie dopuścimy do tego, aby Polska stała się krajem dla bogaczy". Po usłyszeniu takich słów dochodzę do wniosku, że jednak lepiej by było gdyby prezydent był bardziej powściągliwy i rzadziej się wypowiadał.
No bo jaką wobec tego Polskę chce nam zaoferować prezydent Kaczyński ze swoją ekipą? Ano chyba tylko Polskę dla biedaków. Ale czy naprawdę marzeniem obozu PiS-owskiego jest, by cały kraj stał się jedną wielką zasiłkodajnią? Tylko dlatego, że PiS-iakom wydaje się, że "bogaty to zły"?
Myślę, że panowie Kaczyńscy popełniają podstawowy błąd. Otóż, generalizowanie pewnych sytuacji, uogólnienia typu "bogaty = zły", wyrządzają szkodę bardzo wielu ludziom. Nie każdy, kto dorobił się majątku jest człowiekiem złym. Poseł, przez cały czas trwania kadencji dorobić się może z samych tylko diet, ok. 500 tys. zł. Nie jest to mało. Ale czy to oznacza, że każdy poseł jest złym człowiekiem, złodziejem, czy naciągaczem? Zdolny, pomysłowy przedsiębiorca w tym samym czasie może zarobić znacznie więcej. Czy z tego tylko tytułu jest on złym człowiekiem, złodziejem czy oszustem?
Nawet jeśli słowa braci Kaczyńskich są tylko skrótami myślowymi, czynionymi na użytek wyborczej propagandy, to nie zmienia to faktu, że mądry polityk nie powinien takich skrótów używać. Polityk taki powinien zdawać sobie sprawę z konsekwencji, jakie mogą rodzić słowa. Podburzanie jednych przeciwko drugim nie przysłuży się dobrze Polsce w dłuższej perspektywie. Jeśli panowie Kaczyńscy mają coś do konkretnych osób, choćby i majętnych, niech mówią to wyraźnie. Natomiast niech nie gnębią ludzi tylko za to, że coś im się w życiu udało.

Paweł Sztąberek

* * *

Winni za całe zło (27 sierpnia 2007)

Nie ma chyba na tym świecie rzeczy gorszej od biznesu. Biznes - jak powszechnie wiadomo - odpowiada za wszystko co najgorsze. Jest zatem winien wszystkich wojen, odpowiada za szerzącą się biedę, jest sprawcą wyzysku człowieka nad człowiekiem, okrada zwykłych ludzi, a dla zysku gotów jest do najcięższych zbrodni. Biznes jest winien zagłady żabek w Dolinie Rospudy, tego, że jedne zwierzęta zjadają inne oraz że ludzie zjadają zwierzęta, odpowiada zapewne za wszystkie niechciane ciąże oraz za to, że Janusz Kaczmarek okazał się człowiekiem "układu". To biznes, nikt inny, odpowiada za katastrofy drogowe, bo żądza zysku sprawia, że zapomina się o bezpieczeństwie. Wszystkie katastrofy lotnicze to wina biznesu, bo - wiadomo - szkoda było na śrubkę z mocniejszej stali. Biznes jest jak wampir, który bezlitośnie wyssie ostatnią kroplę krwi z dowolnego organizmu, byleby tylko sycić się i sycić ludzką niedolą.
Zatem, przedsiębiorcy wszelkich branż: fabrykanci, piekarze, szewcy, budowlańcy, rolnicy, masarze, księgarze, hodowcy kwiatów, właściciele firm transportowych, sklepikarze i malarze - wiedzcie, że odpowiadacie za wszystkie nikczemności tego świata! Nie ma dla Was ratunku...
Ale to nie wszystko... Okazuje się bowiem, że odpowiadacie za coś jeszcze, a czego na pewno byście się nie spodziewali... Jednak czujne oko dziennikarki TVN, Marzanny Zielińskiej, sprytnie Was zdemaskowało. W komentarzu wieńczącym informację o katastrofalnej burzy nad mazurskimi jeziorami, pani redaktorka pozwoliła sobie na, mniej więcej, taki komentarz (cytuję z pamięci): "Winny całej tragedii jest człowiek, a dokładnie - biznes. Zapobiec temu mogą tylko poważne decyzje polityczne".
Cóż, wszystko jasne. Jesteście podli, dlatego pewnie zaraz dobre państwo utka ustawę, która światu zrobi dobrze, a Was słusznie ukarze. I na pewno nie będzie już na świecie żadnych katastrof, a ludzie będą szczęśliwsi...

Paweł Sztąberek

* * *

Teatr absurdu (13 sierpnia 2007)

Ostatnie tygodnie w polskiej polityce mogłyby być solidną inspiracją do napisania scenariusza sztuki z dziedziny teatru absurdu. Koalicja jest, czy jej nie ma; "Samoobrona" wychodzi ale zostaje; LPR wychodzi ale zostaje. Można by pomyśleć, że politykom udało się rozwiązać odwieczny problem, jak zjeść ciastko i nadal je mieć. No i jeszcze to obłąkańcze pragnienie nie bycia posądzonym o zerwanie koalicji. Tak jakby miało to cokolwiek zmienić. Rozumiem, gdyby jednoznaczne przyznanie przez PiS, że to on zrywa koalicję, procentowało nagłym wzrostem poparcia dla LPR-u czy "Samoobrony", bądź odwrotnie, to dałoby się ten upór jakoś wytłumaczyć i usprawiedliwić. Ale nie zauważyłem jakoś, by naród zapałał nagle miłością do Romana Giertycha tylko za to, że premier w sobotę oświadczył, że wreszcie go dymisjonuje, i że zwalnia LPR na zielona trawkę. Po prostu paranoja...
W związku z tym całym zamieszaniem wpadł mi do głowy pewien pomysł. Można by to nazwać urynkowieniem rządu... Otóż należałoby przyjąć opcję zerową, tzn. zacząć wszystko od początku. Ponieważ w pewnym momencie nie wiadomo było, czy rząd jeszcze jest czy już go nie ma, bo wszyscy wychodzili z koalicji, ale jednocześnie w niej zostawali, wskazane by było, by istniało kilka rządów, a może nawet kilkanaście. Giertych założyłby własny rząd, Kaczyński własny, Lepper własny, Tusk własny, Korwin-Mikke własny itp, itd... Rządy te działałyby na własny rachunek, tzn. za własne pieniądze, a nie podatników - przynajmniej na początku. Oczywiście musiałyby ze sobą konkurować na programy i na poczynania. Najwięcej do powiedzenia miałby ten rząd, na który ludzie decydowaliby się płacić podatki. Ciekawe, czy większe szanse miałby rząd np. Olejniczaka, czy Kaczyńskiego, potrzebujący duuużo pieniędzy na realizację "solidarnego państwa" czy też np. rząd Korwina-Mikkego, głoszący hasła państwa minimum i niskich podatków. Zresztą, gdyby od hojności ludzi zależało być albo nie być danego rządu, wcześniej czy później, dochodziłoby do licytowania się, kto wprowadzi niższe podatki. Zasada jest prosta - rządy, na które ludzie nie chcieliby płacić bankrutowałyby, natomiast pozostałe jakoś by - lepiej lub gorzej - przędły.
Oszczędzone byśmy mieli - przy powyższym rozwiązaniu - patrzenia na te wszystkie gorszące spektakle, z tchórzami, sprzedawczykami, zdrajcami, narcyzami, a nawet dewiantami w roli głównej. Konkurencja między rządami - to jest to!

Paweł Sztąberek

* * *

Droga donikąd... (6 sierpnia 2007)

Będąc ostatnio w jednym z warszawskich centrów handlowych usłyszałem z głośników następujący komunikat: "Uwaga! Kierowca samochodu, który stanął na miejscu dla niepełnosprawnych. Powtarzam: kierowca, który stanął na miejscu przeznaczonym dla niepełnosprawnych... proszony jest o spalenie się ze wstydu". Komunikat był powtarzany średnio co 10 minut, więc po godzinie słuchania, miałem akcji zleconej przez Stowarzyszenie Przyjaciół Integracji już serdecznie dość. Niedługo potem dowiedziałem się, że niepełnosprawni podjęli kolejną akcję mającą, no właściwie nie wiem jak właściwie określić co mającą. Wychować, upokorzyć, czy być zemstą. Nie wiem jak nazwać akcję, która polega na tym, że przyłapane auto na miejscu parkingowym dla inwalidów zostaje oblepione na szybie naklejką zasłaniającą widoczność kierowcy. Usunięcie takiej naklejki nie jest proste i zajmuje podobno nawet do godziny...
Pozostawiając z boku kwestię czy w społeczeństwie, w którym podobno jest równość wobec prawa i stara się traktować niepełnosprawnych jako pełnosprawnych ludzi, w ogóle takie przywileje są potrzebne, ale warto zastanowić się na inną kwestią. Czy jeżeli nawet rzeczywiście najbliżej wejść do centrów handlowych wyznaczone są miejsca parkingowe dla inwalidów, to inni kierowcy mają prawo z nich korzystać? Zapewne nie mają takiego prawa, a przynajmniej kulturalny kierowca nie zostawi tam auta, choć z drugiej strony sytuacje mogą być przecież najróżniejsze. Czy wówczas łamie prawo? Zapewne tak, ale czy rzeczywiście stosowną do tego karą jest również łamanie prawa? Nie jest bowiem chyba zjawiskiem normalnym, że obklejamy komuś samochód tylko dlatego, że nie podoba nam się miejsce, w którym dany kierowca zaparkował. Dziś zaklejają szyby, jutro ktoś wpadnie na pomysł bardziej radykalny i zacznie się podpalać te auta.
Wydaje się, że tego typu akcje, które notabene zyskały wielki poklask ze strony salonowych mediów, tak naprawdę działają na szkodę inwalidów. Osobiście nigdy nie zająłem koperty przeznaczonej dla inwalidów, ale jak widzę obklejoną całą szybę pojazdu, który na takim miejscu zaparkował, to moja tolerancja wobec przywileju jakim jest prawo do tego miejsca parkingowego zostaje przekroczona. Nie rozumiem dlaczego jakaś grupa ma rzekome prawo do karania ludzi za ich rzeczywiste, bądź nie, błędy?
Stowarzyszenia, które deklarują walkę o prawa ludzi niepełnosprawnych, zgłosiły nie tak dawno wniosek o zmianę ustawy o ruchu drogowym proponując odholowywanie bezprawnie zaparkowanych aut na koszt ich właścicieli. Czemu ma służyć to wszystko? Dobre pytanie. Takimi karami i represjami nie nauczy się ludzi kultury, czy szacunku dla inwalidów. Obawiam się nawet, że takie akcje jak ta, której odpowiedzią na łamanie prawa jest również złamanie prawa, prowadzą donikąd...

Paweł Toboła-Pertkiewicz

* * *

Tylko dokąd będziemy wiać? (30 lipca 2007)

Socjalizm, który - jak wiadomo - miał być "najwspanialszym z ustrojów", tam gdzie tylko się pojawił przynosił w rzeczywistości biedę i zniszczenie. Oaz socjalizmu jest wciąż na świecie sporo, na tyle sporo, by zdrowomyślący ludzie mogli nabrać do niego dożywotniej awersji.
Z socjalistycznej Korei Północnej co rusz dochodzą wieści o panującym tam głodzie. Kubański przywódca Fidel Castro wciąż karmi naród hasłem "socjalizm albo śmierć", jakby nie zdawał sobie sprawy z tego, że socjalizm równa się śmierć. Niepomny nauk płynących z doświadczenia, choćby chilijskiego za rządów Allende, inny socjalista, wenezuelski watażka Hugo Chavez prowadzi swój kraj i żyjących w nim ludzi wprost do katastrofy. Okradanie ich z własności, nacjonalizacja fabryk to pierwszy krok do gospodarczej zapaści i do tragedii wielu ludzi.
Inny socjalistyczny raj, Zimbabwe, rządzony od lat przez Roberta Mugabe, to kolejny przykład niszczycielskiego działania socjalizmu. Ta kwitnąca jeszcze niedawno kraina, po kilku latach socjalistycznego eksperymentu dziś staje się areną walk o bochenek chleba. Rządzący pozostają jednak ślepi. Zamiast uwolnić z okowów socjalizmu ludzką inicjatywę, która sprawi, że chleba znów nie będzie brakować, brną w coraz większe nonsensy. W Zimbabwe zniszczono prywatną własność, ograbiono dawnych właścicieli ziemskich, dopuszczono się okrutnych zbrodni na plantatorach i ich rodzinach. Dziś natomiast, na tych, którzy jeszcze czymś handlują usiłuje wymuszać się obniżki cen towarów, jakby miało to na dłuższą metę cokolwiek pomóc. Mugabe zabrnął w ślepą uliczkę i chyba nie bardzo wie, jak się z niej wydostać. Wie za to coraz więcej mieszkańców tego afrykańskiego kraju, głosując nogami. Do samej RPA uciekło już, bodajże, kilkaset tysięcy ludzi.
W Europie, a i w samej Polsce również nie brakuje socjalistów. Śmiało można stwierdzić, że jest ich spora nadwyżka, również w rządzie, co wcale nie przeszkadza niektórym "prawicowym" publicystom, jak np. Cezary Michalski z "Dziennika" czy Tomasz Sakiewicz z "Gazety Polskiej", troszczyć się o przyszłość ruchu socjalistycznego w naszym kraju. Jeśli jednak przed ruchem socjalistycznym rzeczywiście rysuje się świetlana przyszłość - tak jak chcieliby tego obaj znani publicyści - wówczas biada Polsce, biada Europie. Tylko dokąd będziemy zwiewać? Rosja, Białoruś, Ukraina?

Paweł Sztąberek

* * *

Zatroskani o lewicę... (23 lipca 2007)

Czy lewica jest Polsce potrzebna? To pytanie dość często stawiane jest przez różnych publicystów. I o ile można by zrozumieć publicystów "Trybuny" czy "Gazety Wyborczej", udzielających na nie twierdzącej odpowiedzi, o tyle dziwi czasem troska o przyszłość lewicy płynąca ze strony tzw. prawicowej. Świadomie piszę "tak zwanej", ponieważ w takich momentach prawicowość owej strony mocno się rozmywa.
Gazetę "Dziennik" przestałem regularnie czytać, gdy jeden z jej czołowych redaktorów, Cezary Michalski, kilkakrotnie postanowił zatroszczyć się o przyszłość lewicy w Polsce. Ubolewał pan Michalski nad ciężkim losem niejakiego Sławomira Sierakowskiego, któremu dostęp do politycznych salonów blokują starzy wyjadacze z SLD, dla redaktora Michalskiego nie będący żadną lewicą. Prawdziwa lewica - zdaniem p. redaktora - to Sierakowski i dlatego trzeba go dopieszczać. Pytanie tylko - po co? I dlaczego akurat pan redaktor Michalski oraz "prawicowy" "Dziennik" wzięli na swoje barki przedziwne lansowanie pana Sierakowskiego?
Okazało się jednak, że nie był to przypadek odosobniony... Niedługo po płaczliwych wywodach red. Michalskiego, za lansowanie i dopieszczanie lidera młodej lewicy, tow. Sierakowskiego, wziął się prezes państwowej telewizji, Andrzej Urbański. "Rzeczpospolita" doniosła, że obiecał on temu młodemu socjaliście, że będzie miał swój własny program publicystyczny w TV od jesieni br. Szum wokół tej sprawy zrobiła jedynie Liga Polskich Rodzin, której przedstawiciel, poseł Bosak, przekonująco tłumaczył, że jawne lansowanie bolszewizmu w czystej postaci jest niezgodne z obowiązującym prawem i że ktoś, kto otwarcie głosi poglądy Lenina nie powinien być pupilkiem prezesa Urbańskiego. Sprawa - jak na razie - trochę przycichła, niemniej p. Sierakowski czyni ponoć przygotowania do tego, by jesienią ruszyć ze swoim autorskim programem w państwowej telewizji. Z błogosławieństwem PiS-owskiego prezesa TV.
Okazuje się, że troska o losy pana Sierakowskiego jest zaraźliwa i dopadła już nawet redaktora "Gazety Polskiej", Tomasza Sakiewicza. Niedawno, uczestnicząc w sondzie "prawicowego" "Dziennika" na temat rozwoju bieżącej sytuacji politycznej, również rozczulił się on nad tym, że w Polsce nadal nie powstała "prawdziwa" lewica. O panu Sierakowskim red. Sakiewicz w swojej wypowiedzi co prawda nie wspomniał, jednak nie zdziwię się, jeśli wkrótce, podobnie jak w państwowej telewizji, również w "Gazecie Polskiej" załapie się on na jakieś okienko.
Czy zatem lewica jest Polsce potrzebna? Twierdząco na takie pytania odpowiedzieć mogą - poza czerwonymi z krwi i kości - chyba tylko ludzie, którzy ukrywając się pod etykietką prawicy są tak naprawdę lewakami, którzy z jakichś powodów wstydzą się swojego lewactwa, i którym od czasu do czasu ono się jednak wyślizgnie. Poza tym okazuje się po raz kolejny, że pusty antykomunizm, nie podparty przywiązaniem do tradycyjnego systemu wartości, do wolnorynkowej gospodarki i do wolności, jest tylko inną wersją bolszewizmu. Uświadamiając to sobie łatwiej zrozumieć, dlaczego mamy w Polsce taką "prawicę jaką mamy...

Paweł Sztąberek

* * *

Walka z korupcją (16 lipca 2007)

W związku ze sprawą domniemanej afery korupcyjnej, której głównym bohaterem ma być jakoby Andrzej Lepper, politycy Prawa i Sprawiedliwości, jeden przez drugiego, prześcigają się w udowadnianiu, jaką to słuszną ideą było powołanie Centralnego Biura Antykorupcyjnego. "Teraz widać, że bez względu na to, z jakiego ugrupowania wywodzi się przestępca i bez względu na to, jaką funkcję zajmuje, ręka CBA i tak go dopadnie" - tak można by mniej więcej skwitować słowa polityków PiS. Cóż jednak z tego, skoro "pozostający w kręgu podejrzenia" lider Samoobrony, zamiast oglądać świat przez kraty, chodzi sobie od konferencji prasowej do konferencji prasowej i ze wszystkich się naśmiewa.
Coś zatem poszło CBA nie tak. Ale nie to jest w całej tej historii najgorsze. Zwrócił na to uwagę m.in. pan Roman Giertych, który w jednym z wywiadów stwierdził, iż wiele wskazuje na to, że Centralne Biuro Antykorupcyjne samo wykreowało całą tę historię z odrolnieniem działki na Mazurach. "Państwo nie powinno prowokować ludzi do popełniania przestępstw, a z taką sytuacją prawdopodobnie mieliśmy tu do czynienia" - stwierdził lider LPR.
Wiadomo, skoro powołano jakiś urząd to po to, by czymś się on zajmował. CBA ma zwalczać korupcję, a nie zajmować się testowaniem ludzi na ich odporność na wszelkie pokusy. Szkoda jednak, że p. Giertych nie poszedł krok dalej w swej diagnozie i nie dostrzegł, że to prowokowanie ludzi odbywa się już na poziomie obowiązujących przepisów, które coraz więcej władzy przyznają urzędnikom, ograniczając jednocześnie wolność zwykłych ludzi. Szkoda, że p. Giertych nie zaproponował likwidacji koncesji na prowadzenie działalności gospodarczej oraz innych rozwiązań, które pozbawiałyby administrację, czy to centralną czy samorządową, możliwości decydowania o być albo nie być jakiegoś gospodarczego przedsięwzięcia.
Obawiam się, że PiS nie jest zdolny do przeprowadzenia takiej zmiany. Nie tylko dlatego, że brak jest na to politycznej woli, ale przede wszystkim chyba dlatego, że PiS święcie wierzy w biurokrację, jej świętą misję kreowania rzeczywistości. "Silne państwo" w ustach PiS-u to państwo nie mocnych i prężnych przedsiębiorców, zdolnych, pracowitych i dobrze zarabiających ludzi, lecz państwo rozbuchanych urzędów, biurokratów, inspektorów kontroli, przeróżnych rzeczników praw tego czy owego itp. Prościej było powołać nowy urząd do zwalczania korupcji, zatrudnić w nim kilka tysięcy ludzi, aniżeli zmienić przepisy, które z pewnością korupcję by, jeśli nie wyeliminowały całkowicie, to przynajmniej znacząco ograniczyły. No, ale wtedy to ludzie sami byliby kreatorami, nie zaś urzędnicy.
Andrzej Lepper krzyczy dziś: "Zlikwidować CBA!". To za mało. Trzeba zlikwidować nie tylko CBA, ale także mnóstwo przepisów, które korupcji sprzyjają.

Paweł Sztąberek

* * *

Jeśli nie rząd to kto? (9 lipca 2007)

Wielu ludzi wciąż sądzi, że jeśli tylko rząd przestanie się zajmować jakimś problemem, wówczas powstanie czarna dziura, której nic nie będzie w stanie zapełnić. Stąd bierze się szereg bardzo popularnych przeświadczeń, takich np. jak to, że służba zdrowia musi być państwowa, szkolnictwo musi być państwowe, ubezpieczenia społeczne muszą być przymusowe itp. Gdyby rząd nie zajmował się szpitalami to - zdaniem tych ludzi - szpitali w ogóle by nie było; gdyby rząd nie zajmował się edukacją, wówczas nie byłoby szkół i nikt by się nie uczył; gdyby rząd nie potrącał pod przymusem części wynagrodzeń w ramch tzw. składek ubezpieczeniowych, wówczas nikt nie dbałby o to, z czego będzie żył na starość.
Przykład skrajnego typu myślenia dała pani Elżbieta Jakubiak z kancelarii prezydenta Kaczyńskiego, która w jednym z wywiadów podzieliła się z czytelnikami swoją wizją roli jaką winien spełniać rząd, a dokładniej - stanowiąca jego zaplecze biurokracja. Otóż wyznała ona do dziennikarza, że gdyby nie urzędnicy... "(...) Gdyby nie oni, gdyby nie tacy ludzie jak ja, byłby pan bez numeru dowodu, zameldowania..." i "(...) W sumie to ja panu pozwalam pracować".
No właśnie, wychodzi na to, że gdyby nie rząd, ludzie poruszaliby sie po świecie niczym pijani we mgle. Mało kto dziś chce słyszeć np. o zniesieniu dopłat do rolnictwa. Czy gdyby te dopłaty zostały zniesione oznaczałoby to, że rolnictwo upadnie? Że nie będzie miał już kto uprawiać ziemi? Przecież to nonsesn. Najświeższy sygnał, który pokazuje, że rząd więcej szkodzi niż pomaga, płynie do nas z Unii Europejskiej, która aż dławi się od wszelkiego rodzaju dopłat i dotacji, w tym również dla rolnictwa. Otóż Unia zamierza płacić tym rolnikom, którzy zdecydują się wykarczować swoje winnice. Karczować mieliby dlatego, gdyż - jak zauważyli biurokraci - w Europie jest nadprodukcja wina. Urzędnicy najpierw sami stworzyli system dopłat, który zachęcał do zakładania winnic, teraz zaś będą płacić za to, by winnice likwidować.
Jak widać zabawa pieniędzmi podatników nie zna granic. Gdyby biurokraci zająknęli się chociaż, że sam system jest chory i że być może wszelkie dopłaty w ogóle należałoby zlikwidować - ale nie. Nadal trzeba regulować rynkiem, nadal decydować za konsumentów, czy jest nadprodukcja czy jej nie ma, czy jakiś producent powinien zbankrutować i przerzucić się na inną branżę czy też nie... Rząd, biurokracja, urzędnicy mają być oczami i mózgami zwykłych ludzi, bo bez tych oczu i bez tego mózgu ludzie nie będą wiedzieli jak żyć. To, że myśli tak wielu urzędników czy polityków nie powinno właściwie dziwić. Gorzej, że ten styl myślenia zaszczepili oni zwykłym ludziom, którzy rzeczywiście - nie wiedzieć zupełnie czemu - gotowi są oddawać swoje życie w ręce bezdusznej biurokracji.

Paweł Sztąberek

* * *

Głoszeniem prawdy ku wolności (2 lipca 2007)

W ubiegłą niedzielę wybrałem się na odprawianą od wielu lat w każdą ostatnią niedzielę miesiąca w Kościele św. Stanisława Kostki mszę świętą za Ojczyznę. W czasie ogłoszeń parafialnych, które wygłaszał proboszcz parafii Zygmunt Malacki, poinformował on, że w czerwcu br. do grobu Sługi Bożego ks. Jerzego Popiełuszki przybyło ponad 9 tysięcy wiernych z ponad 40 krajów ze wszystkich niemal kontynentów. Wynik - trzeba przyznać - imponujący, a co warte podkreślenia całe centrum poświęcone temu wielkiemu kapłanowi utrzymuje się jedynie z pracy społecznej wiernych i ich dobrowolnych wpłat. Nie ma zatem specjalnych reklam tego miejsca, a mimo to jakaś magiczna siła przyciąga ludzi z całego świata na warszawski Żoliborz, aby pochylić się nad grobem tego kapłana, który poświęcił życie w obronie wartości wyższych.
W dalszej części ogłoszeń ksiądz prałat wspomniał o wyjątkowym gościu, jaki zawitał do muzeum poświęconemu ks. Jerzemu - miał na myśli przewodniczącego Parlamentu Europejskiego Hansa-Gerta Poetteringa. Zacytował on również pamiątkowy wpis jaki po sobie w księdze gości pozostawił Niemiec. Nie zacytuję go dosłownie, bo nie zapamiętałem, ale brzmiał on mniej więcej tak: "Ksiądz Popiełuszko jest symbolem wolnej Polski i Europy. Dziś budujemy Europę na takich zasadach, jakie głosił on za życia".
Albo przewodniczący tego marionetkowego i żerującego na europejskich podatnikach ciele jest człowiekiem bezczelnym, albo - pisząc bardzo oględnie - pokrzywdzonym przez los brakiem rozumu. Zresztą jedno nie wyklucza drugiego. Oto bowiem przyjeżdża niemiecki polityk chadecki (sic!), który u grobu męczennika za wiarę i prawdę ogłasza coś z czym organizacja, której przewodzi, swoim działaniem całkowicie zaprzecza. Czy ks. Popiełuszko walczył o przywileje zboczeńców? Czy ks. Jerzy zgadzał się, aby Europę zdominował laicyzm i jezusofobia?
Pan przewodniczący Poettering i parlament, któremu przewodzi, jest czymś, z czym księża i Kościół, jak i wierni powinni walczyć. Po pierwsze dlatego, że PE jest częścią Unii Europejskiej, organizacji, która za naczelny cel stawia sobie walkę z religią chrześcijańską i całym dorobkiem cywilizacyjnym zbudowanym przez Kościół. Na samą myśl o wspomnieniu dziedzictwa chrześcijańskiego w preambule, narzucanej wbrew narodom europejskim, uniokonstytucji, przez polityków europejskich przechodzą ciarki. Nie jestem zresztą zwolennikiem mieszania Boga do tego dokumentu, gdyż w niczym to nie zmieni tego, że projekt ten jest całkowicie antychrześcijański. Wpisanie zatem do preambuły odwołania do Boga czy religii przypominać może powieszenie krzyża w domu publicznym - nie zmienia charakteru tego miejsca i rzeczy jakie się tam dzieją, a wręcz dokonuje jedynie kolejnej obrazy Pana Boga.
Po drugie, ten sam przewodniczący Pottering nie tak dawno nakazał skasowanie wystawy w gmachu PE ukazującej prawdziwe oblicze tzw. aborcji, czyli mordowania nienarodzonych. Jak to się ma do budowania Europy w oparciu o wartości jakie głosił polski kapłan, nie sposób dowieść. Tym bardziej, że nie przeszkadzają mu podobne konferencje na temat rzekomej "faszyzacji Polski", czy dyskryminacji polskich obywateli ze względu na to jakie mają preferencje seksualne. Listę antychrześcijańskich i antyreligijnych postaw Parlamentu Europejskiego jak i całej Unii można by wymieniać jeszcze długo, ale po co.
Ważniejsze w tym wszystkim jest raczej to, że po raz kolejny cytując słowa zamordowanego przez komunistów księdza, możemy zrozumieć jak walczyć z tymi, którzy próbują wprowadzać w Europie to, co jest złe: socjalizm, relatywizm, ateizm.
Oto co ks. Popiełuszko powiedział w kazaniu z 31 października 1982 roku: "Aby pozostać człowiekiem wolnym duchowo, trzeba żyć w prawdzie. Życie w prawdzie to dawanie świadectwa na zewnątrz, to przyznawanie się do niej i upominanie się o nią w każdej sytuacji. Prawda jest niezmienna. Prawdy nie da się zniszczyć taką czy inną decyzją, taką czy inną ustawą. Nie na tym polega w zasadzie nasza niewola, że poddajemy się panowaniu kłamstwa, że go nie demaskujemy i nie protestujemy przeciw niemu na co dzień. Nie prostujemy go, milczymy lub udajemy, że w nie wierzymy. Żyjemy wtedy w zakłamaniu. Odważne świadczenie prawdy jest drogą prowadzącą bezpośrednio do wolności. Człowiek, który daje świadectwo prawdzie, jest człowiekiem wolnym nawet w warunkach zewnętrznego zniewolenia, nawet w obozie czy więzieniu. [podkreślenie - Autor] Gdyby większość Polaków w obecnej sytuacji wkroczyła na drogę prawdy, gdyby ta większość nie zapominała, co było dla niej prawdą jeszcze przed niespełna rokiem, stalibyśmy się narodem wolnym duchowo już teraz. A wolność zewnętrzna czy polityczna musiałaby przyjść prędzej czy później jako konsekwencja tej wolności ducha i wierności prawdzie.
Zasadniczą sprawą przy wyzwoleniu człowieka i narodu jest przezwyciężenie lęku. Lęk rodzi się przecież z zagrożenia. Lękamy się, że grozi nam cierpienie, utrata jakiegoś dobra, utrata wolności, zdrowia czy stanowiska. I wtedy działamy wbrew sumieniu, które jest przecież miernikiem prawdy. Przezwyciężamy lęk, gdy godzimy się na cierpienie lub utratę czegoś w imię wyższych wartości. Jeżeli prawda będzie dla nas taką wartością, dla której warto cierpieć, warto ponosić ryzyko, to wtedy przezwyciężymy lęk, który jest bezpośrednią przyczyną naszego zniewolenia. Chrystus wielokrotnie przypominał swoim uczniom: >>Nie bójcie się. Nie bójcie się tych, którzy zabijają ciało, a nic więcej uczynić nie mogą<<. (por. Łk 12,4)".
Myślę, że te słowa są wciąż aktualne, a może nawet dziś jeszcze bardziej niż wtedy, gdy płynęły z ust ks. Popiełuszki. Aby uratować Polskę i Europę przed tym co szykuje projekt uniokonstytucji najlepszą drogą jest głoszenie prawdy. Jak zapewniał Polaków ten niezłomny kapłan, jedynie prawda może doprowadzić do prawdziwej wolności.

Paweł Toboła-Pertkiewicz

* * *

Publicyści przeciw polskiej racji stanu? (25 czerwca 2007)

W ciekawym artykule, jaki się ukazał na łamach "Rzeczpospolitej" z 18 czerwca 2007 roku, Igor Janke pisze: "Polska jest dziś w kluczowym momencie. Teraz decyduje się, jaką siłę i pozycję będziemy mieć w Unii Europejskiej, tym wymarzonym przez nas klubie demokratycznych i zamożnych państw. Wszyscy zgadzają się, że rola Unii jest i będzie coraz większa, że coraz bardziej będzie wpływać na nasze życie. Zgodziliśmy się na to i cieszymy się, że jesteśmy w Unii". Zgadzam się z poglądem, że rzeczywiście Europa jest dziś w kluczowym momencie, ale reszta opinii Redaktora zawartych w tym paragrafie nie wytrzymuje krytyki. Cóż to bowiem za demokratyczny klub zamożnych państw, których decydenci są wybierani na wzór sowiecki, czyli z nominacji, a nie wyborów? Komisja Europejska, która ma faktyczną władzę jest poza kontrolą jakichkolwiek władz zarówno narodowych, jak i wewnątrzunijnych, nie licząc Parlamentu Europejskiego, który - co ciekawe - bo nie mieści się w żadnym z klasycznych rozwiązań podziału władz, ma prawo jedynie do odwołania całej komisji, ale już nie poszczególnych komisarzy. A wybierany przez wyborców PE nie dość, że jest ciałem o znaczeniu marginalnym dla działań podejmowanych przez Unię, to hasła tolerancji i obrony praw człowieka, którymi rzuca na prawo i lewo, ma tylko na sztandarach. Konferencje poświęcone tzw. prawom homoseksualistów są w gmachu PE mile widziane, wystawa ukazująca zło aborcji niekoniecznie... Czy tak się zachowuje klub demokratycznych państw? Unia Europejska coraz bardziej przypomina instytucję do cna zideologizowaną, o czym przestrzegał nie tak dawno JŚw. Benedykt XVI, gdzie nie ma miejsca dla zdeklarowanych katolików.
Z kolei pogląd, że "wszyscy zgadzają się, że rola Unii jest i będzie coraz większa..." jest zupełnym nieporozumieniem. Przecież cały obecny tzw. spór europejski toczy się o dokument, który - tam, gdzie umożliwiono wypowiedź narodom - został w referendach odrzucony. Co więcej, coraz większa liczba państw nie zamierza już przeprowadzać referendów, szczególnie tam, gdzie wyniki mogą być niepewne. To kolejny przejaw braku szacunku dla werdyktu wyborczego europejskich szermierzy demokracji... Zresztą wszystkie badania opinii publicznej pokazują, że obywatele "klubu zamożnych państw" nie chcą zwiększania roli Unii i odbierania państwom narodowym kolejnych uprawnień.
Tytuł tekstu p. red. Jankego brzmi: "Politycy przeciw polskiej racji stanu". Warto zadać sobie pytanie czy polską racją stanu jest taki czy inny system głosowania, który zwiększa lub zmniejsza siłę naszego głosu od 3 do 5 proc. Dla mnie osobiście jest obojętne czy w konstytucji unijnej będzie zapisany taki czy inny system głosowania, skoro w każdym przypadku interesy mojej ojczyzny mogą być przegłosowane przez inne państwa. Wydaje mi się, że w ferworze walki o system głosowania większość, w tym i red. Janke, zapomina o sprawie zasadniczej - niezależnie od tego jaki ostatecznie system zostanie przyjęty, oznacza, że suwerenność naszego państwa znacznie się zmniejszy. Szkoda, że spór został sprowadzony nie tylko przez polityków, ale również publicystów do sporu o siłę procentową, a nie do sprawy zupełnie fundamentalnej, jaką jest sama idea konstytucji unijnej i w konsekwencji jej przyjęcia utrata suwerenności państwowej.

Paweł Toboła-Pertkiewicz

* * *

Czego potrzebuje Europa? (18 czerwca 2007)

Pytanie, po co właściwie Europa ma się jednoczyć, stawiane jest rzadko. Niełatwo też można znaleźć na nie zadowalającą odpowiedź. Jedni twierdzą, że jednoczy się po to, by nie było już więcej wojen na kontynencie. Inni uważają, że zjednoczenie to "konieczność dziejowa" wymuszona przez globalizację. Jeszcze inni utrzymują, że jednoczy się przeciwko Stanom Zjednoczonym. Nie brak też takich, którzy twierdzą, że to Niemcy jednoczą Europę po to tylko, by móc nad nią panować. Dla innych cały unijny projekt to spisek masonerii, który realizowany jest tylko po to, by wymazać Polskę z mapy świata. Właściwie w każdej z tych opcji znaleźć można jakieś ziarno prawdy. Ale zdaje się, że obecnie, już nawet ci, którzy dzisiejszą Europę starają się "jednoczyć", nie wiedzą do końca - po co...
Pod koniec tygodnia ma się rozpocząć unijny szczyt, który być może, choć niekoniecznie, zadecyduje o dalszym kierunku integracji. Najważniejszy cel tego szczytu to uzyskanie akceptacji ze strony wszystkich krajów dla konieczności przyjęcia unijnej konstytucji, obecnie zwanej traktatem. Całe to przedsięwzięcie określa się mianem "dalszego reformowania Unii". To "reformowanie" potrzebne jest ponoć po to, by Unia mogła się rozwijać. Ale co to oznacza, że Unia ma się rozwijać? Czy chodzi o rozwój gospodarczy, czy o jakiś inny? Bo - jak wiadomo - rozwojowi gospodarczemu najlepiej służy wolny rynek. Czy zatem na unijnym szczycie w Brukseli będzie mowa o wolnym rynku, o wolnej gospodarce, o Friedmanie, Misesie czy Hayeku? Wątpliwe. Będzie natomiast mowa o tym, że "trzeba", że "musimy", że "nie ma innej drogi", że "konieczność historyczna" itp.
Szkoda, że na zbliżającym się szczycie nie znajdzie się nikt odważny, kto by zakwestionował dalszy kierunek unijnej integracji, czyli integracji politycznej, wraz z towarzyszącą jej socjalistyczną, polit-poprawną otoczką (prezydent Czech, Vaclav Klaus też pewnie będzie się musiał "dostosować"). Bo jeśli Europa rzeczywiście potrzebuje jakiejś konstytucji to na pewno nie tej bełkotliwej grubej książki, którą kilka narodów już raz odrzuciło, a Konstytucji Wolności. Europa nie musi się na siłę, odgórnie "integrować". Europa potrzebuje oddechu wolności. Jeśli ten oddech złapie, ludzie sami znajdą ze sobą wspólny język i będą współpracować - bez pośrednictwa tej całej olbrzymiej biurokratycznej machiny, jaką na najbliższym szczycie unijnym w Brukseli będą próbowali zaprojektować i przyklepać różni mędrkowie. Pozostaje jednak pytanie: po co?

Paweł Sztąberek

* * *

No pasaran! totalniactwu... (11 czerwca 2007)

Nie tak dawno dowiedziałem się, że posłowie szykują nowelizację ustawy o opłatach abonamentowych. Zmiany nie idą jednak w kierunku zniesienia tej karygodnej i bezczelnej opłaty, lecz w całkiem przeciwnym. Jak informuje Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji, głównym celem nowelizacji ustawy z 21 kwietnia 2005 r. o opłatach abonamentowych (Dz.U. nr 85, poz. 728 z późn. zm.) jest poprawienie ściągalności abonamentu radiowo-telewizyjnego. Dziś bowiem jedynie 44 proc. gospodarstw domowych płaci abonament. Poprawienie ściągalności ma być osiągnięte przez wyposażenie urzędników skarbowych w prawo do nachodzenia naszych domów w celu sprawdzania stanu posiadania odbiorników radiowo-telewizyjnych.
Jest to skandal i aż dziw, że jeszcze nikt nie zapowiedział skierowania projektu ustawy do Rzecznika Praw Obywatelskich, Trybunału Konstytucyjnego oraz żadne tzw. autorytety moralne nie zaprotestowały przeciw temu w otwarty sposób.
Jak przeczytałem w "Gazecie Prawnej" z 30 maja br. projekt nowelizacji przewiduje, że "w przypadku niezapłacenia należnego abonamentu, egzekucja zmierzająca do jego ściągnięcia ma być prowadzona przez naczelnika urzędu skarbowego. - Obecnie egzekucja administracyjna zwiększających się zaległości abonamentowych jest praktycznie wstrzymana. Chcemy, by była ona prowadzona przez kierowników urzędów skarbowych, którzy mają do tego odpowiednie zaplecze kadrowe i techniczne - mówi Witold Kołodziejski, członek KRRiT.
Mój dom moją twierdzą - mówi stara anglosaska zasada, ale jak widać pomysłodawcy zmian w polskim prawie mają raczej bliżej w pamięci czasy komunistyczne, w których ludzie chowali odbiorniki radiowe, bo za ich posiadanie groziła nawet kara śmierci! Propozycję, by egzekucję należności abonamentowych prowadziły urzędy skarbowe, pozytywnie oceniają jednak eksperci zapytani przez "Gazetę Prawną". - Urzędy skarbowe dysponują odpowiednim doświadczeniem w zakresie prowadzenia postępowań egzekucyjnych, co powinno umożliwić im skuteczne dochodzenie należności - mówi Ewa Wojnarska-Krajewska, ekspert ds. legislacji w Biurze Analiz Sejmowych".
A co z tymi, którzy mają odbiorniki, ale nie oglądają państwowej telewizji? Co z tymi, którzy mają kilka telewizorów lub odbiorników radiowych, bo np. je kolekcjonują? Na pytania nikt nie odpowiada. Poza tym, prawdziwym niebezpieczeństwem wpuszczenia urzędnika skarbowego za progi swego domu jest np. to, że sprawdzając ilość odbiorników, od razu zauważy też jakiej są one marki. A po marce i modelu łatwo sprawdzić jaką mają wartość te sprzęty. Mając te informacje i porównując np. z naszymi dochodami urzędnicy skarbowi mogą zażądać wyjaśnienia naszych dochodów...
Ponadto dopuszczając na wpuszczanie do naszych domów urzędników skarbowych tworzymy niebezpieczny precedens na przyszłość. Jeśli Sejm uchwali np. ustawę dopuszczającą kontroli oszczędności obywateli, urzędnicy skarbowi będą mogli do woli plądrować nasze zakamarki domowe, pościele, skarpety etc?
Wszyscy wypowiadający się w tej sprawie mącą nasze umysłu jakąś specjalną "misją TVP" jaką to niby ta państwowa spółka ma do spełnienia. A misji w rzeczywistości nikt do dziś nie zdefiniował. Bo i jak zdefiniować tę misję, jeśli nie jako nie chęć ograbienia obywateli pod oszukańczym pretekstem...
Czytając komentarze internautów na temat pomysłu KRRiTv w tekście Gazety Prawnej, a także do wpisu na blogu p. dr Roberta Gwiazdowskiego, odnoszę wrażenie, że nie powinnyśmy pozostać obojętni na próbę wtargnięcia funkcjonariuszy państwa do naszych domów. Może warto przedsięwziąć jakieś kroki zmuszające posłów oraz twórców tejże ustawy do przerwania prac nad nią i rozpoczęcia prac nad likwidacją abonamentu. Czytając te komentarze odnoszę wrażenie, że taka akcja nękania posłów i senatorów oraz członków KRRiTV mogłaby się zakończyć powodzeniem. A nawet jeśli nie zakończy, to powinniśmy chyba walczyć o odbierany nam po raz kolejny spory obszar wolności i prywatności. Niech wiedzą, że naród nie śpi i broni się przed nimi. Totalniakom powiedzmy wreszcie "No pasáran!" i przystąpmy do działania, bo nas zniewolą całkowicie.

Paweł Toboła-Pertkiewicz

* * *

Dziękuję ci, rządzie, za wszystko! (4 czerwca 2007)

Jak wiadomo, rząd zna się na wszystkim: na moralności, na etyce, na leczeniu, na edukacji, na literaturze, no i oczywiście na gospodarce. Gdyby nie rząd, ludzie nie wiedzieliby w ogóle co robić, jak się zachowywać, jak i gdzie się leczyć, gdzie się kształcić, czym jeździć do pracy, co czytać, jak gospodarować zasobami... Mówiąc krótko - byłaby katastrofa. Na szczęście rząd czuwa, dzięki czemu świat się jeszcze nie zawalił, a ludzie jeszcze nieposzaleli i jako tako wiążą koniec z końcem.
Rząd uznał swego czasu, że pewnych dziedzin gospodarki nie można prywatyzować, bo - po pierwsze - nie będą w stanie się utrzymać na rynku, a - po drugie - są one gałęziami strategicznymi i powinny pozostać państwowe. Rząd jak przystało na doskonałego planistę i wybornego stratega wie pewnie co mówi, a skoro mówi no to... O ile mnie pamięć nie myli, za jedną z takich gałęzi, rząd, w swej wszechogarniającej mądrości, uznał górnictwo węgla kamiennego. Najpierw oznajmiono, że kopalnie są deficytowe, bo jest ich zbyt dużo, no i że w ogóle węgla jest za dużo. Rząd - zachowując rewolucyjną czujność - nie dał się zwieść tym złoczyńcom, którzy od dawna domagali się normalnej prywatyzacji, a zamiast tego, część kopalń zlikwidował, zwalnianym górnikom wypłacił jałmużny za to, by przestali chodzić do pracy, oraz potworzył jakieś biurokratyczne czapy do zarządzania pozostałymi kopalniami, nadal twierdząc, że branża jest deficytowa, strategiczna i że musi być państwowa.
Rząd jest oczywiście mądry i wie co mówi, a tym bardziej robi. Nie wolno prywatyzować, bo to czy tamto - to nie! Trzeba zlikwidować, bo to i owo - no to trzeba! Koniec kropka. Wolny rynek jest do bani, interwencjonizm państwowy jest cacy!
Gdy dziś śledzę medialne doniesienia na temat przeróżnych afer, w których głównym bohaterem - oprócz ludzi - jest węgiel, dochodzę do wniosku, że rząd miał - jak zawsze - rację. Cudownie, że nie sprywatyzowano kopalń, świetnie, że spełniano wszystkie zachcianki górniczych związków zawodowych, rewelacyjnie, że do deficytowej branży rocznie dokładano z budżetu miliardy złotych (w tym na wymianę szyb w rządowych gmachach po pokojowych manifestacjach górników)... Jak ubogie dziś byłoby nasze życie. Przecież gdyby kopalnie były prywatne, nie przyssałyby się do nich spółki tworzone przez tzw. kolesiów, spółki, które mimo nierentowności samych kopalń, były w stanie zarobić na węglu grube miliony. Gdyby rząd w swej nierozwadze jednak sprywatyzował kopalnie, na Śląsku nie narodziłaby się nasza polska Alexis, nie powstałyby liczne artykuły w prasie, a TVN nie miałaby z kim przeprowadzić wywiadu (wywiad z Alexis to hit, a z właścicielem kopalni - to byłaby nuda...). Gdyby wreszcie - nie daj Boże! - rząd uległ podszeptom zwyrodniałych fanatyków wolnego rynku i na początku lat 90-tych wystawił kopanie na licytacje, Barbara Blida zapewne nie popełniłaby samobójstwa, prokuratura nie miałaby zajęcia, a Centralne Biuro Antykorupcyjne nie mogłoby dostać funduszy na stworzenie kilkuset, albo i kilku tysięcy etatów.
Kopalnie i "afera węglowa" to tylko fragment dużo większej całości. Ale i na tym niewielkim fragmencie doskonale sprawdza się stare przysłowie: "Gdzie diabeł nie może tam ... rząd pośle...". Dziękuję ci zatem rządzie, że czuwasz nad wszystkim, że dzięki tobie jakoś się to wszystko kręci...

Paweł Sztąberek

* * *

Komu konstytucja? (28 maja 2007)

Wyszło szydło z worka, bo to co zrobił Trybunał konstytucyjny z ustawą lustracyjną to kpina ze sprawiedliwości. A przecież podstawową rolą prawa jest tworzenie warunków do realizacji sprawiedliwości. Nie każdy z nas potrafi wyprowadzić poprawne wnioski z skomplikowanych pojęciowo zdań, ale każdy, o ile nie jest emocjonalnie zaangażowany, potrafi ocenić czy wyrok (rozstrzygnięcie) jest sprawiedliwy czy nie. Jeżeli więc, każdy z nas ma wrodzone poczucie sprawiedliwości a ustawa zasadnicza ustaliła pakiet niezbywalnych praw nam przysługujących, to jaka jest tu rola Trybunału Konstytucyjnego? Ujmując krótko, rola ta powinna sprowadzać się do sprawdzania czy ustanawiane prawo niższego rzędu nie zagraża gwarantowanemu prawu wyższego rzędu (zawartemu w konstytucji), np.: czy realizacja prawa do godziwej płacy nie godzi w prawo do zachowania owoców własnej pracy ( by dać komuś, trzeba komuś zabrać).
Dlaczego niesprzeczność prawa jest tak ważna? Odpowiedź jest jednoznaczna: sprzeczne prawo prowadzi do bezprawia, bowiem pozwala każdemu wyprowadzić taki wniosek jaki jest mu aktualnie potrzebny (prawo logiki mówi, że z dwóch zdań sprzecznych wynika dowolne zdanie) . Jeżeli argumentacja Trybunału wywiedziana z zapisów konstytucji jest poprawna to dlaczego wnioski obrażają nasze poczucie sprawiedliwości? Po prostu sama ustawa zasadnicza jest wewnętrznie sprzeczna stąd Trybunał Konstytucyjny może dopasować argumentację zarówno na "tak" jak i na "nie", stając się faktycznie piątą władzą, która z każdą ustawą sejmową może zrobić wszystko co zechce.
Nikt nie pokusił się o analizę konstytucji pod kątem jej wewnętrznej niesprzeczności. Jedynie pan Stanisław Michalkiewicz przedstawił swego czasu projekt konstytucji spełniający warunek spójności i niesprzeczności. Wykazanie niesprzeczności nie jest czynnością banalną. Logicy i matematycy od zarania ludzkości szukają prostych i efektywnych metod weryfikacji. Efekt póki co jest mizerny. Wykazano, że jeżeli zespół takich zdań ma być niesprzeczny to musi być niezupełny, a to oznacza, że zawsze znajdzie się zagadnienie, które nie da się wyprowadzić z wcześniej przyjętych zdań. I co wtedy pocznie biedny trybunał? Dlatego zasada precedensu wypełnia lepiej funkcję stanowienia prawa, co więcej nie potrzebujemy wtedy podpierać się ustawą zasadniczą, która i tak nie spełni naszych oczekiwań, że będzie pełnym kodeksem naszych praw i obowiązków.
Postawione wyżej zarzuty wobec konstytucji, mogą i powinny być postawione projektowi Konstytucji Unii Europejskiej bowiem przy ogromnej różnorodności uregulowań prawnych w poszczególnych krajach chaos prawny urośnie do piramidalnych rozmiarów, a obecne orzeczenia Trybunału Europejskiego dają nam przedsmak terroru prawnego, który nas czeka.

Wojciech Czarniecki

* * *

Kto ma rządzić rynkiem? (21 maja 2007)

Zastanawiam się, jaki właściwie sens mają te wszystkie pakiety mające ułatwić życie przedsiębiorcom w Polsce. Z jednej strony "Pakiet Kluski", z drugiej "Pakiet Szajnfelda" czy kogoś tam..., z trzeciej pewnie szykuje się jakiś "Pakiet Leppera i Giertycha". Zdziwiłbym się, gdyby również wielki pasjonat homoseksualizmu, Ryszard Kalisz z SLD, nie wyskoczył z jakimś swoim pakietem... Jeszcze jest PSL, Prawica RP. Jeśli każdy będzie miał jakiś pakiet mający "iść na rękę" przedsiębiorcom, to Polska już wkrótce powinna znaleźć się na czołowej lokacie w rankingu wolności gospodarczej...
Coś mi jednak mówi, że te wszystkie pakiety to tak naprawdę czysta fikcja (zwłaszcza, że żaden jeszcze nie wszedł w życie). Cóż bowiem za wieści do nas dochodzą? Otóż z jednej strony planuje się "ułatwienia" dla przedsiębiorców, z drugiej zaś tworzy się ustawy, które ograniczają dostęp tychże przedsiębiorców do rynku. Wspominałem już w którymś z poprzednich komentarzy o ustawie "prawo budowlane", która ograniczyła dostęp do zawodu budowlańców osobom z wykształceniem średnim technicznym. Teraz słyszę o pracach nad ustawą, która, jeśli wejdzie w życie, wyeliminuje z rynku wielu rzemieślników, o ile nie zdobędą oni odpowiedniego pozwolenia poprzedzonego zdaniem egzaminu. Wielu dotychczasowych zegarmistrzów, właścicieli warsztatów samochodowych, piekarzy, szewców itp. odciętych zostanie od możliwości wykonywania swoich profesji. Choćby nawet zajmowali się nimi większość swojego dotychczasowego życia, teraz nagle zobaczą na swojej drodze szlaban z napisem "STOP".
W Piotrkowie Trybunalskim na przykład, do niedawna istniały dwie prywatne firmy świadczące minibusowe usługi transportowe dla mieszkańców. Obecnie jeździ tylko jedna. Drugiej z tych firm nie przedłużono pozwolenia tłumacząc to różnymi zawiłymi przepisami. Plotka, co prawda, głosi, iż to kara za to, że minibusy tej firmy, przed wyborami samorządowymi woziły plakaty kontrkandydata obecnego prezydenta. Ale oczywiście kto by się tam przejmował plotkami. Wiadomo przecież od dawna, że władza nie może mścić się na własnych obywatelach, którzy wszak tę władzę utrzymują. Przyjąć zatem należy wariant z "zawiłymi przepisami", które uniemożliwiają itd... Podobnych przypadków można by zapewne, w skali całego kraju, mnożyć na pęczki, tak, że nawet w internecie zabrakłoby miejsca...
Wniosek jaki się w tej sytuacji nasuwa jest niestety smutny: władza, która od gospodarki trzymać się winna z daleka, utrudnia ludziom życie i nie pozwola im zajmować się tym, co potrafią i co chcą, dla pożytku publicznego, robić, zasłaniając się przy tym często gąszczem przepisów, który zresztą sama tworzy.
Rynek koncesjonowany to nie to samo, co wolny rynek. Na wolnym rynku, o być albo nie być jakiejś firmy decyduje konsument. Na rynku koncesjonowanym decyduje urzędnik. I dopóki urzędnicy nie oddadzą władzy nad rynkiem zwykłym ludziom, dotąd wszelkie pakiety "idące na rękę" przedsiębiorcom tracą jakikolwiek sens.

Paweł Sztąberek

* * *

Jak zarobić, a się nienarobić... (14 maja 2007)

Jak wiadomo istnieją różne sposoby wydawania pieniędzy. Najbardziej efektywny i racjonalny sposób ma miejsce wówczas, gdy wydaje się własne pieniądze na własne potrzeby. Najmniej - gdy wydaje się cudze pieniądze na cudze potrzeby. Obserwując sposób wydawania pieniędzy przez instytucje Unii Europejskiej nietrudno dostrzec, że cechuje ją przede wszystkim drugi sposób wydawania pieniędzy. Niewykluczone, że UE po to w ogóle powstała, by troszczyć się właśnie o cudze pieniądze i cudze potrzeby. Wiadomo, że - jak w przypadku każdego złodzieja typu Janosik - po drodze zaspokoić trzeba cudzymi pieniędzmi również własne potrzeby...
Unia Europejska, ze swoimi zasadami dystrybucji cudzych, ciężko zarobionych, pieniędzy, to świetna okazja dla przeróżnej maści wydrwigroszy. Wystarczy stworzyć "firmę", napisać program i już można wystąpić o tzw. dotację. Europejski Fundusz Społeczny (EFS) to świetny przykład, z jednej strony marnotrawienia pieniędzy podatników, a z drugiej - "okazji czyniącej złodzieja". Powstaje zatem wiele "firm" zajmujących się np. szkoleniami, które całkiem nieźle sobie prosperują bez ponoszenia praktycznie żadnych kosztów własnych - część dotacji na działalność uzyskują z UE a drugą część... z budżetów gminnych.
Wpadła mi w ręce ulotka pewnej firmy organizującej takie właśnie szkolenia. Przy okazji widać tu, jak państwo napędza takim firmom klienteli. Otóż w myśl nowych przepisów o prawie budowlanym, osoby z wykształceniem średnim technicznym, które dotychczas miały uprawnienia do wykonywania zawodu budowlańca, utraciły je. Państwo pozbawiło ich możliwości zarabiania pieniędzy w swoich profesjach, odbierając im uprawnienia. Ale? No właśnie... Ponieważ państwo jest DOBRE, stworzyło tym ludziom jednocześnie możliwość przekwalifikowania się do zawodu...kosztorysanta. I tu jest właśnie pole do popisu dla "firmy" szkolącej, która będzie szkolić byłych budowlańców na przyszłych kosztorysantów. Oczywiście nie za swoje pieniądze. W realizację tego programu szkoleń zaangażowane są: Europejski Fundusz Społeczny, Integracyjny Program Operacyjny Rozwoju Regionalnego, Naczelna Organizacja Techniczna oraz Wojewódzki Urząd Pracy. Widać, ilu Janosików musi się po drodze obłowić, zanim 45 osób (bo tyle przewiduje program), z byłych, często pewnie zdolnych i pracowitych, budowlańców przeistoczy się w kosztorysantów.
To naprawdę tylko jeden z - podejrzewam - tysięcy przykładów podobnego przelewania cudzych pieniędzy na cudze potrzeby. I - niestety - na szybki koniec tego procederu raczej się nie zanosi... Zwłaszcza, że w ulotce reklamowej innej firmy zajmującej się szkoleniami, tym razem w ramach programu "Twoja szansa - analiza efektywności form wsparcia dla osób zagrożonych wykluczeniem społecznym", znajduję temat jednego ze szkoleń przeznaczonych dla pracowników instytucji pomocy społecznej: "Pobudzanie świadomości ciągłego dokształcania w celu zwiększenia efektywności własnej pracy". Cóż, zabawa za cudze pieniądze trwa w najlepsze...

Paweł Sztąberek

* * *

Konstytucja UE a lustracja Geremka (7 maja 2007)

W sprawie oświadczenia lustracyjnego posła do Parlamentu Europejskiego Bronisława Geremka poruszone zostały niebo i ziemia. Przez kilka dni sprawa nie schodziła z czołówek gazet, po czym PE i tak oświadczył, że nie przyjmuje do siebie możliwości utraty przez niego mandatu. Oznacza to wprost, że polskie prawo nie ma żadnej mocy wykonawczej, a przede wszystkim nie jesteśmy suwerenni w egzekwowaniu obowiązującego prawa. Jak naprawdę przebiegała sesja parlamentarna w Strasburgu można się dowiedzieć z wywiadu jakiego udzielił "Naszemu Dziennikowi" inny polski poseł do PE, Bogdan Pęk. Wyrasta z niego obraz bardzo smutny.
Z jego relacji dowiadujemy się jak wyglądała "obrona Geremka" i jaki był rzeczywisty, a nie deklarowany cel całej tej awantury. Jak twierdzi bowiem Pęk, cała sprawa "wiąże się z europejskim traktatem konstytucyjnym. Otóż pan prof. Geremek na poprzednim posiedzeniu komisji konstytucyjnej PE zaproponował przeprowadzenie ogólnoeuropejskiego referendum w sprawie konstytucji europejskiej. To referendum miałoby ukazać wolę narodów Europy wprowadzenia konstytucji europejskiej, a w ślad za tym - formy scentralizowanego państwa europejskiego. Inicjatywa Geremka spotkała się z aplauzem większości członków komisji. Właściwie zdecydowany opór wyraziłem tylko ja i jeden z niezależnych deputowanych brytyjskich. Cóż takie referendum miałoby oznaczać? Nie miałoby oczywiście mocy wiążącej, ale stanowiłoby wielki spektakl propagandowy w celu wywarcia nacisku na polskie, czeskie, francuskie czy holenderskie władze, aby złagodziły własne stanowisko i zgodziły się na jakąś formę eurokonstytucji. Geremek był mózgiem tej operacji. Propozycja referendum zaskarbiła mu względy europejskiej lewicy, która tym mocniej broni go teraz w sprawie mandatu. Proszę zauważyć, że obie sprawy - projekt ogólnoeuropejskiego referendum i sabotowanie polskiego prawa lustracyjnego przez Geremka - łączy to, że oznaczają deprecjonowanie roli państw narodowych i podważanie autorytetu ich rządów".
Z tej perspektywy sprawa, przyznają Państwo, wygląda zupełnie inaczej niż mówiły o tym media. Dla polskiej gospodarki i prawodawstwa z nim związanego przyjęcie eurokonstytucji oznaczałoby utrwalenie systemu socjalistycznego bez jakiejkolwiek możliwości zerwania z nim. Jak mówi Pęk: "Konstytucja jest dla gremiów aspirujących do władzy nad Europą absolutnie kluczowa. Dopóki istnieje suwerenne państwo, a my jako Polacy mamy prawo weta wobec przyjętych na szczycie UE rozwiązań, dopóty możemy skutecznie realizować przynajmniej minimum własnych interesów. Jeżeli tego zabraknie, nasz wpływ stanie się zupełną fikcją. Musimy się wtedy liczyć nie tylko z narzuceniem niekorzystnych rozwiązań ekonomicznych, ale i antychrześcijańskiej ideologii, która przeżera starą Europę. Przykro to mówić, ale tutaj deputowani pozwalają sobie na szydzenie z Boga, wiary i Kościoła, eksponują zagrożone rzekomo prawa mniejszości seksualnych...".
Były poseł Geremek i jemu podobni forsując przyjęcie w Polsce konstytucji chcą nas pozbawić nawet szansy na wyjście z naszego grajdołka. Ktoś może powiedzieć: z konstytucją czy bez i tak z niego nie wyjdziemy. Nie zgodziłbym się z tak postawioną sprawą, gdyż suwerenna władza, jeśli tylko będzie miała taką wolę i chęć dokonania odpowiednich zmian, mogłaby tego dokonać. W przypadku wejścia w życie eurokonstytucji, szanse na zmianę ustroju socjalistyczno-biurokratycznego opartego na laickości i prawach homoseksualistów i innych dewiantów w całej Europie, są równe niemal zeru. Szczególnie, gdy reprezentantami naszych interesów są tacy ludzie jak np. prof. Geremek.

Paweł Toboła-Pertkiewicz

* * *

Atrybuty państwa (30 kwietnia 2007)

No cóż, osoby zajmujące się procesem beatyfikacyjnym Jana Pawła II powinny wziąć przykład z posłów opozycji w polskim parlamencie. Oto bowiem stała się rzecz zadziwiająca - w ciągu kilku godzin sejmowej debaty posłowie wynieśli na ołtarze p. Barbarę Blidę, byłą minister budownictwa, która zastrzeliła się podczas rewizji jej domu przez funkcjonariuszy Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego. Już sam fakt popełnienia samobójstwa wyklucza wedle zdecydowanej większości doktryn religijnych zbawienie takiej osoby, ale może posłowie wiedzą o czymś, czego my nie wiemy, albo może poprzez głosowanie będą w stanie ustalić co się stało z samobójczynią. Tym niemniej, pani Blida natychmiast stała się symboliczną ofiarą "faszystowskiej" władzy jaka ma miejsce w Polsce.
Tymczasem sprawa byłej minister jest przykładem wszystkich patologii jakie dręczą naszą ojczyznę. Po pierwsze, ilustruje nierówność wobec prawa. Pospolitych przestępców, nawet gdy jeszcze nie zostali skazani prawomocnym wyrokiem sądu, prowadza się zakutych w kajdanki od stóp do głów, nie bacząc na ich psychikę, i co w niej zostanie po takich traumatycznych przeżyciach. Tymczasem, w czasie rewizji w domu państwa Blidów, funkcjonariusze ABW pozwalają swobodnie się po domu poruszać i nawet dają się jej zastrzelić...
Po drugie, histeria jaka miała miejsce po tym wydarzeniu spowoduje, że służby odpowiedzialne za nasze bezpieczeństwo kompletnie stracą rachubę jak się zachowywać w stosunku do przestępców. Czy skuć ich w kajdanki, czy filmować całe zatrzymanie, czy też nie.
Po trzecie wreszcie, tragiczne wydarzenie jakie miało miejsce jest wykorzystywane przez cynicznych polityków w najlepszym razie do obalenia rządu, lub przeogromnej jego krytyki. Szczytem absurdu jest już wypowiedź Andrzeja Celińskiego, który pisze na łamach prasy, że "Blidę zabił rząd Kaczyńskiego". Brak jakiejkolwiek kultury politycznej u polityków, którzy tego typu tragedie wykorzystują do próby obalenia rządu jest niedopuszczalny. Stwierdzenie Celińskiego jest mniej więcej takie jak to, gdyby powiedział, że to rząd Marcinkiewicza zabił w ub. roku kilkudziesięciu gołębiarzy podczas targów.
Dezawuowanie podstawowych atrybutów państwa nie uderza zatem w rząd czy premiera, lecz w państwo. Państwo, które wedle poglądów zwolenników państwa minimalnego ma mieć niewiele funkcji, ale jeśli już je ma, to ma je dobrze wykonywać. Jedną z takich funkcji jest zaś ochrona mienia i życia obywateli. Jeśli p. Blida była podejrzana o przywłaszczenie cudzych dóbr bądź udział w procederze przestępczym, to państwa obowiązkiem jest aresztowanie podejrzanej. Jeśli nawet to jest kwestionowane przez opozycję i wykorzystywane do politycznej gry, to dopiero można się bać co może się dziać, gdyby jakimś trafem udało im się objąć w niedługim czasie władzę w Polsce.

Paweł Toboła-Pertkiewicz

* * *

Nowej partii przyszedł czas? (23 kwietnia 2007)

Bardzo dobrze się stało, że p. Marek Jurek wystąpił z PiS-u, a następnie założył nową partię. Dobrze się stało, bowiem od ciągłej paplaniny na temat Euro 2012 bolała już głowa. Dzięki spektakularnemu gestowi marszałka sejmu, gadzinowe media zmieniły wreszcie główny temat swoich newsów. Euro 2012 zeszło na plan dalszy natomiast na czoło serwisów wyniesione zostały poczynania p. Marka Jurka. Drobna analogia... Co p. Marek Jurek ma wspólnego z p. Michałem Listkiewiczem z PZPN? Ano ma... Dopóki Polski nie ogłoszono organizatorem Euro 2012, p. Michał Listkiewicz uchodził za aferzystę, na którym nie tylko gadzinowe media, ale i sam Jan Tomaszewski nie zostawiali suchej nitki. Teraz zaś uchodzi on niemalże za narodowego bohatera, a legendarny polski bramkarz wyraził się o nim mniej więcej: "Michał, jesteś wielki!". Marek Jurek także, dopóki zasiadał w PiS-ie, określany był mianem radykała, oszołoma, fundamentalisty. Gdy jednak pokazał Jarosławowi Kaczyńskiemu ku-ku i zaczął tworzyć nową partię, od razu ogłoszony został "ideowcem", "politykiem honorowym", "człowiekiem z zasadami". Ta drobna analogia po raz kolejny udowadnia, że główne gadzinowe media tworzone są przez różnej maści cwaniaków i usłużne dziennikarzyny, a skierowane są głównie do kretynów. I cóż się dziwić, że jest jak jest...
Zatem nowa partia p. Marka Jurka mogłaby być, owszem, jakąś nadzieją dla prawicy w Polsce. Mogłaby, ale pierwsze wypowiedzi jej założycieli każą raczej przypuszczać, iż będzie to kolejna wersja socjalizmu, tym razem podrasowana dużo mocniejszą dawką katolicyzmu. Ze szkodą oczywiście dla tego drugiego, gdyż VII przykazanie wyraźnie stanowi "Nie kradnij", a X "Nie pożądaj żadnej rzeczy, która należy do bliźniego". A co wynika ze wstępnych zapowiedzi, ot. np. pana Mariana Piłki, jednego z liderów nowego ugrupowania? Ano to, m.in., że w Polsce nie ma prawdziwej "polityki prorodzinnej". Prawdziwa polityka prorodzinna według pana posła jest wtedy, gdy wydaje się na nią z budżetu państwa nie kilkaset milionów złotych, tak jak ma to miejsce obecnie, lecz kilka miliardów, czyli tak jak pan poseł by chciał. Zatem okradzenie przez rząd jednych podatników z kilkuset milionów po to, by rozdać je innym jest niewystarczające. Trzeba ich ograbić z kilku miliardów. Wtedy będzie dobrze. Ale czy po bożemu? Chyba jednak nie, bo Pan Bóg przecież wyraźnie nakazuje: "Nie kradnij".
Cały problem z prawicowością "prawicy" bierze się stąd, że jest ona nastawiona na rozdawnictwo. Polityka prorodzinna jest, jej zdaniem, tylko wtedy, gdy jeden obywatel musi płacić na dzieci innego obywatela. Nie są oni sobie w stanie wyobrazić, że można radykalnie ograniczyć państwowe wydatki i zmniejszyć podatki tak, by rodziny były w stanie utrzymać się samodzielnie, bez pośrednictwa złodziejskiego, a przez to, niemoralnego państwa, na czele z politykami-złodziejami, którzy rabunek własnych obywateli obrali sobie za naczelną zasadę rządzenia.
Czy nowa partia zakładana właśnie przez p. Marka Jurka będzie w stanie zmienić tę zasadę, czas pokaże. Choć pierwsze jaskółki ćwierkają, że raczej jednak nie.

Paweł Sztąberek

* * *

Prawniczy chaos (16 kwietnia 2007)

Przed Świętami Wielkanocnymi na łamach "Rzeczpospolitej" toczyła się dyskusja na temat wyroku Trybunału w Strasburgu w sprawie p. Alicji Tysiąc. Jednym z głosów w dyskusji był artykuł pt. "Matka Pospieszalskiego nie zostałaby milionerką" Adama Bodnara i Doroty Pudzianowskiej. Autorzy piszą w nim m.in., że "czytanie wyroków Trybunału nie jest łatwe dla nie-prawnika". Po przeczytaniu ich tekstu nie miałem również innych wątpliwości - nie jest łatwo czytać teksty prawników. Przyszło nam bowiem żyć w czasach, gdzie normalny człowiek nie rozumie tego co się wokół niego dzieje, bo wykładnia konstytucji zajmuje Trybunałowi Konstytucyjnemu zazwyczaj od kilku do kilkunastu miesięcy, gdyż wybitni znawcy prawa nie są w stanie na jednym posiedzeniu tego w jednoznaczny sposób rozstrzygnąć. Zrozumienie zwykłej ustawy również graniczy z cudem, czego najlepszym dowodem były perypetie związane z oświadczeniami majątkowymi samorządowców. To samo dotyczy prawa handlowego i gospodarczego - prawo jest tak zagmatwane, że przedstawiając tę samą ustawę różnym ekspertom, każdy inaczej ją interpretuje! A co z zapisami, które w jednej części ustawy na coś zezwalają, a w innym już nie - chaos prawny w jakim żyjemy jest wręcz nieprawdopodobny.
Zapoznałem się z wyrokiem Trybunału w Strasburgu i ze smutkiem muszę stwierdzić to samo - czytanie wyroków Trybunału nie jest łatwe. Nie dziękuję jednak Autorom artykułu za wyjaśnienie tego orzeczenia bo takowego nie otrzymałem. Otrzymałem natomiast mimowolny rozkaz, aby ludzie, którzy nie są prawnikami i nie poruszają się w tym jakże rzadkim języku, nieznanym szarym ludziom, najlepiej nie zabierali głosu w takich sprawach, bo nie mają o tym pojęcia. Jednak tekst p. red. Terlikowskiego napisany kilka dni wcześniej i argumentację w nim zawartą zrozumiałem. Podobnie moralne rozważania p. red. Pospieszalskiego. Może zatem najwyższy czas pomyśleć o tworzeniu takiego prawa, które niemal każdy będzie w stanie zrozumieć bez dodatkowej pomocy Fundacji Helsińskiej, której przy okazji zaoszczędzalibyśmy organizowania specjalnych konferencji w tym celu. I zamiast zajmować się interpretacjami wyroków Fundacja mogłaby np. zorganizować konferencję o prawach dzieci nienarodzonych…
Co ciekawe, w dyskusji nad wyrokiem Trybunału nikt nie zainteresował się szerzej zdaniem odrębnym, które dla zwykłego człowieka jest o wiele jaśniejsze niż całe, długawe orzeczenie. Oto i słowa sędziego Javiera Bornego: "Wszystkie istoty ludzkie rodzą się wolne i równe w godności i prawach. Dzisiaj Trybunał zdecydował, że istota ludzka urodziła się jako rezultat pogwałcenia Europejskiej Konwencji Praw Człowieka. Zgodnie z tym rozumowaniem, istnieje polskie dziecko, mające obecnie sześć lat, którego prawo do bycia urodzonym stoi w sprzeczności z Konwencją. Nigdy bym nie pomyślał, że Konwencja pójdzie tak daleko i sądzę, że jest to przerażające". Trudno się z tą opinią nie zgodzić. Przerażające są jednak również język oraz prawo jakie sobie uzurpują prawnicy do rozstrzygania sporów, które dla człowieka myślącego kategoriami moralnymi są oczywiste.

Paweł Toboła-Pertkiewicz

* * *

Przyszłość Europy według Papieża (2 kwietnia 2007)

"Europa wydaje się podążać drogą, która może ją doprowadzić do pożegnania z historią". "Skoro z okazji 50. rocznicy Traktatów Rzymskich rządy Unii pragną zbliżyć się do swoich obywateli, jak mogłyby wykluczyć zasadniczy element tożsamości europejskiej, jakim jest chrześcijaństwo, z którym szeroka większość z nich się identyfikuje?" - te dwa cytaty nie są komentarzem jakiegoś zagorzałego przeciwnika Unii Europejskiej. To słowa Papieża Benedykta XVI wypowiedziane podczas spotkania COMECE z okazji 50. rocznicy uchwalenia Traktatów Rzymskich. Aż dziw, że takie słowa nie wywołały w polskiej prasie żadnego rezonansu w postaci rozpoczęcia publicznej debaty, ożywionej dyskusji na łamach prasy czy choćby ustosunkowania się do tych słów przez dyżurnych komentatorów życia kościelnego.
Jest to tym bardziej dziwne, że gdy poprzednik Benedykta XVI, Jan Paweł II poparł integrację europejską mówiąc, że Europa powinna oddychać dwoma płucami, powtarzaniu tych słów nie było końca. Przeciwników integracji przekonywano, że skoro papież Polak ją popiera, to musimy spełnić jego wolę i wejść w struktury unijne. Do dziś jeszcze, gdy pojawiają się wątpliwości odnośnie sensu naszej obecności w UE, większość komentatorów podkreśla, że przecież takie było życzenie Jana Pawła II.
Słowa Benedykta XVI na temat przyszłości Europy są jednocześnie i przestrogą i szansą. Przestrogą, gdyż w jednoznaczny sposób pokazują zły kierunek w jakim podąża Wspólnota Europejska. Szansą, gdyż nie ma nic lepszego jak konstruktywna krytyka. Papież zachęca, czy wręcz wzywa europejskich katolików do czynnego udziału w budowie Europy XXI wieku, w której wartości chrześcijańskie będą nie tylko łaskawie uwzględniane, ale również będą dominować. To słowa zachęty dla katolików, aby przestać narzekać na laicyzację Unii, ale rozpocząć odbudowę Starego Kontynentu z Biblią w ręku.
Szkoda tylko, że nasi politycy i publicyści na taki apel papieża, dotychczas nawet nie odpowiedzieli.

Paweł Toboła-Pertkiewicz

* * *

Czy powstanie superpaństwo? (26 marca 2007)

Podczas, gdy dygnitarze państwowi i przeróżni biurokraci świętują w Berlinie 50-lecie Traktatu Rzymskiego, nadymając się "wielkością i mocarstwowością UE", oraz tym jacy to oni sami są wspaniali, papież Benedykt XVI stwierdził, że Europa, zapominając o swoim chrześcijańskim dziedzictwie zapiera się nie tylko Boga ale również samej siebie. "Wspólnota , która tworzy się bez szanowania autentycznej godności istoty ludzkiej, zapominając o tym, że każda osoba jest stworzona na podobieństwo Boga, nie przynosi nikomu dobra" - oznajmił papież.
Słowa papieża dość mocno kontrastują ze świąteczną atmosferą berlińskich obchodów i z jeszcze lepszym samopoczuciem konstruktorów "wspólnego europejskiego domu". Problem polega bowiem na tym, że tam gdzie Benedykt XVI widzi zagrożenia, tam twórcy UE widzą szanse. Jeśli papież mówi, że np. aborcja jest złem, eurokraci oznajmiają, że jest ona prawem człowieka. Gdy papież twierdzi, że homoseksualizm to wynaturzenie człowieka, piewcy Unii odpowiadają, że to styl życia, a każdy, kto uważa inaczej jest faszystą albo zacofańcem, nie rozumiejącym "ducha czasów".
Unia Europejska, która dziś kwestionuje chrześcijaństwo, musi siłą rzeczy zakwestionować również wolność. A to musi, wcześniej czy później, skończyć się jakąś formą totalitaryzmu. Istnieją już wyraźne sygnały wskazujące na to, że sprawy w Europie mogą się potoczyć w niebezpiecznym kierunku. Uchwalenie unijnej konstytucji i stworzenie podwalin pod jedno europejskie superpaństwo byłoby milowym krokiem do zrealizowania marzeń tych, którzy nienawidzą wolności. Ci sami ludzie, przynajmniej w Polsce, którzy próbują kierować naszą uwagę na - jak twierdzą - łamiącą prawa człowieka Rosję i na złego Putina, nie dostrzegają, a raczej nie chcą dostrzec, że pod nosem wyrasta im nowy totalitaryzm. Można się oczywiście śmiać i bagatelizować wiele zakazów i nakazów płynących z Brukseli, jak choćby te ostatnie, dotyczące wymiany żarówek, niemniej czy już one - na pozór mało istotne i błahe - nie zawłaszczają wolności ludzi na rzecz biurokracji? Można mieć - niestety - obawy, iż to zawłaszczanie będzie z czasem nabierało tempa, a niepoważne zakazy zaczną być na serio egzekwowane. Wówczas śmiech się skończy
Na szczęście do szerszego obiegu powoli zaczyna przedostawać się głos tych, którzy te zagrożenia dostrzegają. Niedawne wywiady z Władimirem Bukowskim w "Rzeczpospolitej" i w radiowej "Trójce", gdzie przestrzegał on przed totalitarnymi zapędami Unii, można uznać za światełko w tunelu. Bukowskiemu, w opiniotwórczych polskich mediach, pozwalano, jak dotąd, mówić jedynie o Rosji i o Putinie. Jest więc przełom. Takim przełomem może też być wywiad z Rogerem Scrutonem z sobotniej "Rzeczpospolitej" (24 III 2007). Scruton otwarcie mówi: "Na naszych oczach toczy się spór o to, czy Europa będzie gigantycznym superpaństwem czy kontynentem luźno ze sobą stowarzyszonych państw narodowych. Wydaje się, że właśnie teraz ten spór doszedł do punktu, w którym zostanie ostatecznie rozstrzygnięty. Wierzę, że idea superpaństwa poniesie porażkę. Jest ona bowiem niemożliwa do zrealizowania".
I my też musimy w to wierzyć...

Paweł Sztąberek

* * *

Nowa ubekizacja nadchodzi (19 marca 2007)

W III RP, wszystkie rządy dwoją się i troją, byleby tylko przychylić przedsiębiorcom nieba. A dokładniej mówiąc, raczej by przyspieszyć ich pójście do nieba. A jeszcze dokładniej - by przedsiębiorczość skutecznie ukatrupić, przenosząc ją na tamten, pewnie lepszy świat.
W tyle nie pozostaje również obecny rząd, z premierem Jarosławem Kaczyńskim oraz wicepremierem, ponoć gospodarczą liberałką, p. Zytą Gilowską na czele (myślę, że wpływ p. prezydenta Lecha Kaczyńskiego, z jego dorobkiem naukowym w dziedzinie "prawa pracy" nie jest tu bez znaczenia). Oczywiście chcą oni dla przedsiębiorczości dobrze. Dlatego zapewne, by przedsiębiorcy nie czuli zbytnio, że rząd się nimi nie interesuje, dano urzędom skarbowym możliwość inwigilowania ich (zresztą innych obywateli również), niczym SB inwigilowała za komuny opozycjonistów. Nie wiem czy premier Jarosław Kaczyński, który z jednej strony planuje tzw. deubekizację, zdaje sobie sprawę z tego, iż z drugiej strony, lekką ręką wprowadza nową ubekizację. Jej skutki dla wielu, niekoniecznie nieuczciwych ludzi, mogą okazać się opłakane. Podobnie jak UB i SB decydowała o czyimś być albo nie być, tak teraz w rolę wszechwładnych "smutnych panów" wczują się - chcąc niechcąc - skarbowi urzędnicy. Podobnie jak wówczas wsadzano ludzi do więzień i konfiskowano im mienie za "antypaństwową działalność", tak również teraz będzie się ich puszkować oraz wywłaszczać za to np. że ratując się przed żarłoczną biurokracją przechodzą do "szarej strefy".
Pan premier Kaczyński powiedział niedawno o tzw. "pakiecie Kluski". Nędzę tych słów obnażono bardzo szybko, gdy okazało się, że żaden pakiet nie istnieje, a w każdym razie, że rząd jeszcze nie zajął się jego opracowywaniem. Gdy tydzień temu spytano premiera na konferencji prasowej, jak to w końcu będzie z tymi ułatwieniami dla przedsiębiorczości premier odpowiedział (cytuję z pamięci): "Przedsiębiorcy muszą sobie najpierw odpowiedzieć na pytanie, czy chcą by Polska była w Unii Europejskiej. Bo jeśli chcą, to muszą się liczyć z aktami prawnymi, które pochodzą z Brukseli, a które my musimy przyjąć w ramach naszych zobowiązań. Tych aktów jest już bardzo dużo (tu premier pokazał obrazowo ręką, iż jest ich tyle, że sięgają one mniej więcej od podłogi aż do blatu stołu, za którym siedział - przyp. P.Sz.) i one nie zawsze zmierzają do ułatwienia przedsiębiorcom życia ".
Właściwie czy coś jeszcze trzeba dodawać? No, może tylko jedno... Otóż podczas tej samej konferencji premier Kaczyński nawiązując do kwestii socjalizmu stwierdził, że "socjalizm to był ustrój hołoty, dla hołoty...". Choć uważam, że były to jedne z sensowniejszych słów premiera wypowiedzianych przez niego w ostatnim czasie, to jednak do końca nie jestem pewien, czy premier zdawał sobie tak naprawdę sprawę z tego, co powiedział...

Paweł Sztąberek

* * *

W obronie życia (12 marca 2007)

Od jakiegoś czasu za sprawą próby wpisania do konstytucji ochrony życia dla nienarodzonych dzieci rozgorzała dyskusja na temat aborcji. Jak w przypadku każdej debaty pojawiają się różne głosy - są obrońcy życia, ale także ci, którzy negują takie prawo.
Z sondażu zleconego przez Stowarzyszenie Kultury Chrześcijańskiej im. Piotra Skargi ( www.piotrskarga.pl) wynika, że zdecydowana większość, gdyż niemal 2/3 Polaków, uważa aborcję za zabójstwo. Znaczna większość pragnie również zapisania proponowanych zmian w konstytucji. Z kolei posłowie, w tym również ci którzy uważają siebie za katolików, jak np. senator Jarosław Gowin, deklarują że nie tylko nie popierają zmian, ale będą namawiać swoich partyjnych kolegów do głosowania przeciw! Senator Gowin uważa bowiem, że obecne zapisy chroniące życie są wystarczające i dla "dobra sprawy nie należy ich ruszać". Na myśl przychodzi mi jednak trafne spostrzeżenie prezydenta Ronalda Reagana, który powiedział kiedyś, że dziwnym trafem zwolennikami aborcji są zawsze ci, którym już ona nie grozi. Coś w tym jest, również jeśli chodzi o odniesienie do Polski. Być przeciwnikiem zaostrzenia ochrony życia w czasach, gdy w większości krajów Europy dokonuje się idącej co roku w miliony aborcji, jest zdumiewające. Nie dalej jak miesiąc temu socjalistyczny rząd Portugalii wbrew społeczeństwu dokonał zmian w ustawie dopuszczając aborcję "ze względów społecznych". Stało się tak między innymi dlatego, że Portugalia nie miała zapisu konstytucyjnego chroniącego życie. Jeśli w Polsce nie zagwarantuje się prawa do życia konstytucyjnie, wkrótce możemy pójść w ślady Portugalii.
Dlaczego jednak w serwisie, który poświęcony jest zagadnieniom gospodarczym pojawia się tekst dotyczący ochrony życia - można się zastanawiać. Wydaje mi się, że dlatego, iż ta kwestia jest fundamentalna również dla rozwoju gospodarczego każdego narodu. Czy można oczekiwać, że będą panować sprawiedliwe prawa odnośnie gospodarki, jeśli ustawodawstwo nie chroni istot najmniejszych i bezbronnych? Tu nie chodzi nawet o fakt, że w przypadku Polski, która jak się okazuje ma najniższy wskaźnik dzietności spośród państw Wspólnot Europejskich, prawo do życia jest ważne również ze względów ekonomicznych.
Fundamentalną sprawą jest tutaj kwestia moralności. W społeczeństwie, które nie przestrzega podstawowych zasad moralnych, a więc i prawa do życia, cóż dopiero oczekiwać poszanowania własności prywatnej, czy sprawiedliwych ustaw. Jeśli jesteśmy obojętni w tak zasadniczej kwestii moralnej, nie dziwmy się potem, że i prawa gospodarcze są naganne pod względem moralnym. Wielki myśliciel konserwatywny, Irlandczyk Edmund Burke powiedział, że "aby zwyciężyło zło, wystarczy obojętność ludzi dobrych". Ta maksyma odnosi się jak najbardziej do Polski i Polaków. Narzekamy powszechnie na panujące prawa, na relatywizm moralny, na niesprawiedliwość, ale czy czynimy cokolwiek ponad narzekania?
W tak ważnej sprawie jak ochrona życia nie warto pozostawać obojętnym. Na internetowej stronie www.nienarodzeni.org.pl można podpisać się pod listem do Marszałka Sejmu RP popierającym zmiany w konstytucji. Jest to oczywiście mały gest i mały krok, ale niezbędny, na drodze do budowy sprawiedliwego i moralnego prawa w Polsce.

Paweł Toboła-Pertkiewicz

* * *

Dobra "klasa robotnicza" i źli kapitaliści (5 marca 2007)

Prezydent Lech Kaczyński podczas niedawnego spotkania ze związkowcami z "Solidarności", nie mógł powstrzymać się od zachwytów nad mocnym uzwiązkowieniem irlandzkiego społeczeństwa. Kilka tygodni temu nasza Głowa Państwa odwiedziła Irlandię, stąd zapewne ta refleksja... Lech Kaczyński ubolewał, że w Polsce ogół związkowców stanowi niewielki margines spośród osób pracujących, w przeciwieństwie do Irlandii, gdzie w tym kilkumilionowym narodzie członkowie związków zawodowych stanowią aż 600 tysięczną armię. Chyba tylko dlatego, by pójść ukochanej przez prezydenta Kaczyńskiego "Solidarności" na rękę, wymyślił on projekt ustawy ograniczającej możliwości tzw. samozatrudniania. Jednym słowem z powodu prezydenckiego pociągnięcia wiele prywatnych firm - choćby i jednoosobowych - w mig przestanie istnieć. Jeśli jednoosobowe firmy znów przerodzą się w bezkształtną masę tzw. siły roboczej, związki zawodowe uzyskają być może szanse na pozyskanie nowego narybku. Łatwiej manipulować niezadowoleniem masy, aniżeli poszczególnych jednostek.
Prezydent Kaczyński wiele miejsca w swoim wystąpieniu przed związkowcami z "Solidarności" poświęcił ochronie praw pracowniczych (chwaląc się przy tym, że jest specjalistą "Prawa Pracy", zatem wie o czym mówi). Nie zdarzyło mi się natomiast jeszcze nigdy usłyszeć z ust pana prezydenta (nie tylko zresztą z jego ust), by kiedykolwiek zająknął się na temat "praw przedsiębiorców". Żyjemy w świecie, w którym nawet zwierzęta mają swoje prawa, więc dlaczego nie mieliby ich mieć również przedsiębiorcy? Nie chodzi mi tu o żadne przywileje, bo te zawsze nadawane są czyimś kosztem. Prawa przedsiębiorców rozumiałbym raczej jako zmianę nastawienia decydentów do tego, czym przedsiębiorcy się zajmują. Bo dziś, tych, którzy zajmują się własnym biznesem, dając jednocześnie zatrudnienie wielu ludziom i przyczyniają się do powstawania bogactwa, nadal traktuje się jak zło konieczne, jak krowy dojne, które mają tylko płacić podatki i poza tym siedzieć cicho.
W normalnym kraju, zarówno pracodawcy jak i pracobiorcy nie powinni mieć żadnych szczególnych praw, poza sprawiedliwym prawem obowiązującym wszystkich bez wyjątku. Wówczas żadne kodeksy pracy, żadne prawa pracownicze, żadne przywileje i ulgi dla przedsiębiorców nie miałyby racji bytu, natomiast naukowe dzieła pana prezydenta Kaczyńskiego na temat "prawa pracy" można by wyrzucić do kosza albo wsadzić do "muzeum barbarzyństwa", w którym np. jedna sala poświęcona by była socjalizmowi.
III-IV Rzeczpospolita nie jest jednak państwem normalnym. Dla prezydenta Kaczyńskiego jest to nadal państwo permanentnej walki dobrej "klasy robotniczej" ze złymi kapitalistami. By ta walka trwała trzeba zniszczyć tysiące prywatnych firm (choćby i jednoosobowych). Prywatny przedsiębiorca wie bowiem dobrze, ile z zarobionych pieniędzy musi oddać rządowi w postaci przymusowego ZUS-u czy podatków. Natomiast przedstawiciel "klasy robotniczej" wie jedynie, ile dostaje "na rękę". Dlatego im więcej "klasy robotniczej" tym więcej bezrozumnej masy, którą cwani związkowcy, wsparci przez uległych wobec nich polityków, mogą do woli manipulować.

Paweł Sztąberek

* * *

Polska tygrysem gospodarczym? (26 luty 2007)

"Dziennik" z 21 lutego br. na pierwszej stronie gazety zamieścił znamienny tytuł: "Polska - gospodarczy tygrys Europy". W krótkim tekście wprowadzającym czytamy m.in., że "przy obecnym tempie rozwoju wkrótce prześcigniemy Irlandię". Swojego głosu użyczył "Dziennikowi" również laureat nagrody Nobla w 2000 roku, Joseph Stiglitz, który mówi, że "wśród gospodarek dokonujących przejścia od systemu nakazowo-rozdzielczego do wolnego rynku bezapelacyjnie jesteście jednym z liderów". Czytając tylko "Dziennik" rzeczywiście można nabrać przekonania, że jesteśmy najlepsi, że w Polsce panuje dobrobyt itd. Skoro jest tak dobrze, to dlaczego jest jednak tak źle, wypada zapytać. W ciągu 2 ostatnich lat milion młodych ludzi w poszukiwaniu ... (no właściwie czego, skoro u nas jest tak dobrze) ... opuściło naszą ojczyznę, głównie zresztą w kierunku Irlandii. Skoro mamy doganiać, a nawet prześcignąć zaraz Irlandię warto zastanowić się, czy potomkowie Celtów również tak chętnie przyjeżdżają do kraju nad Wisłę?
Aby jednak przekonać się czy porównywanie nas z Irlandią ma sens, przedstawmy trochę danych:
Podczas gdy my mamy dziurę budżetową 2,5 proc. PKB, Irlandia ma nadwyżkę budżetową. W Irlandii bezrobocia nie tylko nie ma, ale brakuje rąk do pracy; w Polsce wynosi...
PKB Irlandii w ciągu ostatnich 15 lat wzrósł blisko dwukrotnie, w Polsce... Na Zielonej Wyspie zarejestrowanie firmy trwa jeden dzień, w Polsce...
Wyspa Celtów ma podatek dochodowy od przedsiębiorstw na poziomie 12,5 proc., Polska…
Zadłużenie Irlandii względem przyszłych pokoleń jest niemal zerowe podczas gdy zadłużenie Polski dochodzi już do 55 proc. PKB...
Irlandia w prestiżowym rankingu Heritage Foundation na najbardziej wolne gospodarki zajmuje od 10-lecia miejsca w pierwszej piątce, a Polska...
PKB per capita Irlandii wynosi 40 tys. USD stawiając ją na 4. miejscu na świecie, PKB per capita Polski wynosi niecałe 13 tys. USD i daje nam to 51. miejsce. Wystarczy już chyba tych porównań.
Wypada jeszcze odnieść się do słów noblisty, który tak zachwala naszą transformację. I również można to porównać z krajem, który jeszcze kilkanaście lat temu znajdował się w podobnym miejscu jak Polska. Nie mam nawet na myśli Estonii, ale spójrzmy na Macedonię. W prasie na całym świecie, w tym również w polskiej, rząd wykupuje reklamy z informacją mającą zachęcić do inwestowania w tym kraju. Kilka informacji jest znamiennych: podatek od przyszłego roku będzie wynosił 10 proc., a przy reinwestowanym zysku 0 proc. Rejestracja firmy trwa 3 dni, zaś dla nowych pracowników przewidziane są ulgi w składkach.
Skoro nawet Macedonia może takich reform dokonać, to czy wypada ogłaszać wszem i wobec Polskę "drugą Irlandią" i "liderem wolnorynkowych przemian"?

Paweł Toboła-Pertkiewicz

* * *

Etatyści a "Wolny wybór" (19 luty 2007)

Telewizja państwowa rozpoczęła właśnie emisję serialu edukacyjnego przygotowanego przed kilkunastoma laty przez zmarłego niedawno prof. Miltona Friedmana pt. "Wolny wybór". Po obejrzeniu pierwszego odcinka dochodzę do wniosku, że jest to film ... obrazoburczy. Tzn. obrazoburczy w tym znaczeniu, że zaburza obraz świata reprezentowany przez zdecydowaną większość polskich elit politycznych.
Obawiam się, że przeciętny polityk PiS-u, SLD czy PO (choć nieprzeciętny pewnie też), gdy patrzy na wywody prof. Friedmana może przeżyć szok. No bo jak to tak, państwo ma się nie angażować w gospodarkę? Państwo nie powinno ustanawiać płacy minimalnej? Państwo nie powinno tworzyć kodeksu pracy, tylko pozwolić ludziom zawierać dobrowolne umowy, takie, jakie im najlepiej odpowiadają? No i jeszcze do tego ta obrazoburcza teza, że niskie podatki lepiej służą gospodarce, a zatem są korzystniejsze dla ludzi...
Film ten, dla etatystów ze wszystkich partii establishmentu (o ile go oczywiście oglądają) musi być ciężkim przeżyciem. Skoro np. prezydent Lech Kaczyński jest specjalistą od prawa pracy to jak zatem miałoby prawa pracy nie być?
Naszym politykom przyświecają zgoła inne wizje - im więcej państwa w gospodarce, tym lepiej. Dla kogo lepiej to już raczej tłumaczyć nie trzeba... Co prawda premier Jarosław Kaczyński zapowiedział w minionym tygodniu, że "PiS nie jest przeciwko prywatyzacji, ale...". No właśnie, zawsze jest jakieś "ale", którym rządzący usiłują usprawiedliwiać konieczność konserwowania etatyzmu. Premier zapowiedział też, że w najbliższym czasie wprowadzony zostanie w życie program "odbiurokratyzowywania gospodarki" zwany "pakietem Romana Kluski". Jak się jednak okazuje, na razie nie istnieją nawet założenia, co w owym pakiecie miałoby się znaleźć i - znając życie - pakiet ten nigdy nie powstanie. Kilka lat temu był już jeden polityk, który powołał nawet urząd do "odbiurokratyzowania gospodarki". A ponieważ był to polityk, wówczas Unii Wolności, profesor ekonomii, ubóstwiany przez główne media, to żaden dociekliwy dziennikarz nawet nie próbował go nigdy potem zapytać, jak mu to "odbiurokratyzowywanie" poszło. Po co zresztą pytać - życie samo pokazuje, że raczej kiepsko...
Za premierem Kaczyńskim media nie przepadają, więc za rok ktoś go pewnie spyta, co z "pakietem Kluski". Na te kłopotliwe pytania dużo łatwiej byłoby mu odpowiadać, gdyby zechciał nie tylko obejrzeć "Wolny wybór", ale jeszcze na poważnie się nim przejąć. Wówczas zrozumiałby (nie tylko zresztą on), że odbiurokratyzowywanie gospodarki kłóci się z budową "solidarnego państwa" (przynajmniej w tym znaczeniu w jakim rozumieją je politycy rządzącej koalicji). A gdyby premier to zrozumiał wówczas być może pojawiłaby się szansa, by, zamiast "solidarnego", zacząć wreszcie budować państwo normalne.

Paweł Sztąberek

* * *

Albo "państwo prawa" albo Chiny! (12 luty 2007)

O tym, że jesteśmy państwem prawa powszechnie wiadomo. I choć p. Stanisław Michalkiewicz próbował niedawno zasiać w tej kwestii wątpliwość pytając: "cóż to za państwo prawa skoro nie wiadomo, czy p. HGW jest prezydentem Warszawy czy nie jest?", to pytanie to należy traktować w kategoriach - powiedziałbym - wybryku niepokornego publicysty. Bo państwem prawa jesteśmy i basta!
O tym, że tak właśnie jest świadczy niedawna wypowiedź premiera Jarosława Kaczyńskiego (wygłoszona podczas którejś z organizowanych ostatnio dość masowo konferencji prasowych) w sprawie tempa budowy autostrad w Polsce. Otóż p. Kaczyński oznajmił, że przyczyną, która leży u źródeł tak wolnego tempa budowy u nas autostrad jest to, że "jesteśmy państwem prawa a nie Chinami". "W Chinach" - kontynuował premier (cytuję z pamięci) - "autostrady buduje się szybko, bo Chiny nie są państwem prawa i nie mają tak skomplikowanych przepisów. W Polsce trzeba przejść przez ponad 30 barier biurokratycznych, by zacząć budowę autostrady, a tam nie. Dlatego musimy zdecydować - czy mamy być państwem prawa czy Chinami?". Na koniec premier dodał jeszcze - jakby od niechcenia - że gdybyśmy nawet chcieli budować trochę szybciej to i tak "Unia Europejska nam na to nie pozwoli". Ostatnia kwestia to chyba jakieś przejęzyczenie premiera, bo przecież tak jak powszechnie wiadomo, że jesteśmy państwem prawa, tak też powszechnie wiadomo, że jesteśmy państwem suwerennym. Zostawmy więc te kwestię na boku, a przejdźmy do "państwa prawa"...
Wracając do pytania premiera to oczywiste jest, że każdy poprawnie myślący i posiadający instynkt samozachowawczy, człowiek musi oświadczyć, że chcemy być "państwem prawa" a nie Chinami. To proste jak drut! Przy okazji wiadomo teraz, że wysokie i skomplikowane podatki, bariery biurokratyczne dla przedsiębiorczości, system koncesji ograniczający wolność gospodarczą, przymus ubezpieczeń społecznych itp. dobrodziejstwa rządu dla obywateli to cena za to, żebyśmy mogli szczycić się mianem "państwa prawa". Dziękujemy Ci, Panie Premierze, za to, że jedna Twoja wypowiedź pozwoliła nam zrozumieć wszystko to, co do tej pory roztrząsaliśmy na dziesiątkach ton papieru, nie mogąc pojąć dlaczego jest tak jak jest... Szczerze dziękujemy.
A jeśliby ktoś chciał, mimo wszystko, bardziej zbliżać się do Chin niż do państwa prawa to musi zdawać sobie sprawę z tego, że marny jego los. Przekonała się o tym niedawno młodzieżówka PiS-u z Torunia, która zorganizowała na tamtejszym dworcu kolejowym konferencję prasową, podczas której opowiedziała się przeciwko dalszym zniżkom na bilety kolejowe dla studentów. "Jeśli ktoś ma przywileje, wówczas inni muszą za nie płacić. Zniżki na bilety dla nielicznych oznaczają wyższe podatki dla wszystkich" - tłumaczono podczas konferencji. Na reakcję apologetów "państwa prawa" nie trzeba było długo czekać. Kilka dni potem młodzieżówka PiS-u w Toruniu została rozwiązana, gdyż uznano, że jej postulat biletowy jest niezgodny z programem partii "solidarne państwo". Wiadomo zaś powszechnie, że tylko "solidarne państwo" może być "państwem prawa". Wszystko zaś, co inne, od złego pochodzi, czyli - jak również powszechnie wiadomo - z Chin...

Paweł Sztąberek

* * *

Własny teatr, ale za czyje pieniądze? (5 luty 2007)

Z dużym zainteresowaniem przeczytałem artykuł z piątkowego wydania "Rzeczpospolitej", nr 28 (7525) pt. "Trudne marzenie o własnym teatrze" autorstwa p. Katarzyny Czarneckiej. Tym bardziej, że pierwsze zdanie brzmi niezwykle zachęcająco: "Na koncepcje utworzenia własnych scen wpadli kilkanaście lat temu, tuż po 1989 roku. Wtedy pomysł samodzielności artystycznej stał się bardziej realny".
Pomyślałem, że z polską kulturą przez duże "K" nie jest jeszcze tak źle, skoro aktorzy zakładają własne sceny, czyli prywatne teatry. Słysząc o tym jak pozyskują pieniądze dla swoich przedsięwzięć polscy filmowcy, wydawało mi się, że w artykule przeczytam godną pochwały inicjatywę. "I dla Kamińskiego, i dla Jandy, istotne było stworzenie teatru w którym będą mogli swobodnie wypowiedzieć się artystycznie".
Moje nadzieje rozwiały się po przeczytaniu kolejnych akapitów, gdzie czytamy m.in. że fundacja pani Jandy dostała 1,85 miliona złotych dotacji z Ministerstwa Kultury, a fundacja pana Kamińskiego wystąpiła o dotację unijną w ramach Zintegrowanego Programu Operacyjnego Rozwoju Regionalnego. Fundacja ta dostała 5 milionów złotych dotacji, a 25 proc. kapitału własnego, który powinien był włożyć aktor, otrzymała z dotacji dzielnicy śródmieście. Co prawda zarówno Krystyna Janda, jak i Emilian Kamiński inwestują w swoje prywatne i ostatecznie skierowane na zyskowność przedsięwzięcia również własne pieniądze to większość stanowią pieniądze podatników.
Dochodzimy tu do meritum. Z jakiego powodu wszyscy podatnicy mają się składać na inwestycje w prywatne przedsięwzięcia poszczególnych aktorów? Dlaczego zwykli zjadacze chleba muszą ryzykować często własnym majątkiem i dorobkiem całego życia, a ludzie kultury mogą żyć na garnuszku reszty obywateli, tylko dlatego, że chcą w ten sposób zaspokajać własne ambicje? Dlaczego wreszcie chcąc tworzyć niezależne sceny uzależniają się od państwowych pieniędzy pisząc podania o zapomogi, które są pozytywnie rozpatrywane?
Prywatna przedsiębiorczość polega na tym, że ktoś ma jakiś pomysł, który chce zrealizować licząc, że uda mu się na tym zarobić. Wykłada w tym celu jakieś większe lub mniejsze środki własne lub bierze kredyt w banku. Wkłada w swój pomysł pracę i, albo biznes przynosi spodziewane rezultaty, albo nie. Jeśli tak to przedsiębiorca się cieszy i myśli nad rozbudową interesu, jeśli nie - musi się z tym pogodzić i zacząć myśleć o nowym zajęciu. Swoim ewentualnym niepowodzeniem nie obarcza jednak innych ludzi.
Polscy artyści postępują tylko w połowie jak przedsiębiorcy; z jednej strony chcą posiadać własne sceny, czyli chcą stać się prawdziwymi przedsiębiorcami, ale z drugiej strony nie do końca, bo chcą aby ich pomysły były finansowane z publicznych pieniędzy. Nie ponoszą zatem niemal żadnego ryzyka, jak coś się nie uda to znana postać polskiego aktorstwa pójdzie do ministerstwa i pod pretekstem potrzeby polskiej kultury, dostanie dotację, zapomogę czy inny grant.
W lidzie wspomnianego artykułu czytamy, że oboje aktorzy postawili wszystko na jedną kartę, aby spełnić swoje marzenie. Nie przeczę, że należy dbać o kulturę i nie deprecjonuję tego, że aktorzy mieli dobre chęci wniesienia w dorobek kultury czegoś nowego. Jeśli jednak aktorzy chcą zarówno być przedsiębiorcami, jak i artystami to muszą ponosić takie samo ryzyko jak przedsiębiorca zakładający pub, czy budkę z zapiekankami.
Największe na świecie teatry nie powstawały za państwowe pieniądze, lecz z dobroczynności kapitalistów, którzy mając nadmiar wolnych środków przeznaczali je na jakiś zbożny cel, w tym wypadku sceny teatralne. Powstawały też prywatne teatry działające na normalnych wolnorynkowych zasadach i jakoś udało im się przetrwać do dziś. Dlaczego polscy aktorzy z góry zakładają, że im się nie uda i od razu sięgają po pieniądze podatnika? Czy nie wierzą w swoje umiejętności i to, że swoją grą są w stanie sami na siebie zarobić?

Paweł Toboła-Pertkiewicz

* * *

Dura lex, sed lex (29 stycznia 2007)

Dura lex, sed lex - powiada łacińska maksyma co oznacza: twarde prawo, ale prawo. Stara zasada odnosi się również oczywiście do ostatnich wydarzeń z Warszawy i kilkunastu innych polskich gmin, gdzie niektórzy wybrani z woli wyborców radni nie złożyli na czas swoich lub współmałżonka oświadczeń majątkowych. Dopóki sprawa dotyczyła gmin, że tak powiem, o charakterze małostrategicznym, posłowie i liderzy partyjni nie mieli w tej sprawie specjalnie nic do powiedzenia. Nie złożyli, trudno - ich problem.
Ale gdy w sprawę okazała się być zamieszana prezydent Warszawy, Hanna Gronkiewicz-Waltz, ci sami politycy podnieśli larum, że "kara jest niewspółmierna do winy", że "należy jak najszybciej wprowadzić abolicję", że "takie prawo to nie prawo". Z uwagi na fakt, że głosiły to osoby, które to prawo uchwaliły, takie deklaracje brzmią dziwnie. Cóż zatem zrobić?
Moim skromnym zdaniem sprawa oświadczeń majątkowych ma podwójne dno. Obnaża bowiem nie tylko dążność do naginania prawa dla własnych potrzeb przez polityków (ciekawe czy Urzędy Skarbowe wobec zwykłych obywateli, którzy spóźnili się o 10 godzin ze złożeniem deklaracji, również byłyby tak wyrozumiałe), ale przede wszystkim ukazuje jak fatalne i niejasne prawo obowiązuje w Polsce. W tej jednej sytuacji widzimy bowiem, że inne terminy złożenia deklaracji majątkowych mają radni i prezydenci, inaczej czas 30 dni liczony jest dla radnego, inaczej dla współmałżonka. To wszystko powoduje, że nawet teraz prawnicy nie umieją na podstawie obowiązującego prawa stwierdzić, czy mandat rzeczywiście wygasł, czy nie. Takie prawo, którego nie rozumieją nawet prawnicy, bo potrzebują kilkunastu dni na dokonanie jego wykładni, powoduje, że zwykli obywatele już całkiem mogą się w tym bałaganie pogubić.
Prawo powinno być tworzone w ten sposób, aby było jasne i zrozumiałe dla osoby umiejącej posługiwać się umiejętnością czytania. Dopóki takiego prawa nie będzie, takie sytuacje będą się zdarzać nagminnie. I im częściej będą uderzać w polityków, tym lepiej. Może wreszcie przejrzą na oczy i zaczną się interesować co jest napisane w ustawach, którymi nas raczą niemal codziennie.

Paweł Toboła-Pertkiewicz

* * *

Koniec "Trzeciej drogi" (22 stycznia 2007)

Z okazji 15. rocznicy ukazania się encykliki papieża Jana Pawła II Centesimus Annus, Watykan opublikował zbiór tekstów pt. "The Family In New Economy". Wśród opublikowanych tam tekstów znalazł się jeden, który - wydaje mi się - zasługuje na szczególną uwagę Czytelników Strony Prokapitalistycznej. Jennifer Roback Morse zamieściła tam tekst pt. "Katolicka myśl na temat ekonomii i rodziny - alternatywa wobec współczesnego państwa dobrobytu".
Ponadto w serii ukazały się teksty m.in. kard. Alfonso Lopeza Trujillo oraz Manfreda Spiekera, jednego z najważniejszych niemieckich znawców katolickiej nauki społecznej.
Pani Roback Morse pisze m.in., że nadszedł czas, aby zarówno ludzie, jak i Kościół zrozumieli, że nie tylko komunizm okazał się porażką, ale również zachodni model państwa opiekuńczego. Mimo, że pewne aspekty podejmowanych tam rozwiązań mają inspirację w katolickiej nauce społecznej, to jednak większość bazuje na socjalizmie i wypacza nie tylko te społeczeństwa, ale również samą naukę Kościoła. Zdaniem p. Roback Morse zachodnia Europa rozpaczliwie potrzebuje prawdziwie katolickiej alternatywy.
Z pewnością cieszy, że do tak wysokich kręgów nareszcie dociera świadomość, iż mieszanina komunizmu i religii katolickiej, czyli sławetna trzecia droga, przynosi więcej zła niż dobra. Zresztą p. Roback Morse w konkluzji artykułu pisze, że "rozwiązaniem problemu nie jest ani socjalizm, ani korporacjonistyczny kapitalizm, ani w szczególności komunizm. "Celem powinna być promocja społeczeństwa wolnych ludzi, z wolną przedsiębiorczością i zdolnych do współpracy". I dodaje, że takie społeczeństwo jest największym gwarantem ochrony wartości rodzinnych. "Prawdziwe rodziny są kolebką każdej cywilizacji, ponieważ to one kształtują i przekazują kolejnym pokoleniom najważniejsze wartości. Rodzina pod tym względem jest o wiele ważniejsza niż jakakolwiek cywilizacja miłości".
Dlatego trzecia droga okazuje się zabójcza nie tylko dla gospodarek, ale przede wszystkim dla tradycyjnych wartości. Pozornie wolny rynek (część "trzeciej drogi") połączony z degrengoladą moralną (współczesna myśl lewicowa) powoduje, że wychodzi z tego twór, który niszczy, a nie utrwala tradycyjne wartości. Bardzo dobrze, że myśliciele katoliccy zbliżeni do kręgów watykańskich zdają się to nareszcie rozumieć.
Byłoby ze wszech miar wskazane, aby tak jak Jan Paweł II rozprawił się z teologią wyzwolenia, czyli marksizmem wewnątrz Kościoła, tak JŚw Benedykt XVI wniósł ogromny wkład w zniszczenie mitu o "trzeciej drodze" jako najlepszym rozwiązaniu po upadku komunizmu w Europie Wschodniej.

Paweł Toboła-Pertkiewicz

* * *

Szczyt bezczelności (15 stycznia 2007)

Niezależnie od tego czy rządzi lewica czy tzw. prawica jeden temat zawsze pozostaje tabu - prywatyzacja państwych mediów, tj. radia i telewizji. Media te uchodzą niemalże za świętość nietykalną, a jeśli ktoś od czasu do czasu ośmieli się choćby tylko szepnąć o możliwości ich sprywatyzowania zaraz otacza go aura ostracyzmu i łatka - w najlepszym razie - szaleńca.
Państwowe media, podobnie jak wszystkie inne firmy pozostające w rękach rządu, to przedłużenie pola walki dla polityków. Parlament już im nie wystarcza, samorządy też... W tysiącach urzędów centralnych czy gminnych jest coraz ciaśniej. A ogony partyjne coraz dłuższe, coraz więcej gęb do wyżywienia. O ile jeszcze kilka lat temu mówiło się cokolwiek o prywatyzacji państwowych firm (z wyjątkiem mediów oczywiście) to teraz zrzucono na ten temat totalną zasłonę milczenia. Pod rządami socjalistów pobożnych żadnej zmiany raczej nie będzie...
Ale wróćmy do mediów... Otóż niedawno przyczytałem informację, że państwowa telewizja przygotowuje nową kampanię mającą skłonić tych, co posiadają telewizory i radia, do płacenia haraczu zwanego abonamentem. Dyskusja, jak zmusić ludzi do dzielenia się swoimi pieniędzmi z ferajną z ul. Woronicza, toczy się w III RP od lat. Jak dotąd nie przyniosła ona rezultatów, które zadowoliłyby telewizyjno-radiową biurokrację. Wymyślono więc nowy sposób - odwołać się do sumień posiadaczy odbiorników. Głównym hasłem kampanii, która prezentowana ma być m.in. w mediach o. Rydzyka, jest 7 Przykazanie "Nie kradnij". Niestety, hasło to użyte ma tu być jednak nie w kontekście jego znaczenia jako podstawowego imperatywu gospodarczego, czy edukowania ludzi w kwestii ochrony własności prywatnej, lecz jako wezwanie do tego, by nie okradać państwa. Proste - jeśli nie płacisz radiowo-telewizyjnego abonamentu jesteś złodziejem!
I tak oto niemoralne państwo, które okrada Polaków z olbrzymiej części dochodów, ma jeszcze czelność nazywać ich złodziejami tylko dlatego, że próbują ratować ze swojej własności co się da. A wykorzystywanie do tej niecnej kampanii 7 Przykazania to już szczyt bezczelności.

Paweł Sztąberek

* * *

System psucia ludzi (8 stycznia 2007)

Nie umilkły jeszcze echa po zamordowaniu 7-letniej dziewczynki w Wałbrzychu, a media już doniosły o kolejnym drastycznym przypadku. Tym razem w Łowiczu zatrzymano kobietę, która omal nie zakatowała własnego dziecka.
Podobne sytuacje - wcale nierzadkie - zawsze wywołują dyskusje w mediach. Podstawowe pytanie jakie media narzucają swoim rozmówcom brzmi: kto jest za to odpowiedzialny? Najczęściej interlokutorzy dwoją się i troją, by wykazać winę poszczególnych instytucji państwowych powołanych do "opieki nad rodziną", zapominając często o bezpośrednich sprawcach.
Ale mniejsza z tym... Nawet jeśli szczekający w telewizorze "eksperci" znajdą wreszcie winnego kuratora, pracownika socjalnego czy lekarza, wnioski jakie ze swego "śledztwa" wyciągają są zazwyczaj błędne. A sprowadzają się one mniej więcej do twierdzenia, że należy zwiększać opiekę socjalną nad rodziną, że trzeba reformować "służby społeczne" tak, by wszystko wiedziały o rodzinie. To, zdaniem "ekspertów", ma spowodować, że do przypadków takich jak w Wałbrzychu czy w Łowiczu nie będzie więcej dochodzić.
Po pierwsze - nigdy żaden pracownik "służb społecznych" nie będzie wiedział wszystkiego o rodzinie. Ludzie są - co jest banałem, który niestety trzeba tu powtórzyć - nieprzewidywalni w 100 procentach. O rodzinie można wiedzieć wiele, ale nigdy "wszystko". I z tego też powodu trudno pracownikowi "służb" przewidzieć, co i kiedy strzeli komu do łba. Żeby wiedzieć o rodzinie wszystko należałoby ją ulokować w zakładzie zamkniętym, pełnym kamer i personelu zabezpieczającego. Czy wszelkiej maści totalniakom chodzi właśnie o taką "opiekę nad rodziną"?
Po drugie - do podobnych sytuacji nadal - niestety - będzie dochodzić. A to m.in. dlatego, że państwo nadmiernie "opiekuje się rodziną". Dla totalniackich inżynierów społecznych, którzy aż zapluwają się od swoich mądrości, pogląd ten jest zapewne nie do przyjęcia (mniejsza już z tym z jakich przyczyn). Ale taka jest prawda... Przypadki znęcania się, oraz zabójstw dzieci mają najczęściej miejsce w rodzinach patologicznych. To właśnie przeważnie te rodziny dopieszczane są od lat przez "opiekę państwa". A im ta opieka większa, tym mniejsze poczucie odpowiedzialności matek i ojców za swój los i za los swoich dzieci. Skoro państwo opiekuje się cudzymi dziećmi, to i państwo odpowiada za to, co się z tymi dziećmi dzieje. Rodzice już nie muszą. Ot i taka paranoja naszych czasów... Państwo najpierw hoduje i dopieszcza patologię jak tylko się da, a potem zastanawia się dlaczego jest tak źle, skoro miało być tak dobrze.
Nadzieja na zmianę tkwi nie w reformie systemu "opieki państwa nad rodziną", ale w całkowitym zlikwidowaniu tej "opieki". W niszę, jaką pozostawi po sobie państwo wskoczą organizacje prywatne, w tym kościelne. Dziś jest często tak, że np. ksiądz, gdy widzi w swoim otoczeniu biedę i zło, bierze za telefon i dzwoni do państwowej opieki społecznej z pretensjami, że za słabo się "opiekuje". Sąsiad słysząc, że za ścianą ktoś znęca się nad dzieckiem, nie wezwie policji, lecz dzwoni do państwowej opieki społecznej, że coś powinna z tym zrobić. Ten system jest chory, lecz tej choroby nie da się wyleczyć nawet najbardziej postępowymi środkami. Trzeba sobie po prostu uświadomić, że nie da się go zreformować. Ten system trzeba unicestwić. Bo jest to system kompletnego psucia ludzi. A to jest nawet gorsze niż marnotrawienie pieniędzy podatników...

Paweł Sztąberek

* * *

Zasadnicza różnica (18 grudnia 2006)

W czytanej na mszach w tę niedzielę Ewangelii zawarte jest przesłanie skierowane przez Jana Chrzciciela do zebranych: "Jeśli ktoś posiada dwie suknie niechaj jedną da temu, który nie posiada żadnej".
Jak mogłoby brzmieć to ewangeliczne wezwanie przetworzone przez współczesnego wyznawcę "państwa opiekuńczego"? Mniej więcej tak: "Są w społeczeństwie tacy, którzy mają wielkie bogactwo. Dorobili się go nie zawsze uczciwie i często kosztem wyzysku klasy robotniczej. Nie może być tak, że jedni opływają w bogactwo i dostatek a inni nie są w stanie związać końca z końcem. Bogacze twierdzą, że i tak płacą bardzo wysokie podatki, a dodatkowe obciążenie ich spowoduje tylko wzrost biedy i bezrobocia. To oczywiście pustosłowie. Oni bowiem na pewno nie zbiednieją. Dlatego musimy przyjąć ustawę, która zagwarantuje bardziej sprawiedliwy podział dóbr i zmusi bogatych do podzielenia się swoim bogactwem z biednymi. Jezus Chrystus, największy socjalista w historii ludzkości nauczał, że z biednymi trzeba się dzielić. Dlatego zapewne nasza nowa ustawa uzyska również przychylność duchowieństwa".
Tak mniej więcej, pokrętnie, bardzo przewrotnie i prowokacyjnie mógłby zaapelować do parlamentarzystów z sejmowej mównicy współczesny zwolennik "państwa opiekuńczego" - z każdej opcji politycznej, zarówno z lewicy bezbożnej, jak i z lewicy pobożnej. Zresztą co ja piszę "mógłby". Tak się przecież dzieje, takie są fakty. Czy nie słyszeliśmy jakiś czas temu polityków SLD uzasadniających swoje grabieżcze ustawy powoływaniem się na Ewangelię? Czy nie widzieliśmy polityków "prawicy" odwołujących się do "społecznej nauki Kościoła" podnoszących ręce za ustawami gwałcącymi prawa własności i sankcjonującymi jej rabunek? Widzieliśmy, i to nie raz...
Różnica między słowami Jana Chrzciciela a tym, co proponuje współczesny zwolennik "państwa opiekuńczego" jest zasadnicza. Ten pierwszy wzywa, apeluje, odwołuje się do indywidualnego sumienia każdego człowieka, zachęca do bycia dobrym. Ten drugi, narzędzie do zaprowadzenia "dobra" upatruje w rządzie a metodę w przemocy i w przymusie.
Od polityków lewicy trudno oczekiwać, że wyrzekną się terroru. Ich ideologia ma w założeniach przemoc i nienawiść. Jednak politycy "prawicy" powinni wreszcie zrozumieć, że Pan Bóg stworzył człowieka wolnym, a zatem odpowiedzialnym za swoje czyny. A drogowskazem dla nich powinny być słowa Jana Chrzciciela i prawdziwa nauka Chrystusa, nie zaś tomy bezużytecznej makulatury w postaci dzieł Marksa, Engelsa i Lenina. Wielu duchownych też powinno się zastanowić, które z wyżej wymienionych postaci są im duchowo bliższe...

Paweł Sztąberek

* * *

Fascynacje ludu (11 grudnia 2006)

Gdyby przyszło mi oceniać jakie wydarzenie w mijającym tygodniu było najbardziej zabawne, za takowe uznałbym wypowiedź posłanki PO, p. Julii Pitery, która w TVN 24 zgłosiła postulat delegalizacji "Samoobrony". Gdy prowadzący, Bogdan Rymanowski, spytał czym posłanka uzasadnia swój postulat, odrzekła bardzo poważnie: "Bo niewiadomo czy to jest w ogóle partia. Tam się tylko bawią i cieszą...". No proszę, to już nawet bawić i cieszyć się nie można, żeby nie narazić się PO. Nie ma to jak definicja demokracji stworzona przez jej bezgranicznych wyznawców.
Cały miniony tydzień pokazał, co tak naprawdę interesuje ludzi i media. O seks-aferze - jak zwał tak zwał - mówili niemalże wszyscy. Nie przypominam sobie, by takie same emocje w społeczeństwie budziły np. sprawy związane z ujawnianiem SB-ckiej agentury. Media zresztą niechętnie podejmują te tematy. Do świadomości ludzi nie może się też jakoś przebić to, co niedawno oświadczył p. Robert Gwiazdowski na temat ZUS-u. Czyżby Polaków naprawdę nie interesował problem przyszłości ich emerytur? Owszem, zaatakowano - i słusznie - Samoobronę za to, że pieniądze otwartych funduszy emerytalnych, czyli tzw. II-gi filar, chciałaby przekazać do ZUS-u, jednak mało kto rozważa w ogóle możliwość bankructwa tej instytucji. Najlepszym tego przykładem niech będzie audycja red. Moniki Olejnik w Radio ZET z ubiegłej niedzieli. Pani redaktor ostro zaprotestowała przeciwko pomysłowi Samoobrony, twierdząc, że ubezpieczenie jest dobrowolne i wara politykom od jej pieniędzy. Gdy obecny w studio p. Roman Giertych zwrócił jej uwagę, że II-gi filar ubezpieczeń nie jest dobrowolny, lecz opiera się na przymusowym podatku, nie zrobiło to już na pani redaktor wrażenia. Jednocześnie do dyskusji włączył się poseł PO, p. Jan Rokita, krytykując p. Giertycha za użycie przez niego słowa "podatek". "To nie jest podatek tylko składka emerytalna" - stwierdził. Gdy po chwili p. Roman Giertych zaproponował, by w ogóle znieść przymus ubezpieczeń przynajmniej w drugim filarze, poseł Rokita odparował: "To jakieś rewolucyjne pomysły! Pan chce pozbawić ludzi powszechnego prawa do emerytury?".
Jakoś nie przyszło p. Rokicie do głowy, że za lat kilka żadne powszechne prawo do emerytury nie będzie istnieć, gdyż nie będzie emerytur. A nie będzie ich między innymi dlatego właśnie, że pan poseł nie dopuszcza do swojej świadomości myśli, iż świat może istnieć bez przymusu ubezpieczeń.
Jasne, nie zawracajmy ludziom głowy jakimiś "rewolucyjnymi" pomysłami. Dajmy im się nasycać ciągiem dalszym seks-afery, z przerwami na ewentualne zamartwianie się tragicznym losem posła Rokity w Platformie Obywatelskiej.

Paweł Sztąberek

* * *

Przestępców trzeba napiętnować (4 grudnia 2006)

Do redakcji "Strony Prokapitalistycznej" wpłynął krótki list od anonimowego czytelnika oburzającego się na kapitalizm. Autor, bądź autorka (trudno stwierdzić), przytacza w nim informację PAP o tym jak sąd w Górze (Dolnośląskie) skazał właściciela sklepów na rok więzienia w zawieszeniu na 2 lata za to, że znęcał się nad pracownicami. Z relacji wynika, że Paweł E. ubliżał im, szarpał za włosy, dusił, wywoził je zimą do lasu i zmuszał do ćwiczeń fizycznych, a także nie ogrzewał sklepów mimo silnych mrozów, organizując pracownicom "rozgrzewki" właśnie w lesie. Komentarz czytelnika do owej informacji brzmi: "Dziękuję za taki kapitalizm!!!! Tak wygląda wolność w kapitalizmie!!!! Równie dobrze można być zwolennikiem Czerwonych Khmerów i Pol-Pota!!!!".
Otóż obawiam się, że mamy tu do czynienia z pomieszaniem pojęć. Można zrozumieć emocjonalną reakcję czytelnika, którego, po zapoznaniu się z tą informacją, nieco poniosło. Zresztą każdego człowieka o zdrowych zmysłach i wrażliwości opisane w notatce PAP zajście musi zbulwersować. Podobnie zresztą jak bulwersować powinno każde doniesienie o przestępstwie, mniejszego czy większego kalibru. Nieuprawnione jednak wydaje się rozumowanie, by jednego zdeprawowanego, sadystycznego sprzedawcę utożsamiać z zagadnieniem o wiele głębszym i szerszym jak "wolność w kapitalizmie", czy z kapitalizmem. Kapitalizm to forma gospodarczej organizacji społeczeństwa, w której dominującą rolę odgrywa własność prywatna, ograniczana przez państwo wyłącznie wówczas, gdy jest to niezbędne. Nikt nie potrafi zapobiec temu, by w ramach tej organizacji nie dochodziło do wynaturzeń. Warto zaznaczyć, że kapitalizm nie oznacza - jak błędnie myśli nasz anonimowy czytelnik - bezhołowia, bezprawia i wolności od odpowiedzialności. Jest wprost przeciwnie. Kapitalizm to, owszem, wolność, ale przede wszystkim odpowiedzialność. Podany przez czytelnika przykład dowodzi zresztą tego - zwyrodniały właściciel sklepu został ukarany. Mimo że nie trafi do więzienia (przynajmniej na razie) to jednak nie uniknął kary. Dodatkową karą dla niego będzie również to, że jeśli kiedykolwiek będzie chciał wrócić do biznesu niełatwo zapewne będzie mu pozyskać nie tylko nowych pracowników, ale i odzyskać zaufanie konsumentów.
Na koniec jeszcze uwaga... Nie pomniejszając wagi przestępstw popełnionych przez opisanego wyżej sklepikarza w stosunku do swoich pracownic, zastanawia mnie pewna rzecz: dlaczego media tak bardzo lubują się w opisywaniu losu krzywdzonych pracowników, nigdy natomiast nie piszą o przypadkach łamania prawa przez pracowników wobec własnych pracodawców? Znam przypadki okradania właścicieli sklepów przez sprzedawców. Wiem też, że tylko nieliczne z nich kończą się w sądzie. W większości przypadków sprawa kończy się na zwolnieniu z pracy nieuczciwego pracownika. I może to jest właśnie błąd! Może przypadki ewidentnych kradzieży powinny lądować w prokuraturze, a następnie w sądzie?
Skażenie komunizmem do dziś zbiera swoje żniwo. Niewolni od tego zaczadzenia są również dziennikarze, którzy wciąż eksploatują postkomunistyczną frazeologię, że zły jest zawsze pracodawca, a dobry pracownik. Większe nagłaśnianie spraw okradania pracodawców przez pracowników mogłoby przyczynić się do zwrócenia uwagi na ten problem. Chodzi wszak przecież o to, by żaden przestępca nie pozostał bezkarny.

Paweł Sztąberek

* * *

Bułgaria to nie Irlandia (27 listopada 2006)

W jednym z ostatnich numerów tygodnika "Polityka" pojawił się tekst na temat Bułgarii w kontekście jej niedługiego wejścia do Unii Europejskiej ("Bułgarzy nadchodzą", nr 45, 11 listopada 2006). Tekst traktuje m.in. o mankamentach bułgarskiej polityki gospodarczej, gdzie cały sektor turystyczny został opanowany przez mafię, większość transakcji gospodarczych odbywa się w szarej strefie, która wytwarza ponad 60 proc. PKB. Średnia płaca w tym państwie wynosi grubo poniżej średniej unijnej (ok. 165 euro), mimo że kraj kolejny rok z rzędu zakończy z ponad 5 proc. wzrostem gospodarczym.
Co mnie jednak najbardziej zainteresowało we wspomnianym artykule to informacja o zmianach jakie nastąpią w systemie podatkowym i spodziewanymi w związku z tym efektami. Już dziś w Bułgarii CIT wynosi 15 proc., natomiast od nowego roku zostanie obniżony do 10 proc., dzięki czemu Bułgaria będzie po Estonii krajem, gdzie podatki dla przedsiębiorstw będą najniższe (w Irlandii stawka 10 proc. obowiązuje dla firm już istniejących, nowopowstałe są opodatkowywane w skali 12,5 proc.). Mimo protestów ze strony MFW i Banku Światowego, które bardzo skrytykowały rząd bułgarski za obniżkę podatków, wielu analityków przewiduje, że Bułgaria może pójść drogą irlandzką stając się w krótkim czasie tygrysem gospodarczym Europy Środkowo-Wschodniej. Tak jednak nie będzie.
Podatki są oczywiście niezwykle ważną sprawą, ale oprócz nich dla gospodarki niezwykle ważne są również takie właściwości jak: skala korupcji, unormowanie spraw własnościowych, a także, a może przede wszystkim - kwestie mentalności. Irlandia miała szczęście nigdy nie być krajem komunistycznym i jej społeczeństwo nie jest skażone myśleniem socjalistycznym; biznesu i relacji gospodarczych nie postrzega się jako grę o sumie zero-jedynkowej, gdzie aby ktoś zyskał, ktoś inny musi stracić. W byłych krajach socjalistycznych, również w Polsce, główną przeszkodą dla właściwego rozwoju nie są podatki, biurokracja, czy koniunktura - to właśnie skażona socjalizmem mentalność powoduje, że w porównaniu z Zachodem Europy pozostaniemy na dugi czas daleko w tyle.
Bułgaria choćby zniosła CIT to drugą Irlandią szybko nie będzie, bowiem tamtejsze społeczeństwo, co zresztą jasno wynika z tekstu p. Jagienki Wilczak, jest nadal pod dominującym wpływem idei socjalistycznych. Potwierdzeniem tego niech będzie fakt, że bardzo światły człowiek, jakim jest były premier Bułgarii, car Symeon II, w trakcie 4 lat swoich rządów nie był w stanie uzdrowić kraju właśnie ze względu na zupełne inne systemy wartości wyznawane przez niego i resztę narodu.

Paweł Toboła-Pertkiewicz

* * *

Dzieło Miltona Friedmana (20 listopada 2006)

16 listopada 2006 roku zmarł Milton Friedman, autor słynnych książek: "Wolny wybór", "Kapitalizm i wolność" oraz "Tyrania status quo", dla wielu ludzi będących swoistymi epopejami wolnego rynku. Milton Friedman również w Polsce zaskarbił sobie sympatię wielu zwolenników kapitalizmu, zwłaszcza, że jego myśli upowszechniane były już w stanie wojennym, choćby za sprawą podziemnego Wydawnictwa "Kurs".
W związku ze śmiercią noblisty pojawiły się, nieliczne co prawda, komentarze na jego temat. Słuchając niektórych z nich można by momentami pomyśleć, że Friedman to ktoś, na kim wychowywało się prawie całe pokolenie dzisiejszych polityków czy dziennikarzy, ktoś, kto wywarł na nich potężny wpływ. Nawet prof. Leszek Balcerowicz w jednym z wywiadów w taki sposób wspominał Friedmana jakby zjadł na nim wszystkie zęby, jakby podczas pełnienia przez siebie kilkakrotnie eksponowanych funkcji we władzy wykonawczej myślał tylko o tym, jakby tu wprowadzić fridmanowskie zasady ekonomii do gospodarczego obiegu III RP. "Przecież to Friedman był autorem koncepcji bonu oświatowego" - z rozrzewnieniem wyznał prof. Balcerowicz w TVN 24. Owszem, był, podobnie jak był zwolennikiem ochrony własności prywatnej, zwolennikiem niskich podatków, zwolennikiem minimalnej roli rządu w gospodarce, zdecydowanie opowiadał się za redukcją biurokracji oraz nie krył swojego sceptycyzmu wobec Unii Europejskiej i kierunku, w którym ona zmierza. Był więc, można by rzec, totalnym zaprzeczeniem prof. Leszka Balcerowicza, któremu, mimo wielu lat rządzenia nie udało się (prawdopodobnie nigdy tego naprawdę nie chciał) przeprowadzić reprywatyzacji, wprowadzić bonu oświatowego, zmniejszyć i uprościć podatki, zredukować biurokrację, czy sprzeciwić się wejściu Polski do przesocjalizowanej Unii Europejskiej.
Pamiętam jak kilka lat temu prof. Balcerowicz, jeszcze jako lider Unii Wolności, jeździł po Polsce zachęcając do poparcia w referendum projektu liczącej ponad 200 artykułów konstytucji, fundowanej nam przez Aleksandra Kwaśniewskiego. Jak wiadomo, konstytucja ta to, w wielu przypadkach, stek pobożnych życzeń, gwarantujących obywatelom coś "za darmo". Podczas jednego z takich spotkań, na pytanie z sali, czy istnieje coś takiego jak "darmowy obiad", prof. Balcerowicz odpowiedział, że raczej nie, bo nawet za darmowy obiad ktoś musi zapłacić. "Skoro tak" - kontynuował pytający - "to dlaczego popiera pan projekt czegoś, co mnóstwo rzeczy obiecuje właśnie za darmo?". Na to pytanie nie padła już konkretna odpowiedź.
Może rzeczywiście prof. Balcerowicz znał już wówczas książki Miltona Friedmana, bo to Friedman właśnie zawarł w jednej z nich spostrzeżenie na temat "darmowych obiadów". Cóż jednak z tego skoro praktyka rządzenia twórcy naszego "cudu gospodarczego" szła w przeciwnym kierunku, aniżeli życzyłby sobie tego noblista z Chicago.
Czy znajdzie się wreszcie u steru władzy w Polsce ktoś, kto dzieło jakie pozostawił po sobie Milton Friedman potraktuje serio?

Paweł Sztąberek

* * *

Samorząd macherów spod ciemnej gwiazdy (13 listopada 2006)

"Kandyduję do rady, bo nie chcę by moi rówieśnicy szukali szczęścia poza Polską"... Takie i wiele innych haseł serwowali wyborcom kandydaci w tegorocznych wyborach samorządowych. Hasło jak hasło, zdarzały się i o wiele głupsze, jak chociażby: "Skuteczny do bólu". Jeśliby się jednak bardziej wczytać w programy owych kandydatów, niestety, wyłania się pustka. Znajomy, który od jednego z kandydatów na prezydenta, tzw. prawicowego, próbował uzyskać jakąś programową deklarację, usłyszał w odpowiedzi: "Ja nie muszę być prezydentem". Nie warto tego nawet komentować.
Nie zmienia to faktu, że ktoś w tych radach i na tych prezydenckich fotelach zasiądzie. Nie wykluczone, że znajdą się wśród nich również ludzie rozsądni... Czy będą mogli coś zmienić? Czy polski samorząd jest w stanie poszerzyć dla lokalnych społeczności obszary wolności, czy jest w stanie znacząco obniżyć podatki, tak, by lokalni przedsiębiorcy mogli wreszcie złapać głębszy oddech? Niestety, ale wydaje się to mało prawdopodobne. Tak naprawdę będą mogli co najwyżej przyczynić się do wybudowania za pieniądze podatników placu zabaw dla dzieci, albo wymienić stary chodnik na nowy. Jeden z kandydatów w moim okręgu już chwali się, że w ubiegłej kadencji wybudował skatepark dla młodzieży. Nikt jednak nie miał okazji zadać mu pytania, ile wyłożył na tę budowę z własnej kieszeni, ponieważ nie zorganizował żadnego spotkania z wyborcami, a przemawiał do nich jedynie z ulotek.
"Uczciwy", "wiarygodny", "skuteczny" itp. Tak piszą o sobie w ulotkach sami kandydaci. Można im wierzyć lub nie, jednak jakie to ma znaczenie? Coraz mniej natomiast o podatkach, o ograniczaniu biurokracji... Wielu rozsądnych ludzi dawno już doszło do wniosku, że samorząd w III RP tak naprawdę zmienić może niewiele. Najważniejsze bowiem decyzje zapadają gdzie indziej - w Warszawie, no i w Brukseli. I właśnie Bruksela stała się w tych wyborach jednym z motywów przewodnich kampanii. Niemal wszyscy kandydaci prześcigali się w licytacji, ile to oni wyżebrają z Unii Europejskiej dla swojego miasta. Powstały nawet na tę okoliczność komitety wyborcze z "Euro..." w nazwie. Tworzący je ludzi, różni lokalni cwaniaczkowie, o polityce najczęściej nie mają zielonego pojęcia, natomiast wyspecjalizowali się w żebractwie na skalę międzynarodową. W tym naprawdę są dobrzy. I tak oto, przy okazji - tym razem - wyborów samorządowych żebractwo wyniesione zostaje do rangi cnoty. Kto więcej wyżebra ten "uczciwy", "wiarygodny", "skuteczny" - nawet do bólu... I może dzięki niemu Polacy przestaną uciekać z kraju?
Samorząd w III RP w ogóle staje się miejscem właśnie dla przeróżnych macherów spod ciemnej gwiazdy, bez poglądów, bez idei, ale zawsze wiedzących jak w porę się ustawić, do jakiej partii się prześlizgnąć, by zdążyć "się załapać", i by dalej móc ciągnąć lokalną politykę wyłącznie pod siebie

Paweł Sztąberek

* * *

Czas na Łotwę! (6 listopada 2006)

Jak wynika z danych kilku instytucji zajmujących się podawaniem danych statystycznych (m.in. Eurostat, WTO), Łotwa jest obecnie najszybciej rozwijającą się gospodarką europejską. W ub. roku wzrost gospodarczy wyniósł niemal 10 proc., zaś w pierwszym i drugim kwartale tego roku odpowiednio: 10,6 i 13,1 proc.! Warto wspomnieć, że gdy przeszło 2 lata temu Łotwa wstępowała do Unii Europejskiej była najbiedniejszym krajem 25-tki.
Dziś Łotwa notuje znakomite wyniki gospodarcze, a dwucyfrowym wzrostem gospodarczym może się pochwalić jeszcze jedynie północny sąsiad Łotwy, Estonia. Jak wytłumaczyć fakt, że tamtejsza gospodarka przeżywa taki rozkwit? Przede wszystkim rozkwit jest tu na miejscu, gdyż inwestycje zagraniczne z każdym rokiem rosną (w 2005 roku wyniosły ponad pół miliarda dolarów), a kilka lat temu znacznie zredukowano zadłużenie państwa. Ponadto 97 proc. firm państwowych zostało sprywatyzowanych, wszystkim firmom obniżono podatki wprowadzając jednolita stawkę w wysokości 15 proc. W ostatnich 3 latach bezrobocie spadło na Łotwie z 18 do 8 proc., a od momentu wejścia do Unii średnie płace wzrosły o 45 proc.
Wszystkie te reformy miały swój początek w połowie lat 90., kiedy to politycy łotewscy zdecydowali się na pójście śladem Estonii rządzonej ówcześnie przez Marta Laara i zdecydowali się uniezależnić gospodarkę od Rosji, obniżyć podatki i stworzyć fundamenty właściwie prosperującej gospodarki. Pisząc o sukcesie Łotwy należy wspomnieć o dwóch nazwiskach: premiera Aigarsa Kalvitisa oraz byłego ministra gospodarki Artursa Karinsa. Szczególnie ten drugi w czasie dwuletniego kierowania gospodarką w oparciu o doświadczenie jakie zdobył podczas wielu lat spędzonych w USA, wprowadzał zmiany idące po linii tego, czego dokonali w swoich krajach Ronald Reagan i Margaret Thatcher. MFW oraz Unia Europejska postuluje wprawdzie schłodzenie łotewskiej gospodarki, ale nikt z polityków łotewskich nawet nie chce o tym słyszeć. A już na pewno nie premier Kalvitis, który miesiąc temu został pierwszym premierem w historii Łotwy, który utrzymał się na swym stanowisku po wyborach. Zapewnia, że obecny kurs będzie nadal podtrzymywany.
Oczywiście nie wszystkie problemy na Łotwie zostały rozwiązane, kraj boryka się ze sporą emigracją, do dziś nie uregulowana jest sytuacja mniejszości rosyjskiej. Ale Łotwa przeszła już pierwszy, najbardziej bolesny etap reform gospodarczych, które musi przejść każdy kraj odchodzący od socjalizmu na rzecz wolnej gospodarki. Szkoda, że w Polsce wciąż borykamy się z problemami, które w byłych republikach sowieckich zostały pokonane kilka lat temu...

Paweł Toboła-Pertkiewicz

* * *

Trzecia siła (30 października 2006)

Na początku listopada odbędą się w Stanach Zjednoczonych wybory do Izby Reprezentantów i 1/3 Senatu. Oprócz tego Amerykanie wybiorą gubernatorów, sędziów stanowych, prokuratorów, radnych gmin, będę również głosować w rekordowej liczbie referendów. Z tej okazji warto zapoznać Czytelników Strony Prokapitalistycznej z raportem autorstwa znanego w Polsce z niedawno wydanej książki pt. Libertarianizm Davida Boaza oraz Davida Kirby'ego z Cato Institute na temat zachowań wyborczych libertarian.
Z raportu wynika, że grupa wyborców mieniąca się libertarianami, do której wg Boaza i Kirby'ego należą ci, którzy zgadzają się z tym, że "rząd stara się ingerować w zbyt wiele dziedzin życia gospodarczego i indywidualnego" oraz, którzy są zdania, że "rząd nie powinien promować nie tylko konserwatywnych wartości, ale żadnych wartości", jest największą grupą tzw. "swing voters" - zmiennych wyborców. Autorzy raportu obliczyli, że wyborców o takich poglądach jakie zostały zaprezentowane powyżej w 2005 roku było 13 proc. W 2000 roku przy okazji wyborów prezydenckich 72 proc. z nich oddało swoje głosy na George'a Busha, zaś 20 na Ala Gore'a. W 2004 roku już po powołaniu nowego ministerstwa oraz rozpoczęciu wojny z terroryzmem, na Busha zagłosowało jedynie 59 proc. Amerykanów o libertariańskich poglądach. Na Kerry'ego 38 proc. W tegorocznych wyborach libertarianie mają podzielić swoje głosy między Republikanów i Demokratów niemal po równo.
Co z tego jednak wynika zdaniem autorów raportu? Przede wszystkim zmienność jaka charakteryzuje tę grupę wyborców powoduje, że tak naprawdę żadnej z tych partii nie warto zbytnio zabiegać o te głosy. Dla Republikanów zdecydowanie ważniejsze jest poparcie ze strony konserwatywnych stowarzyszeń i kościołów, aniżeli grupy, która nie dość, że nie jest zbyt liczna, to jeszcze potrafi w każdych wyborach zagłosować odmiennie. Dla Demokratów z kolei nie warto poświęcać lewicowych haseł na rzecz pozyskania "indywidualistów". Poza tym Demokratom łatwo pozyskać poparcie np. związków zawodowych, gdyż wiadomo gdzie ich szukać, a co z libertariańską grupą wyborców. Gdzie ich szukać i jak do nich dotrzeć - pytają Boaz i Kirby.
Oczywiście warto wspomnieć o tym, że w tegorocznych wyborach, jak w każdych od 1972 roku, startuje Partia Libertariańska, ale jej szanse na zdobycie choćby jednego mandatu w Izbie Reprezentantów są niemal zerowe. Również ze względu na fakt, że amerykańscy libertarianie po prostu masowo nie głosują na Partię Libertariańską.

Paweł Toboła-Pertkiewicz

* * *

McŚwiat a kapitalizm (23 października 2006)

W sobotnio-niedzielnym dodatku "Plus Minus" "Rzeczpospolitej" (21 X 2006) ukazał się wywiad ze znanym amerykańskim politologiem, Benjaminem Barberem. Czytamy w nim m.in.: "Przecież fakt, że możemy sobie kupić 30 gatunków sera albo wody mineralnej, to nie jest żadna wolność, to nie ma w ogóle związku z nią".
Dalej Barber mówi, że "(...) kapitalizm, ściślej to, co nazywamy McŚwiatem, tworzy biedę, nierówności, bezrobocie, urawniłowkę, kulturalną modłę najpodlejszych przejawów amerykańskiej tandety. Zasadniczy problem polega na tym, jak zachować dobre strony kapitalizmu i bronić się przed ciemną stroną McŚwiata". Wreszcie ujmuje cały swój wywód jednym zdaniem: "Problemem nie jest McŚwiat, ale za dużo McŚwiata, nie rynek, ale za dużo rynku".
Z zacytowanych zdań można odnieść wrażenie, że McŚwiat jest częścią kapitalizmu, jego patologią, złym duchem etc. W ostatnim zdaniu Barber rozumie, że istnienie McŚwiata jest nieuniknione, ale skoro już musi istnieć to należałoby go jakoś kontrolować, czy "ucywilizować". Podobnie zresztą jak z rynkiem. Skoro jednak Amerykanin proponuje "coś zrobić" z tym McŚwiatem to równocześnie jest to propozycja zrobienia czegoś z wolnym rynkiem, gdyż tenże McŚwiat jest niczym innym jak wytworem kapitalizmu. Ani złym, ani dobrym, po prostu jest jego immanentną częścią. Co więcej, próby jego "ucywilizowania" spowodują nie to, że biedy, nierówności będzie mniej, ale więcej. Bo skoro wybór między 30 gatunkami sera jest przejawem McŚwiata to należałoby pewnie ograniczyć wybór do 10, może 5 rodzajów. Oprócz konsekwencji płynących z tego dla gospodarki, któż miałby decydować ile rodzajów tego sera jest jeszcze kapitalizmem, a ile już McŚwiatem?
Wydaje mi się, że szufladkowanie pewnych zjawisk, jak to czyni Barber, jest niebezpieczną formą nie walki ze zjawiskami, które mają miejsce na rynku i czasem ze względu na niskie morale niektórych przedsiębiorców, można uznać za patologiczne, ale dlatego że atakują system, który nie jest temu winien. Winni są ludzie i ich natura. Panaceum na "za dużo McŚwiata" nie jest zatem ograniczanie rynku, jego kontrola, ale choćby wzrost etyki i moralności, które - co wypada się zgodzić z Barberem - są źródłem powodzenia różnych przejawów McŚwiata we współczesnym świecie. Adam Smith pisał ponad 200 lat temu, że moralność i etyka są fundamentem zdrowej gospodarki wolnorynkowej, a gdy etyki zabraknie wówczas z podziemia wychodzą patologie.
Lekarstwem Barbera na McŚwiat jest ograniczenie wolnego rynku. Ale to lekarstwo jest gorsze od samej choroby.

Paweł Toboła-Pertkiewicz

* * *

Pytanie przełomu Rzeczpospolitych... (16 października 2006)

Polska - jeśli chodzi o podejście ludzi do spraw społeczno-politycznych - to niewątpliwie dziwny kraj. Wszyscy, a w każdym razie prawie wszyscy, są tu "za". I tak, prawie wszyscy są za lustracją, prawie wszyscy są za dekomunizacją, prawie wszyscy są za odtajnieniem wstydliwych epizodów związanych z genezą III RP, prawie wszyscy są za zaostrzaniem prawa w stosunku do przestępców... itp. Podobnie jest z podejściem do gospodarki. Prawie wszyscy są więc za wolnym rynkiem, za reprywatyzacją, za poszanowaniem własności prywatnej, za ograniczaniem biurokracji, za obniżeniem podatków, za redukowaniem bezrobocia... itp.
To powszechne "za", można by rzec - emanację tego "za", widać najlepiej w polskim parlamencie, będącym ponoć demokratycznym odbiciem nastrojów i oczekiwań demokratycznego społeczeństwa. Czy w ciągu ostatnich kilkunastu lat było takie ugrupowanie polityczne, które w sposób zdecydowany i kategoryczny opowiadało się przeciwko którejś z wymienionych spraw? Owszem, w szczegółach zawsze występowały jakieś różnice, ale co do ogólnej zasady wszyscy byli - jakże by inaczej - "za".
Dziwność naszego kraju polega właśnie na tym, że, paradoksalnie, mimo tego, że wszyscy są "za", jakoś niczego z tych "za" nie udało się - jak dotąd - wcielić w życie. Jak dotąd bowiem nie przeprowadzono solidnej, definitywnej lustracji i dekomunizacji, które problem rozliczenia historii PRL-u przeniosłyby właśnie do ... historii. Podobnie, mimo że prawie wszyscy byli "za", nie przeprowadzono dotąd sprawiedliwej reprywatyzacji (zwłaszcza w czasach koalicji AWS-UW było to do zrobienia, bo większość była "za"), nie ograniczono biurokracji, nie mówiąc już o obniżeniu podatków. Czy słyszał ktoś polityka w polskim parlamencie, który zdecydowanie i kategorycznie powiedziałby, że jest przeciwnikiem obniżenia podatków? Ja, w każdym razie, nie przypominam sobie takiego.
Skoro zatem wszyscy, a dokładniej - prawie wszyscy, są "za" to dlaczego nic z tego, "za" czym oni są nie udało się wcielić w życie? Zastanawiam się czy nie jest to aby najważniejsze pytanie przełomu Rzeczpospolitych, III-ej i IV-tej. Od odpowiedzi na nie zależy być może to, jak wyglądać będzie Polska za jakiś czas.

Paweł Sztąberek

* * *

Kraj żebraków czyli "Co ci się należy od Polski?" (9 października 2006)

Od jakiegoś czasu polskie media prześcigają się w różnego rodzaju poradnictwie skierowanym do swoich czytelników. Ostatnio w modzie jest informowanie ludzi, jakie to socjalne prawa im przysługują. "Super Express" posunął się nawet do zatytułowania swojego cyklu porad dość oryginalnie: "Co ci się należy od Polski". Przeciętny czytelnik tego brukowca (ale nie tylko jego - ostatnio także "Dziennik" instruował "co i jak") dowiaduje się jak wielka rozpościera się przed nim gama zasiłków do wzięcia. Fakt, że wielu czytelników zapewne już dobrze się w tych sprawach orientuje, bowiem tendencja zachęcania ludzi do zinstytucjonalizowanego żebractwa płynie wszak z góry. Skoro instytucje państwowe co rusz podkreślają, ile to pieniędzy należy nam się np. z Unii Europejskiej, to cóż właściwie się dziwić, że żebractwo staje się obecnie bardzo modnym stylem życia.
Na zmianę tego stylu życia w najbliższym czasie raczej się nie zanosi. Licytowanie się przez liderów partyjnych w parlamencie, kto jest bardziej "solidarny społecznie" i kto rozda więcej pieniędzy podatników na "wsparcie dla ubogich", staje się już wręcz obrzydliwe. Ale jeszcze inna rzecz każe domniemywać, że Polska szybko nie przestanie być krajem żebraków. Otóż 1 października br. weszły w życie nowe kryteria przyznawania zasiłków z ośrodków pomocy społecznej, a konkretnie - zostały one podwyższone. Oznacza to, że kolejnych kilkaset tysięcy Polaków będzie miało szanse na to, by stać się żebrakami. Jestem przekonany, że dzięki instruktażom "Dziennika" czy "Super Expressu", ale przede wszystkim dzięki skretyniałym politykom, liczba żebraków korzystających z upaństwowionej jałmużny lawinowo wzrośnie.
Napisałem kiedyś, że współczesne tzw. państwa opiekuńcze całkowicie przewartościowały sposób patrzenia na życie, na człowieka... Dziś powodem do dumy dla skretyniałych politykierów jest nie to, ile ludzi żyje godnie dzięki własnej pracy i wysiłkowi, lecz to, ile objętych jest zasiłkami. O ile kiedyś można było uważać, że im mniej obywateli korzysta z zasiłków tym społeczeństwo bardziej bogatsze i szczęśliwsze, o tyle teraz odwrotnie: lepiej jest tam, gdzie jest więcej zasiłków.
Skretyniali politycy sądzą, że dzięki tej fałszywej hojności zyskają sympatię ludu. Grubo się mylą. Lud gardzi nimi. Ale jak ma być inaczej, skoro tenże lud uczony jest przez tych kretynów nie tego, że jałmużna to akt serca, czy chrześcijańska, niewymuszona ustawą powinność względem ubogiego, lecz coś co "mu się należy". A skoro się należy, to "nie gadać tylko dawać!".

Paweł Sztąberek

* * *

Kolejny krok w stronę faszyzmu (2 października 2006)

Stało się już chyba tradycją, że ta część Europy, która od kilkudziesięciu lat nie zaznała żadnej wojny, wciąż stacza jakieś walki. A dokładniej, toczą je europejscy urzędnicy, który co rusz wymyślają sobie wroga po to tylko, by ratować społeczeństwa przed złymi wpływami. Walka z otyłością, z batonikami, z paleniem papierosów, z AIDS, z narkotykami, z hałasem w miejscu pracy to już dość znane przypadki dbałości unijnej biurokracji o morale swoich poddanych. Na firmamencie pojawia się jednak kolejny wróg. Nie nowy, oczywiście, ale za to sczególnie niebezpieczny - alkohol!
Właśnie trwają prace nad tym, aby pokazać temu śmiertelnemu wrogowi człowieka, gdzie jest jego miejsce. Tzn. wciąż będzie on mógł stać na sklepowych półkach, w restauracjach, w domowych barkach... Niemniej biurokracja już zadba o to, by dostęp do niego chociaż trochę utrudnić.
Jednym z tych utrudnień ma być np. zakaz sprzedaży alkoholu w nocy. Za komuny alkoholu, nie dość że nie można było sprzedawać w nocy, to na dodatek nawet w dzień trzeba było czekać aż do godz. 13.00, by można było cokolwiek kupić. Ale od czegóż były tzw. mety?! Wystarczyło odwiedzić pewne miejsca (o których zapewne wiedziała też przekupna milicja obywatelska) i już miało się buteleczkę tego bądź tamtego... Życie zapewne bardzo szybko zweryfikuje skuteczność planowanego przez unijną biurokrację zakazu.
Innym narzędziem mającym utrudnić kontakt człowieka z jego śmiertelnym wrogiem - alkoholem, jaki proponują biurokraci UE, jest wzrost akcyzy na wszelkie trunki. Automatycznie zwiększyć to ma ceny alkoholi, a tym samym wpłynąć na ograniczenie jego konsumpcji (to oficjalna wersja, choć przy okazji - a może przede wszystkim? - chodzi bankrutującej UE o wzrost wpływów do budżetów, no bo nawet jeśli ceny nie wzrosną to do kasy państw i tak wpływać będzie więcej pieniędzy z podatku akcyzowego). Ceny więc - znając życie - najprawdopodobniej wzrosną, gdyż mało kto lubi, gdy zmniejszają mu się zyski. Ale też i nastąpi - jak za komuny w PRL-u, czy jak cały czas w krajach skandynawskich - rozwój prywatnych, niekontrolowanych przez rządy bimbrowni. Ceny będą zapewne konkurencyjne, więc ani jeden zamysł unijnych biurokratów, tj. zmniejszenie spożycia alkoholu, oraz zwiększenie wpływów do budżetu, nie zostanie osiągnięty.
W planach jest jeszcze zakaz reklamy alkoholu - każdego, zdaje się, że nawet piwa. O ile mnie pamięć nie myli, w PRL-u też nie wolno było reklamować trunków, a Polacy należeli do światowej czołówki jeśli chodzi o spożycie czystego alkoholu na głowę. Zresztą obecnie, np. we Francji też istnieje zakaz reklamy chociażby wina, a tymczasem Francuzi to - zdaniem biurokratów z UE - jeden z najbardziej rozpitych narodów Europy...
Polskie ministerstwo zdrowia już ponoć przyklasnęło unijnym pomysłom, więc jest szansa na to, że będziemy w awangardzie tej nowej wojny jaką Bruksela zamierza wypowiedzieć alkoholowi. Cóż, żal mi np. tych wszystkich winomanów-naiwniaków, którzy przed akcesją III RP do UE zachęcali do głosowania na "tak", będąc przekonanymi, że co jak co, ale ceny win na pewno zmaleją. Dziś już wiadomo, że wzrosły, a teraz, gdy Unia zapowiada kolejną wojnę, bez wątpienia wzrosną jeszcze bardziej.
Powiada się, że nadgorliwość jest gorsza od faszyzmu. Nadgorliwość urzędnicza, jak by nie było, jest jeśli nie gorsza to na pewno do faszyzmu prowadzi.

Paweł Sztąberek

* * *

Jednego populistę mniej (25 września 2006)

Ledwo dwa tygodnie temu wspomniałem w komentarzu tygodnia, że zanosi się na poważny bój pomiędzy PiS a Samoobroną, a już mamy pierwsze jego efekty. Andrzej Lepper wyleciał z rządu.
I bardzo dobrze! Jarosław Kaczyński rozegrał sprawę w sposób mistrzowski. Pozbycie się z rządu jednego z największych populistów wśród polityków może rządowi PiS wyjść jedynie na dobre. Oby wyszło również na dobre Polsce... Pytanie tylko, czy jeśli premierowi uda się znaleźć większość, niezbędną do skutecznego rządzenia, nie będą to ludzie jeszcze bardziej niebezpieczni dla gospodarki od Leppera? Otóż jest cień nadziei, że tak nie będzie. Obecny układ parlamentarno-rządowy nie trzymał się dotąd na tak cienkim włosku, jak ma to miejsce teraz. Roman Giertych widząc z jaką dynamiką Jarosław Kaczyński rozprawił się z Lepperem, być może powściągnie na jakiś czas swoje, momentami, bardziej czerwone od czerwonych, "genialne" pomysły na utrwalanie socjalizmu. Jeśli bowiem ów cieniutki włosek się zerwie, dalsza polityczna kariera lidera LPR może stanąć pod poważnym znakiem zapytania. W podobnej sytuacji jest również PSL. Jeśli chce przetrwać w polityce jeszcze jakiś czas, musi wejść do koalicji i raczej siedzieć w niej cicho, a nie wierzgać tak, jak robił to dotychczas Andrzej Lepper.
Paradoksalnie więc PiS jest w znacznie lepszej sytuacji, niż był dotąd. Pytanie tylko czy będzie potrafił tę sytuację wykorzystać dla dobra polskiej gospodarki. Zyta Gilowska okazała się, niestety, zbyt elastyczna. Jej powrót do rządu nie oznacza, moim zdaniem, niczego, co mogłoby dawać nadzieję na bardziej liberalny kurs. Klucz do naprawy Polski leży więc chyba w rękach Jarosława Kaczyńskiego. Będzie tak, jak on rozkaże. Jeśli uzna, że trzeba umacniać socjalizm - miej nas Panie Boże w opiece.
Póki co to Andrzej Lepper nawołuje do umacniania socjalizmu. Na niedzielnej, jednej z bardzo licznych ostatnio i bardzo chętnie pokazywanych przez wszystkie - dotąd niechętne mu - media, oznajmił, że państwo "nie może ludzi zostawić bez opieki", a zasiłki po 100 zł "to śmiech". Ten brak "wrażliwości społecznej" PiS-u i odejście od programu "Polski solidarnej" sprawiły m.in., że obecność w rządzie zaczynała go uwierać. Nie ma co po nim płakać. Wypada tylko mieć nadzieję, że PiS, a przynajmniej Jarosław Kaczyński, nie tylko na dobre zapomni o "solidarnej Polsce", ale uwierzy wreszcie w wolnorynkowy kapitalizm.

Paweł Sztąberek

* * *

Czy Zawisza zabije Balcerowicza? (18 września 2006)

Sposób w jaki polskie media przedstawiają prace bankowej komisji śledczej pozostawia wiele do życzenia. Pani red. Monika Olejnik jest niezwykle pokorną myszką gdy rozmawia z p. prof. Leszkiem Balcerowiczem, natomiast gdy do studia zaprasza posła Artura Zawiszę zamienia się w kobietę - wampa. Podobna rzecz ma miejsce w prasie codziennej. Odnoszę wrażenie, że sposób przedstawienia przewodniczącego komisji zmierza do wyrobienia w czytelniku jak najgorszej opinii o nim. Odwrotnie niż w przypadku prezesa NBP. Patrząc chociażby na mało znaczące ilustracje do tekstów nie sposób nie odnieść wrażenia, że media kreują poważnego profesora ekonomii, zawsze zamyślonego i zatroskanego wartością polskiej złotówki przeciw zidiociałemu posłowi Zawiszy, który staje na rękach w Sejmie, zatrzaskuje drzwi do gabinetu i zawsze ma krzywą minę. Słuchając radia podczas jazdy samochodem co rusz słyszę w przerywnikach między muzyką jak prezenterzy kpią z posła... Czemu nie kpią dla równowagi z prezesa NBP?
Skoro zatem media, zanim jeszcze doszło do jakichkolwiek rozstrzygnięć merytorycznych, zawyrokowały kto ma rację, a kto nie, kto jest poważny, a kto nie, nie pozostaje nic innego jak podsunąć dziennikarzom myśl, którą właśnie przeczytałem w magazynie "The Economist". Pismo to, rzadko piszące o Polsce, w ostatnim numerze zamieściło dwuszpaltowy tekst na temat prof. Balcerowicza zaczynając artykuł od tego, że w ub. tygodniu w Moskwie został zastrzelony pierwszy zastępca Rosyjskiego Banku Centralnego, Andrei Kozlov. W kolejnym zdaniu czytamy, że w "Warszawie pod obstrzałem znajduje się ojciec polskiej transformacji Leszek Balcerowicz". Czy prof. Balcerowicza czeka los Kozlova nie wiadomo, ale sugestia co do zamiarów posła Zawiszy jest oczywista.
Jeśli już więc postanowiono, że nie będzie merytorycznej dyskusji o polskim rynku bankowym, to proponuję dziennikarzom pójść na całość! Czekam zatem aż napiszą w przyszłym tygodniu wprost: "Zawisza chce zabić Balcerowicza". Po co wysilać się na ośmieszające zdjęcia i teksty jak można pójść w ślady "The Economist" i w żadne półsłówka się nie bawić.

Paweł Toboła-Pertkiewicz

* * *

Jaka przyszłość? (11 września 2006)

Wydaje się, choć wszystko jeszcze może się zdarzyć, że scena polityczna w Polsce zaczyna się powoli porządkować. Co prawda, to porządkowanie trwa już od kilkunastu lat, ale - jak dotąd - z dość mizernym skutkiem. Teraz też wcale nie musi być inaczej.
PiS wyraźnie dąży do tego, by zagospodarować tzw. prawicę. Bez wątpienia PO stanowić tu może dla PiS-u pewną konkurencję, gdyż trudno byłoby partii, która ma w swoich szeregach działaczy chociażby dawnego ZChN-u, nazywać się lewicą. W planach Jarosława Kaczyńskiego leży pewnie zamysł, by PO jednak na lewy biegun zepchnąć. Długofalowa strategia szefa PiS-u zmierza zapewne do tego, by wyłuskać co bardziej "konserwatywnych" posłów z PO (porażka Platformy w wyborach samorządowych może ten proces zdecydowanie przyspieszyć), a pozostawić w niej osoby typu pp. Katarasińskiej, czy Radziszewskiej, które przeciwko nazywaniu ich lewicą, bądź centrolewicą, nic by nie miały. Kto wie, czy wówczas PO nie stałaby się częścią większego bloku lewicy, który dziś próbuje występować jako "Wspólna Polska".
O ile los LPR wydaje się już raczej przesądzony, o tyle przyszłość Samoobrony jeszcze nie. Wcale niewykluczone, że największy bój rozegra się w przyszłości nie pomiędzy PiS a PO czy WP, lecz właśnie między PiS a Samoobroną. Czy Jarosławowi Kaczyńskiemu uda się przechwycić wiejski i małomiasteczkowy elektorat Andrzeja Leppera - trudno dziś przewidzieć.
Co to jednak może oznaczać dla polskiej gospodarki?
Przyjmując jeden z możliwych wariantów, że za jakiś czas na scenie politycznej pozostaną: PiS (tzw. prawica), Samoobrona (lewica), PO + PD + SLD (lewica), zwolennicy wolnego rynku nie mogą być szczególnie zachwyceni, gdyż w szeregu znaczących na rynku politycznym partii nie będzie takiej, na którą mogliby z czystym sumieniem złożyć swoje poparcie. Czy jest jakieś wyjście z tej, na pierwszy rzut oka beznadziejnej, sytuacji? Na lewicę liczyć oczywiście nie można. Jej programy zawsze będą destrukcyjne dla gospodarki. Czy można zatem liczyć na PiS, czyli na tzw. prawicę? W interesie tej formacji jest, by jakoś się od lewicy odróżniać. Dla wielu polityków wystarczającą różnicą jest stopień pobożności, jednak to zbyt mało, by przyniosło Polsce wymierne korzyści gospodarcze. Wszystko zależy oczywiście od tego jacy ludzie - w związku z porządkowaniem sceny politycznej - znajdą się w PiS-ie i jacy będą mieli wpływ na jego decyzje. Jeśli nadal będą to politycy tak miałcy jeśli chodzi o wiedzę ekonomiczną, jak np. poseł Cymański, czy Dorn, albo Gosiewski, to przyszłość widzieć należy raczej w ciemnych barwach. Pytanie jednak, czy PiS bez nich jest w ogóle możliwy?
My, tak jak dotąd, nadal musimy wykazywać, że wolny rynek najlepiej służy ludziom, również tym najbiedniejszym, w nadziei, że serfujący po internecie Jarosław Kaczyński czy Ludwik Dorn, wpadną przypadkowo na Stronę Prokapitalistyczną i po lekturze stwierdzą: Tak! To jest to!

Paweł Sztąberek

* * *

Nietrafiona krucjata (4 września 2006)

Media jak to media co jakiś czas podejmują tzw. akcje w obronie interesu ogółu Polaków, które mają pokazać czytelnikom ich pism, że dziennikarze są po stronie uciskanego ludu, patrzą władzy na ręce etc. W ostatnim tygodniu na frontonie "Dziennika" mogliśmy przeczytać wielki tytuł: "Haracz za benzynę - koncerny paliwowe bez powodu windują ceny paliw na stacjach benzynowych". Tekst skupia się na krytyce stacji benzynowych i koncernów paliwowych będących jednocześnie właścicielami stacji, które - zdaniem gazety - z żądzy zysku stosują potwornie wysokie marże na paliwa. Gdyby marże wynoszące wg gazety nawet 75 groszy na litrze były mniejsze, benzyna mogłaby spaść do poziomu poniżej 4 zł. 3,96 - wielka cyfra rzuca się na każdego kto spojrzy tylko na gazetę. Pod spodem komentarz: tyle kosztowałby dziś litr benzyny bezołowiowej, gdyby obniżyły one marże na litrze do tradycyjnego poziomu 25 groszy na litrze.
Co ciekawe dwa dni później w tej samej gazecie ukazuje się wzmianka, że prezydent Rzeszowa nakazał obniżenie marży do tego właśnie poziomu na stacji benzynowej będącej własnością miasta! Obecnie można tam zatankować po 3,99zł za litr. I wszystko byłoby pięknie i można by przyklasnąć zarówno samej inicjatywie jak i pierwszym efektom, gdyby nie fakt, że na tej samej stronie jest diagram, który pokazuje strukturę cenową 1 litra bezołowiowego paliwa. Wynika z niego, że na cenę składa się pięć komponentów: 1,64zł to cena producenta, 0,67 zł to marża stacji, natomiast trzy pozostałe składniki - odpowiednio 1,31zł akcyza, 0,67zł podatek VAT i 0,09zł opłata paliwowa - są daninami na rzecz państwa. Sumując te trzy rodzaje danin wychodzi, że 2,07 zł z każdego litra trafia do państwa.
Dlaczego zatem dziennikarze rozpoczęli krucjatę przeciw właścicielom stacji benzynowych, którzy pobierają tytułowy "haracz za benzynę", a nie przeciw państwu? Jak bowiem nazwać 2,07zł pobierane przez państwo skoro 70 groszy jest haraczem? Bandytyzmem? Złodziejstwem? Skandalem? Uważam, że rzeczywiście marże pobierane przez właścicieli stacji są zbyt wysokie, ale rozpoczęcie z tego powodu krucjaty przeciw nim, podczas gdy prawdziwy okupant pobiera trzy razy tyle, jest pomysłem nietrafionym i w gruncie rzeczy nietaktownym. Bo przecież gdyby "marża" państwa wynosiła nie 2 zł, ale np. 1 zł to cena na stacjach nawet przy windowaniu przez ich właścicieli swoich zysków, byłaby znacznie, ale to znacznie niższa…

Paweł Toboła-Pertkiewicz

* * *

Nowatorski pomysł Andrzeja Leppera (28 sierpnia 2006)

III RP, jak szeroka i głęboka, zdołała wypracować przez okres swojego istnienia wiele zasad. Jedną z nich jest bez wątpienia "zasada rozdawnictwa publicznego grosza". Każdy rząd, począwszy od sławetnego "pierwszego niekomunistycznego", nie próbował zrobić nic, by z tą zasadą zerwać. Przypuszczam, że za kilkadziesiąt lat, jeśli sondażysta spyta przeciętnego Polaka, z czym kojarzy mu się np. Jacek Kuroń, ów odpowie zapewne, że to gość, który wymyślił "kuroniówki", czyli zasiłki dla bezrobotnych. Mało kto wspomni opozycyjną działalność tego lewicowego polityka, bo dla mało kogo będzie to miało znaczenie.
"Zasada rozdawnictwa publicznego grosza" kontynuowana jest w III RP w dość dziwaczny sposób. Tzn. każdy praktycznie rząd, choć nie odżegnywał się od tej zasady, to jednocześnie zapowiadał "zracjonalizowanie wydatków", "usprawnienie instytucji" zajmujących się socjalem, niekiedy "ostre cięcia" itp. Mimo tych zapowiedzi, których wcielenie w życie mogłoby, choć trochę przynajmniej, przyczynić się do ograniczenia wydatków na socjal, zabawa w "rozdawnictwo publicznego grosza" trwa w najlepsze - co roku pochłania ona coraz większe sumy, no i przybywa też pracowników budżetówki, zajmujących się świadczeniem socjalu. Rządy zapowiadają ograniczenia, a jednocześnie produkują takie ustawy, które państwowymi jałmużnami obejmują coraz większe rzesze Polaków. Dziś, pewnie sporo ponad połowę społeczeństwa, pobiera od państwa jakiś zasiłek.
Dlatego przyklasnąć trzeba wicepremierowi Lepperowi za to, że podjął się niedawno próby wyjścia poza dotychczasowy schemat, jeśli chodzi o mechanizmy rozdawnictwa. Po prostu pojechał na wieś za 100-ma tysiącami złotych i rozdał je wśród chłopów bezpośrednio, bez pośrednictwa urzędników, bez wywiadów środowiskowych, bez oglądania się na ustawy o pomocy społecznej, czy inne bzdety. Cała kasta urzędników mocno się tym oburzyła, no bo to przecież konkurencja... Jeśli nagle wszyscy politycy ruszą w kraj z walizkami pełnymi pieniędzy, bezpośrednio - bez pośredników - rozdawać jałmużny, to okaże się nagle, że połowa biurokracji w naszym kraju jest tak naprawdę niepotrzebna i powinna znaleźć się na zielonej trawce...
Jest tylko jeden mankament tego wyjścia poza schemat... Tak jak Andrzej Lepper, pewnie i wszyscy inni, którzy - jak niegdyś prezydent Lech Wałęsa - "ruszą w kraj", hojnie rozdawać będą nadal publiczny grosz, z którego przecież finansowane są partie polityczne. Bo jakoś trudno mi sobie wyobrazić, by którykolwiek z tych "społecznych przewrażliwieńców" poświęcił na "walkę z biedą" własne 100 tys. złotych...

Paweł Sztąberek

* * *

Atak na Wal-Mart (21 sierpnia 2006)

Jeśli ktoś myśli, że amerykańska lewica nie próbuje naruszać wolnorynkowych fundamentów społeczno-gospodarczych jest w błędzie. Jednym z najbardziej jaskrawych przykładów takiej próby są nieustające ataki wszelkiej maści lewaków na słynną amerykańską sieć Wal-Mart.
Zatrudniającą 1,7 miliona Amerykanów sieć odwiedza miesięcznie w samych tylko Stanach Zjednoczonych blisko 400 milionów ludzi. Stawki godzinowe są niemal dwukrotnie wyższe niż płaca minimalna (średnia stawka w Wal-Martach wynosi 10 USD/h, stawka minimalna nawet po ostatniej podwyżce wynosić będzie nieco ponad 7 USD/h). Wydawać by się mogło, że panuje idealna równowaga: wielka sieć daje pracę milionom ludzi, umożliwia ubogim kupno tych samych towarów po niższych cenach, więc szczególnie lewica powinna jeszcze przyklasnąć idei tego typu sklepów. Jest jednak inaczej.
W Chicago South Side, rada miejska zdominowana przez lewicę, nie zgodziła się na powstanie drugiego w mieście Wal-Martu. Sieć wybudowała zatem market tuż za granicami miasta. Powodem była troska o ludzi pracy, którzy - zdaniem radnych - są zbytnio wykorzystywani. I co się okazało? Dając ogłoszenie o naborze 350 pracowników zgłosiło się 25 tysięcy chętnych. 25 tysięcy chętnych do pracy za 10 dolarów za godzinę i to do firmy, w której - o zgrozo! - nie ma związków zawodowych.
Z drugiej strony Wal-Marty są atakowane przez prominentnych polityków Partii Demokratycznej. Za co? Za to, że rzekomo wyzyskują ludzi, że mają za duże zyski i w ogóle za to, że nie pozwalają ingerować politykom w działalność korporacji. Centrale związkowe od lat próbują wtargnąć do sieci z radami pracowniczymi, ale sami pracownicy im nieustająco dziękują.
Wiceprezydent Wal-Mart Corporation Bob McAdam powiedział po ostatnich atakach lewicy, że "żadna firma nie powinna mówić pracownikom na kogo mają głosować w wyborach, ale również politycy nie powinni mówić ludziom gdzie mają robić zakupy". No właśnie.

Paweł Toboła-Pertkiewicz

* * *

Komisja wczesnego ostrzegania (14 sierpnia 2006)

Mamy już w Europie system szybkiego ostrzegania. Jego matecznik to Komisja Europejska. Ostrzega przed czym tylko się da i co rusz wyrusza na jakieś wojny...
Niedawno Komisja ostrzegła przed nadmiernym opalaniem się w solarium. Zwiększa ono ponoć ryzyko zachorowania na złośliwego raka skóry. Komisja apeluje, by z solarium nie korzystały zwłaszcza "osoby o jasnej karnacji, piegowate, z wieloma pieprzykami". KE wydać ma na tę okoliczność nawet ulotkę oraz nakłonić właścicieli firm, by informowali użytkowników o ryzyku oraz by zastosowali się do norm, jakie już wkrótce mają być wprowadzone, tak by ograniczyć stopień promieniowania ultrafioletowego.
Komisja Europejska wzięła też na tapetę olejki do opalania oraz ... farby do włosów. W tych ostatnich ma być zakazane stosowanie 22 substancji chemicznych, które szkodliwie wpływają na zdrowie, a zwłaszcza mogą wywołać ... raka pęcherza. Nieważne, że, jak dotąd, nie udało się ustalić czy ktokolwiek w ogóle stosuje te substancje w produkcji farb do włosów, ale cóż szkodzi ostrzec zawczasu... Urzędnicy będą mieli robotę, powstaną nowe dokumenty, stworzone zostaną dodatkowe normy itd., itp.
I niech ktoś powie, że w Unii Europejskiej nikt nie przejmuje się losem konsumentów... Fakt, jest to dość szczególna troska. Bo, co prawda, realizowana jest z pieniędzy tychże konsumentów, zabieranych im w postaci coraz to wyższych podatków, ale konsument wie przynajmniej za co płaci. Skoro w dzisiejszych czasach trudno już liczyć na ochronę ze strony policji przed pospolitymi bandytami, to niechże chociaż komisarz Verheugen ochroni nas przed kremem do opalania i farbą do włosów! Nie mówiąc już o solarium!

Paweł Sztąberek

* * *

Początek kampanii w USA (7 sierpnia 2006)

W ubiegłym tygodniu Izba Reprezentantów Kongresu Stanów Zjednoczonych przegłosowała podniesienie do 2009 roku stawki minimalnej płacy z obecnych 5,15 USD/h do poziomu 7,25 USD/h. Niestety ustawa była inspirowana i została przegłosowana głosami kongresmanów republikańskich. Jak wytłumaczyć takie postępowanie amerykańskiej prawicy?
Wydawać się może, że usprawiedliwienia dla jawnie antyrepublikańskiego działania nie ma żadnego, natomiast przegłosowanie tej ustawy można wytłumaczyć po prostu zbliżającymi się wyborami. W listopadzie Amerykanie wybierają cały skład Izby Reprezentantów oraz 1/3 składu Senatu i wedle sondaży wszystko wskazuje na to, że niemal pewna jest strata większości w izbie niższej, zaś utrzymanie większości w Senacie może być niezwykle trudne. O ile zatem Republikanie nie mają zbyt wielkich sukcesów w polityce zagranicznej (Irak, Bliski Wschód, Afganistan, nie wspominając już o Ameryce Południowej), starają się to nadrobić pokazując wrażliwość społeczną, która miałaby pomóc w zdobyciu poparcia "ludzi pracy". Wydaje mi się jednak, że takie działanie obliczone na sukces wyborczy może obrócić się przeciw Republikanom. O ile bowiem przywódcy związkowi są głośni i pełno ich w amerykańskich mediach, o tyle zwykli Amerykanie, w większości o poglądach republikańskich, w ciszy pracują na bogactwo tego kraju. Ich głosu nie ma w programach telewizyjnych, nikt nie jedzie do Dakoty Płd albo Idaho, aby zapytać "rednecków" o zdanie.
I właśnie ta milcząca większość przez tego typu działania może się obrócić przeciw Republikanom. Demokraci od lat dbają nie o interes zdecydowanej większości Amerykanów, lecz o interesy i "prawa" poszczególnych głośnych mniejszości i przegrywają. Republikanie zamiast podążać za oczekiwaniami milczącej większości przytomnie myślących Amerykanów zaczynają puszczać oczko do mniejszości, w tym wypadku związkowców. I podejrzewam, że zamiast zwiększyć szanse wyborcze, tego typu działania przynoszą skutek odwrotny. Rozmawiałem ze zwykłym pracownikiem najemnym niewielkiego sklepu w USA, który mi powiedział, że on wcale nie cieszy się z podwyżki płacy minimalnej, gdyż właściciela zatrudniającego 4 pracowników nie będzie stać na takie wynagrodzenie w najbliższych latach. Efektem będzie to, że albo on, albo któryś z jego trzech pozostałych kolegów pożegna się z pracą, przez co Republikanie z pewnością nie zyskają przychylności small businessu.
Republikanie chcąc zachować przewagę w Kongresie powinni zatem iść za głosem milionów Amerykanów, a nie politycznych krzykaczy, których głosy i tak dostaną Demokraci.

Paweł Toboła-Pertkiewicz

* * *

Dobro "spekulacyjne" wg. ministra finansów (31 lipca 2006)

Zdążyliśmy się już przyzwyczaić do tego, że w ustroju interwencjonistycznym, z niezwykle rozrośniętą sferą budżetową, gdzie rząd steruje wieloma dziedzinami życia, tak jak ma to miejsce np. w III RP, pewne obszary ludzkiej aktywności są, w znacznym stopniu, wyłączone spod wpływu oddziaływania wolnego rynku. Problem ten dotyczy chociażby tzw. służby zdrowia, czy edukacji. Nadal przeważająca większość szkół to szkoły państwowe, podobnie jak państwowa jest zdecydowana większość przychodni i szpitali. Zwolennicy utrzymania takiego stanu rzeczy twierdzą najczęściej, że nie wszystko można poddać zasadom rynkowym, że nie wszystko jest towarem nadającym się do wolnej sprzedaży. Wszelkie dyskusje zamykane są twierdzeniem, że pieczę nad tym musi mieć państwo.
Gazeta "Dziennik" opublikowała w wydaniu z 28 lipca 2006 roku wywiad z obecnie urzędującym ministrem finansów, p. Stanisławem Kluzą. Jedno zdanie z wypowiedzi p. ministra nieco mnie przeraziło, ponieważ dopuszcza możliwość rozszerzenia zakresu towarów mogących być stopniowo wyłączanych spod działania wolnego rynku.
Dziennikarz pyta: "Jakie są argumenty za wprowadzeniem nowego podatku od nieruchomości? Dlaczego likwiduje się zasadę, zgodnie z którą obowiązek podatkowy nie powstaje, jeśli sprzedający był właścicielem nieruchomości dłużej niż 5 lat?"
Minister odpowiada: "W założeniach jest to podatek mający zniechęcić do traktowania mieszkania jako dobra spekulacyjnego. Mieszkanie w pierwszej kolejności powinno zaspokajać potrzeby mieszkaniowe rodzin. I właśnie ten podatek tę kolejność ustawia".
Szczerze pisząc mniej obeszłaby mnie odpowiedź pana ministra, gdyby brzmiała: "Każdy sposób na oskubanie podatnika jest dobry. Byleby więcej szmalu wyrwać do budżetu... Koniec". Jednak uzasadnienia dla wprowadzenia nowego podatku, jakim posłużył się minister, nie można określić inaczej, jak bolszewickim.
Pytanie, jakie się nasuwa brzmi: jakie jeszcze towary uzna wkrótce pan minister za "spekulacyjne"? O ile się nie mylę to najprostszą istotą handlu jest "kupić taniej, sprzedać drożej". I tak handluje się wszystkim i na całym świecie. Czy wkrótce na całą gospodarkę rząd nałoży nowy podatek, byleby tylko zniechęcić ludzi do uczestnictwa w działaniach "spekulacyjnych", czyli - mówiąc prościej - w życiu gospodarczym?

Paweł Sztąberek

* * *

Przestępstwo przeciwko wyborcom (24 lipca 2006)

Media doniosły niedawno, że aresztowany został lider jednej z nieznaczących partyjek, p. Adam Słomka. Postawiono mu zarzut stania na czele "grupy przestępczej", która popełniała przestępstwa - jak to określono - przeciwko wyborom. Chodzi zapewne o fałszowanie list poparcia dla kandydata na prezydenta. Fakt, złamanie prawa jest to niewątpliwe, ale żeby zaraz określać p. Słomkę mianem, które przysługiwało - jak dotąd - największym gangsterom tego kraju?
Mnie, w związku z całą tą sprawą, nurtuje jedna rzecz, czy wreszcie ktoś wpadnie na to, aby w kodeksie karnym wprowadzić artykuł o "przestępstwie przeciwko wyborcom".
Przeczytałem właśnie w jednym z dzienników, że polski system emerytalny jest coraz bliższy katastrofy. Mimo że państwo co miesiąc inkasuje od Polaków haracz zwany składką, mimo że haracz ten pobierany jest pod przymusem konsekwentnie od lat, nagle okazuje się, że może zabraknąć na emerytury. Każdy, kto płacił składkę (nie mając zresztą większego wyboru) ma prawo oczekiwać, że gdy osiągnie odpowiedni wiek, otrzyma tę składkę z powrotem, właśnie w formie emerytury. Tymczasem, jak donosi gazeta, może dostać figę! Przez te wszystkie lata ktoś zarządzał pieniędzmi odprowadzanymi na ZUS, ktoś uchwalał ustawy, przeprowadzał "reformy", obiecywał złote góry itp. Jeśli swoimi decyzjami doprowadził do katastrofy, powinien być nazwany przestępcą, który popełnił przestępstwo przeciwko wyborcom i za to trafić do więzienia.
W III RP znalazłoby się znacznie więcej przestępstw przeciwko wyborcom. Każda podwyżka podatków, której jedynym uzasadnieniem jest łatanie dziur budżetowych po poprzednikach, również powinna być nazwana przestępstwem przeciwko wyborcom. Obawiam się, że na wolności nie ostałby się, w związku z tym procederem, żaden z urzędujących dotąd ministrów, oraz wiceministrów, finansów. Nieskuteczność w zapewnianiu porządku publicznego i zła ochrona obywateli przed pospolitymi bandytami, niejednego ministra spraw wewnętrznych powinna wsadzić za kratki. A ile to niespełnionych obietnic wyborczych nagromadziło się w III RP? "Milion nowych miejsc pracy", "mieszkania za darmo", "obniżka podatków", "reprywatyzacja", "odbiurokratyzowanie gospodarki", "3 miliony mieszkań"... Trudno to wszystko zliczyć. Czy cały parlament nie powinien aby oglądać świata przez zakratowane okna?
Z przestępstwami przeciwko wyborcom mamy do czynienia niemalże na każdym kroku. Czy ktoś się jednak tym przejmuje? Póki co, zapuszkowano p. Adama Słomkę, bo działał "przeciwko wyborom"... Istotnie, wielki to gangster w porównaniu z tymi politykami, którzy co roku grabią obywateli na grube miliardy (przeznaczając je choćby na działalność swoich partii) i wcale nie odczuwają z tego powodu żadnych wyrzutów sumienia.

Paweł Sztąberek

* * *

Minister edukacji traci odporność psychiczną (17 lipca 2006)

W ustroju, w którym rządzą sondaże badania opinii społecznej, każdy, albo prawie każdy polityk w końcu oszaleje. Roman Giertych, odkąd został posłem, a następnie ministrem edukacji narodowej, przeszedł chyba przyspieszony kurs podlizywania się ludowi. Na dziesięć wypowiedzi pana ministra, sześć jest może rozsądnych, reszta natomiast - niestety - je obala. Co ciekawe, podlizywanie się pana ministra przynosi jak dotąd odwrotny skutek, tzn. zamiast coraz bardziej lubiany i kochany, jest on coraz bardziej nienawidzony. Fakt, niemała tu rola wszelkiego lewactwa, które do ministra Giertycha ma stosunek zdecydowanie ideologiczny, aniżeli merytoryczny, niemniej reakcje pana ministra dowodzą tylko tego, że ma on słabą odporność psychiczną i powoli zaczyna tracić głowę.
Ostatni pomysł pana Romana Giertycha, by wydać świadectwa maturalne tym, którzy matury nie zdali nie jest nawet surrealistyczny, jest po prostu idiotyczny. I jeśli polskie szkolnictwo jest chore, to ów pomysł idealnie wpisuje się w tę chorobę. A źródłami tej choroby są: system państwowego szkolnictwa, centralizm szkolny i przymus nauczania. Teraz już z pełnym przekonaniem stwierdzić można, że pan Roman Giertych nie ma pomysłu na uzdrowienie dziedziny, którą jako minister zarządza (niemalże jak król), bo gdyby naprawdę chciał ów system uzdrowić, musiałby ogłosić, że jego celem ostatecznym jest prywatyzacja szkolnictwa, decentralizacja, a w konsekwencji likwidacja ministerstwa edukacji, jako nikomu niepotrzebnego biurokratycznego tworu. Tymczasem mamy tzw. abolicję maturalną, która nie tylko podważa sens uczenia się, osłabia autorytet nauczycieli, ale jest także idealnym krokiem w stronę dalszej demoralizacji młodzieży, w ramach obowiązującego systemu.
Generalnie, wadą ministra jest to, że zbyt często zwołuje konferencje prasowe i ogłasza światu swoje pomysły. "Krowa, która dużo ryczy, mało mleka daje". Zamiast dużo gadać powinien raczej robić. Są sytuacje, że trudno nie czuć sympatii do ministra, gdy np. próbuje ograniczać zbędne wydatki ministerstwa, czy gdy zapowiada likwidację niektórych instytucji (np. Centrum Doskonalenia Nauczycieli), niemniej są momenty, że nie sposób zadać sobie pytanie: czy minister aby nie oszalał?
Jest chyba tylko jeden pozytywny aspekt decyzji ministra Giertycha w sprawie abolicji maturalnej, z którego pan minister zapewne nie zdaje sobie sprawy... Otóż, co bardziej zdolni uczniowie, gdy zobaczą, że są traktowani na równi z różnymi debilami, którzy choć nie uczą się to i tak zdają wszystkie egzaminy, czym prędzej porzucą szkoły i wezmą się za różne biznesy. W ten sposób - zamiast marnować czas w szkole - zaczną wykorzystywać swoje talenty i realizować swoje marzenia. Minister Giertych właśnie im, chcąc nie chcąc, powiedział, że wykształcenie, tzn. potwierdzający je papierek, nie jest tak naprawdę ważne do tego, by móc się realizować w życiu. Pytanie tylko, czy ci młodzi ludzie wybiorą tę życiową realizację w kraju, czy też poza nim?

Paweł Sztąberek

* * *

Zmiana premiera (10 lipca 2006)

Od kilkunastu, przynajmniej, dni pan premier Kazimierz Marcinkiewicz wyglądał tak, jakby ktoś cały czas trzymał mu przy skroni nabity pistolet. Był blady, niespokojny, nerwowy, jakiś taki nieswój, nie ten wyluzowany, medialny Marcinkiewicz. Czy premierowi ktoś groził? Czy ktoś go szantażował? Pojawiła się ostatnio w mediach nawet informacja o jakimś sporym wynagrodzeniu, które miał rzekomo przyjąć kilka lat temu od kogoś za doradztwo, którego nie było...
A może humor pogorszył się panu premierowi po tym, jak skonstatował, że z polską gospodarką nie jest wcale tak różowo, jak głosi to PiS-owska propaganda? Że bezrobocie spada, ale nie dlatego, że coraz więcej ludzi znajduje w kraju pracę, lecz dlatego, że coraz więcej bezrobotnych opuszcza Polskę? Że wzrost gospodarczy jest, owszem, ale jakoś nie przekłada się on na wzrost poziomu życia - przynajmniej większości Polaków? A może pan premier pojął nagle, że jak dotąd nic nie wyszło z jego planów odbiurokratyzowania gospodarki, obniżenia podatków, ograniczenia wydatków państwa, ułatwień dla biznesu, poszerzenia zakresu wolności gospodarczej itp.? Może dlatego właśnie był ostatnio taki smutny i jakby lekko przestraszony?
A może uświadomił sobie, że powołany przez niego nowy minister finansów to jednak nie był najlepszy pomysł, skoro swoje urzędowanie rozpoczął od zapowiedzi zwiększenia zatrudnienia w ... urzędach skarbowych o 1200 etatów dla poprawy ściągalności podatków?
I tak, zastanawiając się nad osiągnięciami gospodarczymi rządu, okazuje się nagle, że nie ma ich, tak naprawdę, zbyt wiele, a właściwie nie ma ich w ogóle. A ludzie żyją względnie nienajgorzej chyba tylko dlatego, że zarabiają w "szarej strefie" i że jakoś chronią te zarobki przed rządem, a nie dlatego, że rząd "stworzył im warunki". Poniekąd jest to prawda, zważywszy na to, że rząd nakładając na ludzi wysokie haracze prowokuje rozrost "szarej strefy". Ale czy należy to zaliczyć do sukcesów rządu? Nie o takich sukcesach myślał też pewnie p. Kazimierz Marcinkiewicz...
Jarosław Kaczyński, najpewniej nowy premier, w sobotnim wywiadzie dla państwowej telewizji, chcąc uspokoić - ponoć zaniepokojonych - inwestorów oznajmił, że jego polityka będzie "polityką kontynuacji". Nie brzmi to, niestety, zbyt pocieszająco. Polsce nie potrzeba polityki kontynuacji etatyzmu, stagnacji, nijakości. Polska potrzebuje radykalnego odwrotu od tej polityki i skierowania się w stronę wolnego rynku. Bez oglądania się na cokolwiek. Jarosław Kaczyński to człowiek z charyzmą, zdolny do radykalnych działań. Pytanie tylko, czy zdaje on sobie sprawę z ważkości takiej zmiany kierunku, czy czuje to i czy wie, że to także niezbędny warunek pełnego zerwania z komunizmem, z III RP i marszu w stronę nowego, wolnego Państwa Polskiego.

Paweł Sztąberek

* * *

Kto naprawdę obalił min. Gilowską? (3 lipca 2006)

Dziwne rzeczy dzieją się na naszej scenie politycznej. Ledwo tylko obalona została minister finansów, pani Zyta Gilowska, a już premier Kazimierz Marcinkiewicz ogłosił, że tzw. twórcy nadal będą mogli się cieszyć przywilejem niższych podatków. A mówił to w towarzystwie kilku reżyserów, którzy, albo już od dawna nie zrobili żadnego filmu, albo też robią knoty, na które nikt nie chce chodzić, może poza nimi samymi.
Ponieważ przywilej podatkowy dotyczy również dziennikarzy, premier wymownie się do nich uśmiechnął, zapewniając, że ich portfele także nie ucierpią. Tak więc, telewizyjni gwiazdorzy, ot, w rodzaju gwiazd numer jeden, red. Tomasza Lisa, czy red. Kamila Durczoka, którzy - jak mi się wydaje - negocjują swoje kontrakty przynajmniej od kilkuset tysięcy złotych wzwyż, nadal będą mogli się cieszyć z tego, że płacą niższy niż reszta hołoty, podatek dochodowy.
Przy okazji jasna staje się też odpowiedź na pytanie: kto obalił Zytę Gilowską? Teraz już przynajmniej wiadomo - tzw. twórcy, dla ratowania swoich portfeli... A kto obali socjalistów u władzy dla ratowania portfeli pozostałej, nieuprzywilejowanej części społeczeństwa?
Ale jakby tego było mało, tuż po obaleniu min. Zyty Gilowskiej, nowo i błyskawicznie powołany na ministra finansów, p. Wojciechowski ogłosił, że nie zamierza ograniczać administracji w urzędach skarbowych. Jak wiadomo, po tym, jak min. Gilowska zapowiedziała, że będzie redukować zatrudnienie w skarbówkach, ogłoszono w nich akcję protestacyjną jako wyraz dezaprobaty dla jej planów. Teraz urzędnicy z US-ów mogą spać spokojnie, bo nie dość, że nie będzie żadnych zwolnień to jeszcze przybędzie nowych etatów. Pan minister Wojciechowski (wykształcony ponoć na niezliczonej liczbie zagranicznych uczelni, których nazwy trudno nawet wymienić) zapowiedział bowiem, że planuje zatrudnienie w urzędach skarbowych dodatkowo 1200 urzędników "dla poprawy ściągalności podatków". Widać, że nowy minister nie na próżno kształcił się przez tyle lat. Bo gdyby ukończył jedynie szkołę podstawową pewnie nigdy nie dowiedziałby się, że tylko etatyzm prowadzi do szczęścia ludzkości.
Pani Zyta Gilowska, zaraz po swojej dymisji rozpoczęła snucie domysłów, kto wrobił ją w problemy lustracyjne i komu mogło zależeć na jej odejściu. Wspomniała coś nawet o mafii paliwowej, której interesy próbowała rzekomo naruszyć. Tymczasem odpowiedź wydaje się prostsza niż mogłoby się to wydawać. To "twórcy" do spółki z "Solidarnością" ze skarbówek obalili panią minister. Bo nie trzeba było długo czekać, by przekonać się, kto rzeczywiście skorzystał na jej odejściu...

Paweł Sztąberek

* * *

Naważyli sobie ... wina (26 czerwca 2006)

Komisja Europejska oznajmiła niedawno, że w UE jest nadprodukcja wina. W związku z tym zamierza ona doprowadzić do karczowania winnic. Za karczowanie będzie oczywiście płacić, tak jak dotąd płaciła czy nadal płaci za sadzenie.
Absurd? Nie, normalna unijna rzeczywistość. Socjalizm - jak mawiał bodajże Kisiel - słynie ze zwalczania problemów, które sam wymyślił. Nie inaczej jest w tym, jak i w setkach innych przypadków. Szczodra w rozdawnictwie publicznego grosza Unia najpierw rozdaje fundusze na lewo i prawo, a potem nagle stwierdza, że coś jest nie tak. Stąd w UE mnóstwo niepotrzebnych dróg, wiaduktów, z których nie można zjechać, skrzyżowań z niepotrzebną sygnalizacją świetlną, oczyszczalni ścieków budowanych nie tam, gdzie powinno się to zrobić...
Zanim Polska weszła do tego kołchozu, głośno było o zbyt wielkiej liczbie gospodarstw wiejskich, twierdzono, że w naszym kraju jest zbyt wielu rybaków, że mamy za dużo kopalń czy hut. Nie jestem w stanie zrozumieć, jak biurokraci potrafią obliczyć, że gdzieś czegoś jest za dużo. Pół biedy, gdyby skończyło się na liczeniu. Gorzej, że wyniki tych obliczeń usiłuje się wcielać w życie. Tak właśnie wygląda system centralnego sterowania gospodarką i ludzkim życiem.
Teraz KE orzekła, że w Europie jest zbyt dużo wina. Wychodzi na to, że w Europie konsument nie decyduje już prawie o niczym. Robią to za niego biurokraci.
Z zasiłkami z Unii Europejskiej np. na tworzenie czy modernizację winnic jest mniej więcej tak, jak z łatwym pieniądzem kredytowym. Jeśli jest on zbyt powszechny wówczas ludzie inwestują w to, w co w normalnych warunkach rynkowych niekoniecznie by zainwestowali. Dopiero po czasie okazuje się, że na wyprodukowany towar nie ma zbytu.
Nie twierdzę, że w Unii Europejskiej, a w każdym razie w niektórych jej "winnych" krajach nie ma nadprodukcji. Być może jest. Ale najlepsze, co Komisja Europejska mogłaby uczynić to odstąpić od jakichkolwiek dotacji, zarówno tych na rozwój rolnictwa, jak i jego likwidację (zawsze znajdą się chętni do brania kasy na sadzenia, jak i na karczowanie), a pozwolić konsumentom zadecydować o tym, jakie wino chcą pić. Producent wina, który nie jest w stanie wyprodukować swojego trunku bez pomocy państwa, wcześniej czy później zniknie z rynku. Inni przetrwają.
Wara urzędasom od wina!

Paweł Sztąberek

* * *

Strategiczne gałęzie politycznych łupów (19 czerwca 2006)

Ledwo tydzień temu napisałem, że rząd premiera Marcinkiewicza nie realizuje własnego programu gospodarczego, w tym nie likwiduje - jak obiecywał - podatku od spadków i darowizn, a tu nagle w tygodniu przychodzi wieść, że właśnie na radzie ministrów przyjęto rozwiązanie, które ma umożliwić częściową liwidację tego podatku. To dobra nowina. Wypada jeszcze mieć nadzieję, że rządowe rozwiązanie zostanie zaakceptowane przez parlament i chociaż jeden, wyjątkowo niesprawiedliwy haracz, zostanie zlikwidowany.
Szkoda, że takich wiadomości nie ma zbyt wiele. Większość nie pozostawia bowiem złudzeń, że rząd ani myśli rozstawać się w najbliższym czasie z naszymi pieniędzmi, również z tymi, które od lat zasilają niesprywatyzowane dotąd, tzw. strategiczne gałęzie gospodarki.
Tym, co ciąży na III RP, niczym jakieś fatum, to brak prywatyzacji wielu przedsiębiorstw. Określa się je właśnie mianem tzw. strategicznych gałęzi gospodarki. Historia ostatnich kilkunastu lat dowodzi, że przedsiębiorstwa te są, owszem, strategiczne, ale chyba głównie dla samych polityków, dla ich własnych interesów oraz interesów ich środowisk. Każda nowa ekipa, która przejmuje władzę w państwie nie jest w stanie zdobyć się na 100-procentową prywatyzację tych firm. Zawsze natomiast odbywa się gorszący spektakl obsadzania rad nadzorczych swoimi ludźmi.
Nie inaczej jest również teraz. PiS już powrzucał do tych rad "swoich" i zrobił to jeszcze gdy rządził samodzielnie. Obecnie jednak rządzi do spółki z Samoobroną i LPR-em. Samoobrona właśnie zaczyna się domagać, by w radach nadzorczych znaleźli się także jej przedstawiciele. Tylko czekać, jak z podobnym żądaniem wystąpi LPR.
Podział łupów trwa. "Strategiczne gałęzie gospodarki" będą go jeszcze w stanie wytrzymać pewnie długo, ale jak długo wytrzymają konsumenci, płacący coraz wyższe, z powodu m.in. rosnącej akcyzy, rachunki za energię elektryczną, czy za gaz... I to po to głównie, by zaspokajać niepohamowane apetyty partyjnych koterii.

Paweł Sztąberek

* * *

Ostatni moment, by zachować twarz (12 czerwca 2006)

Minister Zyta Gilowska nie ma jakoś szczęścia w rządzie Kazimierza Marcinkiewicza. Do tego, że nie pozwala jej się realizować własnej wizji zmian gospodarczych w Polsce, zdążyliśmy się już przyzwyczaić. Jednak to, że nie wolno jej także wprowadzać w życie wizji partii rządzącej, czyli PiS-u, to już zupełne kuriozum. To w końcu PiS obiecywał w kampanii wyborczej zredukowanie liczby progów podatkowych z trzech do dwóch, to PiS zapowiadał, że zlikwiduje wprowadzony jeszcze przez ministra Belkę podatek od bankowych odsetek, nazwany zresztą jego imieniem, to PiS także, a i p. Gilowska, obiecywali, że zniosą, przynajmniej w znacznej części, podatek od spadków i darowizn.
Dziś już wiadomo, że nic z tych obietnic nie będzie zrealizowane. Co gorsza, w najbliższych latach nie czeka nas żadna reforma, która mogłaby przyczynić się do redukcji wydatków państwa i do zmniejszenia haraczy jakie płacić muszą na ich pokrycie obywatele Polski. A haracze te będą, niestety, rosnąć. Ktoś w końcu będzie musiał pokrywać wydatki związane z uprzywilejowaniem przez państwo niektórych grup zawodowych, czyli np. górników, no i oczywiście tzw. twórców. Poza tym szykuje się podwyżka dla lekarzy i być może nauczycieli. Pieniądze dla nich też nie wezmą się znikąd. A kto wie z jakimi cudnymi pomysłami wyskoczą jeszcze poszczególni ministrowie byleby się tylko podlizać ludowi, tak jak usilnie od jakiegoś czasu robi to np. minister Giertych, czy ostatnio prezydent Lech Kaczyński.
Pani minister finansów twierdzi, że program podatkowy jej i PiS-u uda się wprowadzić w życie dopiero od 2009 roku. To oznaka nie tylko politycznej głupoty, ale i zwykłego tchórzostwa. Każdy głupiec jest w stanie zapowiadać reformy od momentu, od którego nie będzie już prawdopodobnie u władzy, bo rok 2009 to rok wyborów. Następna ekipa, znając życie, która odziedziczy państwo po rządach PiS-u i spółki, stwierdzi oczywiście, że państwa nie stać na zmiany w podatkach i pozostawi wszystko tak jak jest.
Pani minister Gilowska przyzwyczaiła nas już do tego, że ciągle ponosi w rządzie porażki, że nie może przeforsować niczego, co wypływa z jej przekonań, a co mogłoby uzdrowić polską gospodarkę i pewne sprawy uporządkować. Przyzwyczailiśmy się już chyba także do ciągłych, jak dotąd, nieskutecznych dymisji p. minister. Nie wiem czy nie byłoby lepiej dla zachowania przez panią Gilowską twarzy, gdyby rzeczywiście raz na zawsze pożegnała się z premierem Marcinkiewiczem. No bo cóż ją właściwie jeszcze trzyma na stołku ministra finansów?

Paweł Sztąberek

* * *

Bukowski miał rację (29 maja 2006)

Ostatnie doniesienia zza Oceanu nie pozostawiają wątpliwości - gospodarka amerykańska rozwija się w tempie, o jakim większość krajów UE może tylko pomarzyć. Nie sprawdzają się więc, jak dotąd, katastroficzne wizje wielu ekonomistów, którzy od dawna wieszczą wielki gospodarczy krach w Stanach Zjednoczonych. Mimo potężnego deficytu budżetowego, międzynarodowego, zbrojnego zaangażowania rządu USA i - ogólnie - bardzo niekorzystnej, wrogiej aury jaka na całym świecie rozpościera się nad Stanami, Amerykanie mają w sobie wystarczająco dużo siły i przedsiębiorczości, by wbrew tym przeciwnościom pozostać największą i najważniejszą gospodarką świata, o jednym z najmniejszych współczynników bezrobocia.
W Europie tymczasem odżywać zaczyna inny problem - powrotu do, wydawać by się mogło, obumarłej już konstytucji UE. Niedawno wypowiedziała się w tej kwestii nowa szefowa resortu spraw zagranicznych rządu III RP, sugerując, że Polska powinna ponownie rozważyć sprawę ratyfikacji traktatu. Do powrotu do dyskusji w sprawie konstytucji wzywa także kanclerz Austrii, a także rząd Holandii, dodając, że po raz drugi nie podda już traktatu pod ogólnonarodowe referendum (Holandia odrzuciła konstytucję UE właśnie w referendum). Pojawiła się też koncepcja, by zmienić zasadę wprowadzenia traktatu w życie. Dotąd obowiązywała zasada jednomyślności - wystarczyło, że jeden z krajów nie ratyfikował dokumentu, by cały przepadł. Teraz coraz częściej mówi się, że do jego uchwalenia wystarczyłaby zwykła większość.
Ostatnia nowość to głos w sprawie konstytucji UE kanclerz Niemiec, pani Merkel. Stwierdziła ona mianowicie, że w traktacie powinno znaleźć się odwołanie do Boga. To ponoć ma wystarczyć, by Niemcy znów poważnie zaczęły traktować, wydawać by się mogło dawno już pogrzebany, dokument.
Jak widać, zwolennicy tworzenia europejskiego super-państwa nie rezygnują. Pewnie w powołaniu nowej, wielkiej biurokratycznej machiny widzą oni szanse na stworzenie przeciwwagi dla gospodarczego giganta jakim są Stany Zjednoczone. Jeśli jednak sądzą, że zamknięcie europejskich narodów w sztywne ramy wspólnej, przesyconej socjalistycznym bełkotem konstytucji, wystarczy do tego, by ścigać się z Ameryką, to są w grubym błędzie.
Niestety rację miał Władimir Bukowski, gdy twierdził, że architekci Unii Europejskiej nie spoczną. Będą szukać nowych sposobów, byleby tylko osiągnąć swój cel. Zanosi się więc na kolejną odsłonę walki o budowę "Wspólnego Europejskiego Domu".

Paweł Sztąberek

* * *

Nowa "umowa społeczna" (22 maja 2006)

Właśnie dowiedzieliśmy się, że minister pracy i polityki socjalnej p. Anna Kalata zapowiedziała swoje wsparcie dla Ogólnopolskiego Porozumienia Związków Zawodowych (OPZZ). Na czym to wsparcie ma polegać? Otóż m.in. na zbieżności w poglądach. Okazuje się, że zarówno OPZZ jak i pani minister "(...) nie godzą się na biedę bezrobocie, brak perspektyw". "Macie we mnie swojego sojusznika, możecie liczyć na moją pomoc i wsparcie" - zadeklarowała minister pracy. W swojej deklaracji nic nie wspomina ona o wsparciu finansowym, ale kto wie - w OPZZ zapewne się nie przelewa, więc i to nie jest wykluczone. Zachęca natomiast pani minister działaczy związkowych do aktywnego udziału w negocjacjach nad "nową umową społeczną".
Cóż, jak dialog to dialog. Ale ile to już tych "umów społecznych" zaliczyła III RP? Zaczęło się oczywiście od sławnych umów "okrągłego stołu", które odbijają się naszej ojczyźnie czkawką po dzień dzisiejszy. Rozdawnictwo publicznego grosza w postaci różnych zasiłków, dotacji, subwencji itp. to też przecież nic innego, jak realizacja szczytnych "umów społecznych" zapoczątkowana przez dzielnego ministra Jacka Kuronia, o którym Guy Sorman w swojej książce "Wyjść z socjalizmu" pisał, że "(...) wódka jest obecna w jego biurze już od samego rana", a on sam jest "(...) fioletowy, krzykliwy, dziwny, przekrzykuje i nie słucha pytań".
Jak pod tym względem jest z obecną panią minister, nie wiadomo. Wiadomo natomiast, z doświadczenia, że gdy mówi się o "nowej umowie społecznej" to nie może to oznaczać niczego innego, jak tylko dalszego skubania podatników. Tzw. umów społecznych nie zawierają bowiem zwykli ludzie, lecz działacze, aktywiści, "liderzy" i różnej maści drapichrusty, którzy w każdej umowie z rządem potrafią zwietrzyć dla siebie interes. To przede wszystkim oni będą głównymi beneficjentami tych "umów". Związkowi działacze będą mieli pewną pracę w centralach, by pilnować czy "umowa" jest dotrzymywana, minister pracy będzie miał kolejne uzasadnienia dla swojego istnienia, jak to bardzo jest on społeczeństwu potrzebny, a liderzy organizacji pracodawców, dzięki wikłaniu się w politykę wciąż szlifować będą nowe dojścia do przywilejów dla wybranych biznesmenów ze swoich syndykatów. Zwykły szary człowiek albo nadal klepał będzie biedę "na bezrobociu", albo też koił żale w coraz tańszych denaturatowych drinkach nabywanych "na mecie" za zasiłki, które związki zawodowe, rząd i pracodawcy zagwarantują mu w nowej "umowie społecznej".

Paweł Sztąberek

* * *

Nagroda Friedmana 2006: Wolnościowy Nobel dla Laara! (15 maja 2006)

Amerykański Instytut CATO ogłosił, że trzecim laureatem przyznawanej co dwa lata prestiżowej nagrody Miltona Friedmana za Promowanie Wolności (2006 Milton Friedman Prize for Advancing Liberty) został były premier Estonii, Mart Laar. W uzasadnieniu czytamy, że Laar otrzymuje nagrodę za to, że "był głównym architektem transformacji gospodarczej zmierzającej w kierunku wolności, dzięki czemu Estonia stała się jednym z najszybciej rozwijających się krajów na świecie".
W 2002 roku laureat nagrody Nobla w dziedzinie ekonomii, prof. Milton Friedman zgodził się patronować nagrodzie amerykańskiego środowiska wolnościowców, która ma być przyznawana osobom mającym znaczący wpływ na poszerzania ludzkiej wolności na świecie. Friedman uznał, że Amerykanie, którzy od wieków żyją w wolnym społeczeństwie mają tendencję do zapominania o tym, że wolność nie jest darem, lecz trzeba niemal zawsze o nią walczyć. Według autora "Tyranii status quo", nagroda ma o tym przypominać promując osoby oddane tej walce. Pierwszym laureatem został w 2002 roku brytyjski ekonomista London School of Economics, prof. Peter Bauer, dwa lata później nagroda trafiła w ręce peruwiańskiego myśliciela Hernando de Soto. 16 maja br. podczas uroczystej gali w Drake Hotel w Chicago, Laar, oprócz pamiątkowej statuetki i uścisku dłoni noblisty, przyjmie również czek o wartości 500 tys. USD.
Zaraz po ogłoszeniu tegorocznego werdyktu, Mart Laar powiedział: "Jestem bardzo szczęśliwy i zarazem dumny, że otrzymuję tak cenną nagrodę. Szczególnie cenną dla mnie, gdyż prace prof. Friedmana były dla mnie inspiracją podczas reformowania mojej ojczyzny po półwiecznej okupacji sowieckiej. Jestem dumny, że tak skutecznie udało nam się wprowadzać w realne życie idee Miltona Friedmana. Ale ta nagroda jest również nagrodą dla moich drogich rodaków, gdyż to oni tak naprawdę dokonali estońskiego cudu".
Ed Crane, prezydent Cato Institute i jednocześnie przewodniczący kapituły przyznającej nagrodę, powiedział, że "Mart Laar jest idealnym zwycięzcą Nagrody Friedmana. Jego odwaga w głoszeniu i realizowaniu haseł wolności gospodarczej i osobistej jednostek doprowadziła do powstania państwa na terenie byłego Związku Sowieckiego, o którym mówi się Ťbałtycki tygrysť - wolnego narodu, który z powodzeniem konkuruje na światowych rynkach i jest modelowym przykładem pozytywnych możliwości wolności. Wybór Marta Laara podkreśla, że idee głoszone przez Miltona Friedmana sprawdzają się nie tylko na kontynencie amerykańskim, ale są uniwersalne i mogą być z powodzeniem zastosowane gdziekolwiek na świecie". W kapitule wybierającej zwycięzcę oprócz Crane'a zasiadają: żona noblisty, Rose Friedman, Anne Applebaum z Washington Post, John Blundell z Institute of Economic Affairs, były prezydent Salwadoru Francisco Flores, a także Fareed Zakaria z Newsweeka.
Warto w tym miejscu jeszcze raz przypomnieć, że dla byłego premiera Estonii - o czym sam z dumą przyznaje - dzieła Miltona Friedmana były jedynymi książkami z zakresu ekonomii jakie przeczytał od początku do końca. "Wszystko co było opisane w książkach Friedmana wydało mi się tak jasne i oczywiste", mówił podczas niedawnej wizyty w Polsce. A czy my, Polacy kiedykolwiek doczekamy się, że nagroda Friedmana trafi w ręce któregoś z naszych premierów lub ministrów? Być może, ale to wymagałoby uczynienia pierwszego kroku w tym kierunku, jakim jest zapoznanie się przez nich z dziełami Friedmana, bo patrząc na poczynania kolejnych rządów i ich politykę gospodarczą, są im kompletnie nieznane.

Paweł Toboła-Pertkiewicz

* * *

Handlowy 3 maja (8 maja 2006)

2 maja podano informację, że w święto narodowe 3 maja, ok. 600 tysięcy pracowników supermarketów musi przyjść do pracy. Przeciwko tej decyzji zaprotestowała "Solidarność", która domaga się "respektowania praw pracowniczych" i uszanowania przez wielkie koncerny ważnego dla Polaków święta.
Kwestia otwierania w dni świąteczne marketów od dawna rozpala emocje niektórych polityków i działaczy związkowych. Co jakiś też czas pojawia się postulat zakazu handlu w niedzielę i święta. Czy jest to postulat słuszny?
3 maja może być rzeczywiście sprawdzianem przywiązania i stosunku Polaków do narodowych świąt. Tego dnia zrobiłem sobie spacer w okolice supermarketów w moim mieście. I cóż zaobserwowałem? Niestety, ale dziesiątki, a gdzie niegdzie nawet setki samochodów zaparkowanych na przymarketowych parkingach. Piszę niestety dlatego, że zadecydowanie bardziej wolałbym, aby te setki samochodów stały na parkingu nieopodal placu, na którym odbywały się główne uroczystości z okazji Konstytucji 3 maja. Tak jednak nie było. Można wręcz stwierdzić, że liczba uczestników uroczystości stanowiła garstkę w porównaniu z liczbą ludzi robiących tego dnia zakupy.
Ale otwarte były nie tylko wielkie sklepy. Podczas spaceru zauważyłem, że tylko nieliczne małe, osiedlowe sklepiki były pozamykane. Pozostała, zdecydowana większość, handlowała sobie w najlepsze. Coraz mniej wierzę w to, że właściciele małych sklepów otwierają je w dni świąteczne, bo są zmuszani do tego przez wielkie markety. Prawdopodobnie do świąt narodowych czy kościelnych mają oni podobny stosunek, co zarządy wielkich koncernów, oraz ci wszyscy, którzy w takie dni robią zakupy.
Mimo tych wszystkich wątpliwości nie wydaje mi się, by odgórny zakaz handlu w święta był właściwym rozwiązaniem. To ludzie sami powinni wiedzieć, że pewne sytuacje wymagają szczególnych postaw, że w święta nie należy chodzić na zakupy... To my, jako naród jesteśmy słabi, a nie zachodnie koncerny są złe. Czy one mają obowiązek szanować nasze święta, skoro my sami ich nie szanujemy? Oczywiście można ich do tego zmusić, jednak czy przymus wywarty na nich, z nas uczyni większych patriotów?
Gdyby 3 maja do marketów nie zawitały tysiące konsumentów, wówczas w podobne dni więcej już by sklepów nie otwierano, gdyż po prostu by się to nie opłacało. Zanim więc wprowadzimy jakieś kolejne zakazy uderzmy się najpierw we własne piersi i zapytajmy się, czy w tej sprawie sami jesteśmy w porządku.

Paweł Sztąberek

* * *

Unia Europejska według prezydenta Kaczyńskiego (1 maja 2006)

Lech Kaczyński, gdy nie był jeszcze prezydentem III RP, powiedział w jakimś wywiadzie, że należy do socjalnego skrzydła w PiS-ie. I może nie należałoby jego sprawie poświęcać więcej miejsca, gdyby nie artykuł, jaki opublikował on kilka dni temu w "Dzienniku" (nr 10/2006), a który niestety potwierdza jego wcześniejsze deklaracje.
Prezydent RP snuje w nim swoją wizję Unii Europejskiej, oraz miejsca jakie powinna w niej zajmować Polska - choć ten wątek nie jest w tekście akurat najważniejszy i specjalnie wyeksponowany. Pełno w nim za to słów o potrzebie jednoczenia Europy, o konieczności jej rozszerzania, o solidarności itp. Jeśli chodzi o traktat konstytucyjny to Lech Kaczyński uważa, że jakaś ściślejsza forma integracji powinna mieć miejsce, choć niekoniecznie musi to przybierać od razu formę federacyjnego państwa. W każdym razie jeszcze nie teraz, nie tak szybko, nie zbyt gwałtownie... Kto wie, może za jakiś czas?
O dotychczasowym pomyśle na konstytucję europejską prezydent wyraził się dość enigmatycznie. Jego zdaniem nie mieli racji ci, którzy głosili, że jej zatwierdzenie będzie oznaczało krok w stronę jednego europejskiego państwa, lecz po chwili sam dodaje: "W traktacie konstytucyjnym znajdziemy jednak również i takie rozwiązania, które wskazują na to, że Unia po przyjęciu traktatu w jego obecnej wersji stałaby się Europą quasi-państwową". No więc mieli rację czy nie?
No i jeszcze jeden istotny wątek poruszony w artykule - "Europejski model społeczny". Prezydent Kaczyński nie byłby oczywiście sobą, gdyby nie wspomniał o "europejskiej solidarności". Według niego bogatsze kraje powinny pomagać biedniejszym w wyrównywaniu ich poziomu życia, a nie kierować się egoizmem. Lech Kaczyński zdaje sobie sprawę z kryzysu jaki przechodzą poszczególne państwa UE, a po chwili dodaje: "Osobiście mam wątpliwości, czy liberalne lekarstwo jest właściwą odpowiedzią na kryzys europejskiego modelu społecznego i czy jego uporczywe stosowanie nie przyniesie nadmiernie silnych skutków ubocznych. Bardzo głęboko się nad tym zastanawiam". Cóż, wydaje mi się, że jednak nie wystarczająco głęboko, skoro mylone są tu skutki z przyczynami. Bo na podstawie wcześniejszego wywodu prezydenta (odsyłam do gazety) można by wysnuć wniosek, że dobrobyt w Europie zagwarantował nie wolny rynek i ciężka praca wielu pokoleń, lecz coś bliżej nieokreślonego, teraz natomiast pojawia się kryzys - też chyba wzięty z kosmosu - na pokonanie którego "liberalne lekarstwo" nie jest - zdaniem Lecha Kaczyńskiego - najlepszym rozwiązaniem.
Szkoda, że prezydent III RP nie wyjaśnia dalej, co rozumie pod pojęciem "liberalnego lekarstwa", choć można się po trosze domyśleć, że chodzi o to, by państwa "starej Unii" nie postępowały egoistycznie i by zamiast umacniać socjalizm we własnych krajach, sprawiedliwie dzieliły się nim z pozostałymi.
Przyjęło się uważać, że w UE jest obecnie dwóch "eurosceptycznych" prezydentów: Lech Kaczyński oraz Vaclav Klaus. O ile jednak Klaus właściwie rozpoznaje rzeczywiste problemy Europy, stawia trafne diagnozy i podsuwa sprawdzone rozwiązania, o tyle Kaczyński cały czas lewituje między Trockim a Keynesem, wierząc, że tylko międzynarodowy socjalizm oraz państwowa redystrybucja dochodów przynieść mogą ludziom szczęście. Na czym więc eurosceptycyzm Prezydenta III RP rzeczywiście polega?

Paweł Sztąberek

* * *

Samozatrudnionym mówimy stanowcze nie! (24 kwietnia 2006)

Wszelkiej maści społeczni przewrażliwieńcy lubują się martwić o niemalże wszystko. Jakiś czas temu zamartwiali się oni m.in. o tzw. samozatrudnionych, czyli o jednoosobowe firmy świadczące usługi innej firmie, powstające na miejsce tradycyjnych umów o pracę. Przedmiotem zmartwienia było przeświadczenie, że wielu z tych ludzi zmuszanych jest przez pracodawców do zakładania tych jednoosobowych firm, czyli do tzw. samozatrudniania, gdyż jest to dla pracodawcy korzystniejsze i tańsze. Społeczni przewrażliwieńcy oburzali się, że w ten sposób samozatrudnieni tracą różne przywileje, np. socjalne, które przysługiwałyby im, gdyby nadal pracowali jako pracownicy najemni.
M.in. związki zawodowe poczuły się zagrożone, no bo jeśli samozatrudnionych zaczęłoby przybywać żaden związek nie byłby im do niczego potrzebny. Jakiś czas temu zaczęto więc podejmować starania o ograniczenie możliwości samozatrudnienia. Starania te odżywają ponownie...
Właśnie media doniosły, że szef NSZZ "Solidarność" prawdopodobnie przekonał minister finansów Zytę Gilowską do ograniczenia prawa do korzystania z 19-procentowej liniowej stawki PIT. Jeśli sejm zaakceptuje zmiany, wówczas nowe prawo podatkowe weszłoby w życie już w 2007 roku.
Serwis Onet.pl donosi: "W Pulsie Biznesu z 13 kwietnia poinformowaliśmy, że opracowany w Ministerstwie Finansów projekt nowelizacji ustawy o PIT przewiduje nową definicję działalności gospodarczej oraz wskazuje czynności, które nie będą traktowane za wykonywane w ramach takiej działalności. Zdaniem cytowanych przez nas ekspertów podatkowych, proponowany zapis uderzy w tzw. samozatrudnionych".
A szef "Solidarności" Jausz Śniadek stwierdza: "19 proc. liniowy PIT to szwindel i furtka dla najbogatszych do płacenia niskich podatków".
Albo pan Śniadek oszalał albo nie wie, co mówi. Znając życie, ewentualna zmiana prawa w najbogatszych akurat nie uderzy, natomiast najbardziej odczują ją jednoosobowe firmy, których dochody bardzo często nie odbiegają od przeciętnej krajowej. Jeszcze niedawno p. Śniadek martwił się o samozatrudnionych, że są "zmuszani", "wykorzystywani" itp. Teraz natomiast bez żadnych ogródek twierdzi: "To furtka dla cwaniaków na płacenie niższych podatków. Z moich informacji wynika, że tylko w pierwszym roku obowiązywania liniowca inspekcja pracy uznała, że 13 tys. ludzi rzeczywiście jest na stosunku pracy, a nie na samozatrudnieniu".
No i masz babo placek... "Wykorzystywani" nagle stają się - w oczach lidera "S" - "cwaniakami", którzy chcą płacić niskie podatki... A wiadomo przecież, że w III RP niskie podatki oraz pozbawianie związków zawodowych ludzkiego zaplecza to grzechy śmiertelne! Szkoda tylko, że p. Zyta Gilowska to żadna "żelazna dama", a co najwyżej "panienka z waty cukrowej".

Paweł Sztąberek

* * *

"Państwo liberalne" wg. marszałka Jurka (18 kwietnia 2006)

Dewiza Goebbelsa sprawdza się jak ulał w naszej rzeczywistości. "Kłamstwo powtarzane tysiąc razy, w końcu staje się prawdą"... No, może nie tak do końca prawdą, bo przecież nadal jest to kłamstwo. Jednak coraz większa rzesza ludzi zaczyna wierzyć w to, że jest inaczej.
Choroba zaniku wiary w prawdę dotyka nawet tak - wydawałoby się - zacne osoby, jak np. marszałek sejmu, p. Marek Jurek. Wpadł mi w ręce wywiad jakiego niedawno udzielił on tygodnikowi "Najwyższy Czas!". Na pytanie, co będzie świadczyło o tym, że IV RP powstaje marszałek odpowiada: "Zmieniamy politykę polską w wielu wymiarach. IV Rzeczpospolita powinna być państwem dobra wspólnego i solidarności społecznej w miejsce państwa liberalnego, działającego kosztem interesu publicznego, w którym państwo i władzę publiczną postrzega się jako zagrożenie dla społeczeństwa. To z kolei tworzyło pole działania dla sił, które czerpały ze słabego państwa. Chodzi o nomenklaturę komunistyczną i instytucje pozostałe po komunizmie oraz ugrupowania laicko-liberalne. Te ugrupowania na słabości państwa korzystały. A w cieniu sporów społecznych i ideowych korzystali również przestępcy...".
Cóż, gdybyśmy mieli być zbyt pamiętliwi to moglibyśmy przypomnieć, że swój udział w powstaniu tego - jak to się wyraża marszałek Jurek - "państwa liberalnego", które stworzyło żerowisko dla wszelkiej postkomuny, miał m.in. nie kto inny, jak poseł OKP z 1989 roku, właśnie p. Marek Jurek. W słynnym głosowaniu, które gen. Jaruzelskiego wyniosło na fotel prezydenta państwa, wstrzymał się on od głosu. Zazwyczaj to ówczesne fatalne wstrzymanie, uważane za jeden z istotnych elementów umów okrągłego stołu, wypomina się dziś posłowi Rokicie, zapominając, że nie był on jedynym, ale mniejsza z tym. Znacznie gorsze jest, iż dziś odpowiedzialnym za patologie III RP wini marszałek Jurek jakieś "państwo liberalne", którego nigdy w III RP nie było. Było za to państwo postkomunistyczne, państwo etatystyczne, państwo rozdętego socjalu i dławiących przedsiębiorczość koncesji, państwo wysokich podatków i braku szacunku dla własności prywatnej, państwo "kapitalistycznych wyzyskiwaczy" i "dobrych, szlachetnych i bezinteresownych związkowców"... I gdzie pan marszałek Jurek widzi tu jeszcze miejsce dla "państwa liberalnego"?
Ludwig von Mises tak pisze w "Interwencjonizmie": "Naiwne jest więc twierdzenie, że prawdziwi liberałowie, przez to, że popierają prywatną własność są jednocześnie wrogami państwa, gdyż chcą ograniczyć jego działalność. Nie są wrogami państwa, tylko przeciwnikami socjalizmu i interwencjonizmu, ponieważ wierzą oni w nadrzędną skuteczność gospodarki rynkowej. Chcą jednocześnie silnego i dobrze zorganizowanego państwa, gdyż przyznali mu ważne zadania: ochronę systemu gospodarki rynkowej". Obawiam się, niestety, że nie takie zadania państwa ma na myśli marszałek Jurek, gdy mówi o "państwie dobra wspólnego i solidarności społecznej". A może się mylę?

Paweł Sztąberek

* * *

Czy szykuje nam się raj na ziemi? (10 kwietnia 2006)

Francuski "Le Monde" napisał kilka dni temu, że Polskę jeszcze w tym roku czeka poważny kryzys gospodarczy, a złotówka może stracić nawet 30 procent swojej obecnej wartości. Prognoza jak prognoza. Co rusz ktoś coś próbuje wieszczyć, choć ilości totalnych nietrafień prognoz wygłaszanych przez tzw. ekspertów gospodarczych nie da się już nawet zliczyć.
Pomijając nieżyczliwe Polsce opinie zagranicznej prasy, głoszone na złość - jak to się nieraz podaje - "konserwatystom" rządzącym naszym krajem, ryzyko prawdziwego kryzysu wydaje się tym razem - niestety - rzeczywiście bliskie. Sytuacja polityczna nie była zresztą trudna do przewidzenia (choćby mój komentarz tygodnia z 7 listopada 2005 roku "Pytania o rząd") i problem przed jakim stanął obecnie Jarosław Kaczyński, PiS oraz PiS-owski mniejszościowy rząd, nie zaskakuje. Zapytać jedynie wypada, czy w Polsce rzeczywiście nie ma szansy na jakikolwiek przełom gospodarczy?
PiS od samego początku nie grzeszył gospodarczym rozsądkiem. Jedno z nielicznych światełek w tunelu, czyli Zyta Gilowska, też - zdaje się - już skapitulowała. O obniżaniu podatków mowy już nie ma, "nie teraz" w każdym razie; o ułatwieniach dla przedsiębiorców wszyscy już chyba dawno zapomnieli; kto by też pamiętał dziś o zniesieniu podatku od spadków i darowizn skoro zaraz trzeba będzie być może przyjmować ustawy przyznające wszystkim socjalne jałmużny, zasiłki dla bezrobotnych, senioralne, potrójne becikowe itp.... Czyli zobowiązania państwa, na które potrzebne będą duuuuuuże pieniądze.
Rząd PiS-u z "Samoobroną", PSL-em, czy LPR-em oznaczał będzie mniej więcej to samo, co oznaczał "pakt stabilizacyjny", czyli przelicytowywanie się, "kto da więcej!" (no bo przecież o tym, kto najpierw więcej obywatelom zabierze - cicho szaaa.....), oraz nawarstwiające się konflikty pomiędzy koalicjantami. Na te konflikty nakładać się z czasem zaczną spory wewnątrz samego PiS-u, które z tej partii nadziei na IV RP uczynią kolejny AWS, tyle że upadek będzie chyba nieco bardziej spektakularny...
Czy Polska, rządzona pod hasłem "Kto da więcej", może - wobec tego - stać się rajem na ziemi? Owszem, ale chyba tylko pod jednym względem - przybędzie golców, choć niekoniecznie wesołych...

Paweł Sztąberek

* * *

Kradzież ma się dobrze... (3 kwietnia 2006)

Jeśli ktoś myśli, że jedynym problemem z jakim borykać się muszą polscy drobni przedsiębiorcy jest opresyjność aparatu biurokratycznego, wysokie podatki i wysokie koszty pracy, ten jest w błędzie. Otóż w wielu przypadkach jest nim także niesolidność pracowników i kontrahentów. Z niedawno opublikowanego raportu wynika, że zmorą w funkcjonowaniu firm są np. kradzieże. Oznacza to, że z zasadą poszanowania cudzej własności wielu Polaków wiąż jest na bakier.
Pracodawca, gdy zatrudnia pracownika dzieli się z nim częścią swojej własności. Powierza mu do przetwarzania dobra, na zakup których musiał wydać własne pieniądze. Udostępnia mu budynki, materiały, maszyny i towar, za który zapłacił z własnej kieszeni. To dzielenie nie jest oczywiście bezinteresowne. Pracodawca robi to wszystko po to, by zarobić więcej, aniżeli musiał dotąd za to wszystko zapłacić. Dzieli się on swoją własnością z innymi po to, by tej własności było coraz więcej, zarówno dla niego, jak i - siłą rzeczy - dla innych. Jeśli pracodawcy się nie uda i zbankrutuje, traci on bez porównania więcej, niż zatrudniony przez niego pracownik. Zostanie z potężnym długiem, czy to wobec banków, czy wobec innych przedsiębiorców. Zostanie sam ze swoim problemem, podczas gdy pracownik poszuka sobie pracy w innej firmie.
Zjawisko kradzieży w firmach dowodzi, że wielu ludzi wciąż nie rozumie rozmiarów ryzyka podejmowanego przez przedsiębiorców. Nieważne kto kogo okrada, czy przedsiębiorca swojego pracownika, czy pracownik przedsiębiorcę, czy wreszcie jeden przedsiębiorca innego przedsiębiorcę... W każdej z tych sytuacji złodziejowi wydaje się, że "on" i tak ma wystarczająco dużo, by mógł odczuć kradzież jakiejś części własności. Nie rozumie chyba także, choć pewnie chodzi co niedzielę do kościoła, że łamie Boże Przykazania. Bóg wyraźnie mówi "Nie kradnij, ani nie pożądaj żadnej rzeczy, która nie należy do ciebie".
Kradzież tak bardzo chyba weszła nam w krew, że jest niezauważana nawet przez osoby duchowne, na barkach których w sposób szczególny spoczywać winien obowiązek nauki o życiu w zgodzie z bożymi przykazaniami. A ileż razy w ciągu roku ksiądz poświęca swoją homilię właśnie zwróceniu uwagi na przykazanie "Nie kradnij"? Ja, w każdym razie, nie przypominam sobie żadnego.
Dziś, po mszy w moim kościele, ksiądz odczytał apel miejscowej policji o rozważne poruszanie się po drogach - ostrożnie przechodzić przez jezdnię, jeździć z prędkością dopuszczalną w terenie zabudowanym, włączać światła itp. Nie miałbym nic przeciwko temu, gdyby na kolejnej mszy odczytano apel (choćby policji, skoro księża nie widzą tego problemu), by wzajemnie się nie okradać. Jasne, że nie wszyscy go posłuchają, tak jak nie wszyscy posłuchają apel o przestrzeganie zasad na drogach. Ale publiczne napiętnowanie złodziejstwa przypomni wielu z nas, że kradzież to zło. Zło, z którym trzeba walczyć.

Paweł Sztąberek

* * *

Anty-gospodarcza polityka państwa (27 marca 2006)

GUS ogłosił niedawno, że bezrobocie w Polsce utrzymuje się na niezmienionym od dawna poziomie, czyli 18 procent. Trochę ta cyfra dziwna, zważywszy na fakt, iż w ostatnich miesiącach wyjechało ponoć z Polski za chlebem co najmniej kilkaset tysięcy ludzi. Albo więc nasz kraj opuszczają ci, którzy w Polsce pracowali i nie zasilali statystyk urzędów pracy, czyli ci najbardziej produktywni; albo też bezrobotni, którzy jednak co miesiąc wracają do kraju po to tylko, by "odhaczyć się" w pośredniaku i ewentualnie zainkasować zasiłek; albo też bezrobocie rośnie tak lawinowo, że lukę po kilkuset tysiącach bezrobotnych, którzy wyjechali z Polski natychmiast zapełniło kilkaset tysięcy nowych bezrobotnych, tak, że liczba 18 procent wciąż pozostaje nietknięta.
Mniejsza zresztą o statystykę... Tuż po ogłoszeniu danych GUS pojawiły się różne komentarze. W jednym z nich oszacowano, że około 25 procent z tych bezrobotnych pracuje "na czarno". Zaraz też pojawiły się recepty, co należy zrobić, by tę sytuację zmienić. Któraś ze stacji telewizyjnych pokazała ekonomistę, który stwierdził, że "trzeba zlikwidować szarą strefę". Zakładam oczywiście możliwość dokonania przez ową stację manipulacji polegającej na wyemitowaniu niewielkiego fragmentu dłuższej wypowiedzi wspomnianego ekonomisty... Jeśli jednak wypowiedź ekonomisty miałaby się ograniczyć tylko do przekazu, który wyemitowała telewizja, to strzeżmy się takich ekonomistów!
"Szara strefa" w normalnej gospodarce wolnorynkowej stanowiłaby margines - poza tym byłaby ona czymś wręcz nieopłacalnym. Ponieważ jednak w III RP nie mamy normalnej gospodarki wolnorynkowej, lecz gospodarkę z szeroko zakrojonym interwencjonizmem państwowym, "szara strefa" jest czymś oczywistym i naturalnym. Ludzie tworząc "szarą strefę" bronią się przed wiecznie nienasyconą naszych pieniędzy państwową machiną. Z uczestnictwa w "szarej strefie" nie cieszą się zapewne ani pracodawcy, ani pracobiorcy. Jest to pewnego rodzaju konieczność, dzięki której obie strony jakoś mogą przetrwać, mając nadzieję, że żaden funkcjonariusz skarbowy nie wpadnie na ich trop...
Jeśli zatem chce się szczerze ograniczać bezrobocie, walczyć należy nie z "szarą strefą", a z przyczynami, które ją generują. A przyczyny te zawsze tkwią w polityce państwa. W złej, szkodliwej anty-gospodarczej polityce państwa...

Paweł Sztąberek

* * *

Na marginesie pewnej audycji... (20 marca 2006)

Niedawno na antenie Radia Maryja gościł były premier Estonii, p. Mart Laar. Tłumaczył m.in., jak to się stało, że jego kraj, ze zniszczonej komunizmem republiki sowieckiej, stał się, w krótkim czasie, jednym z najprężniej rozwijających się państw świata. Do audycji dodzwonili się m.in. były poseł, pan Antoni Macierewicz oraz jeden ze słuchaczy...
Przynajmniej jedna z kwestii poruszonych przez p. Macierewicza wydaje się wskazywać, że nie do końca zrozumiał on przesłanie p. Laara. Podczas gdy były premier Estonii tłumaczył zasady, które przyspieszyły wzrost gospodarczy Estonii i przyczyniły się do - praktycznie - likwidacji bezrobocia, p. Macierewicz stwierdził, że w Polsce najważniejszym problemem nie jest wzrost gospodarczy, lecz zmniejszenie bezrobocia. Szczerze mówiąc, nie bardzo rozumiem, jak można te dwie sprawy oddzielić, tzn. ograniczyć bezrobocie bez pobudzenia wzrostu gospodarczego. No bo chyba nie marzą się byłemu szefowi MSW czasy PRL, gdzie oficjalnego bezrobocia istotnie nie było, podobnie zresztą jak i wzrostu? Pan Macierewicz powinien zatem wiedzieć, że bezrobocie dlatego jest obecnie poważnym problemem, ponieważ politycy cały czas uchwalają ustawy krępujące przedsiębiorców. Miernikiem pracy parlamentu stała się ilość przyjętych w kadencji ustaw: im ich więcej tym - niby - lepiej. Ale tym, że wiele z tych ustaw to zwykłe ekonomiczne szkodnictwo, które generuje bezrobocie, nikt już się specjalnie nie przejmuje. Żeby zatem ograniczyć w Polsce bezrobocie należy stworzyć takie prawo, które uwolni energię tkwiącą w przedsiębiorcach i po prostu da im szansę na zatrudnienie większej liczby pracowników. Niby proste, jednak w naszych warunkach dziwnie niewykonalne. Może dlatego, że nie rozumiane?...
Kolejny telefon, od wspomnianego na wstępie słuchacza, dotyczył jednej z wypowiedzi p. Laara, gdy stwierdził on, że należy mieć ograniczone zaufanie do własnego rządu. Słuchacz zrozumiał tę wypowiedź - tak ja to przynajmniej odebrałem - jako wezwanie niemalże do narodowej zdrady. "Byli już tacy, co woleli Katarzynę" - podsumował. Intencja p. Laara była jednak zupełnie inna. Mówiąc o ograniczonym zaufaniu dla rządu mówił on o tym, że może on być dla własnych obywateli równie niebezpieczny, jak rząd obcy. Jeśli dany rząd grabi własnych obywateli poprzez wysokie podatki, jeśli nie szanuje ich własności, jeśli stawia się ponad prawem, łamie je, czy dopasowuje do własnych potrzeb, to czy wówczas taki rząd nie zasługuje na potępienie i na to, by go zwalczać? Mimo nawet tego, że jest rządem własnym?
Występujący stosunkowo często na antenie Radia Maryja p. Stanisław Michalkiewicz zwykł określać współcześnie nami rządzących mianem "nasi okupanci". Może pan Stanisław powinien poświęcić jeden z kolejnych swoich felietonów wytłumaczeniu słuchaczom RM, co - twierdząc tak - ma na myśli i co na myśli miał z całą pewnością pan Mart Laar...

Paweł Sztąberek

* * *

Kosztowne gadżety za pieniądze podatników (27 luty 2006)

Niestety, ale - niezdrowo podgrzewane przez politycznych wyjadaczy - nasze życie społeczno-polityczne osiągać zaczyna niebezpiecznie wysoki poziom absurdu. Kraj, w którym przedsiębiorczych ludzi państwo okrada z połowy ich dochodów, kraj, gdzie bezrobocie oficjalnie sięga ponoć ok. 18 procent, kraj, w którym obowiązuje ponad 200 dziedzin działalności gospodarczej obarczonych koncesjami, kraj w którym sukces ekonomiczny w dużej mierze uzależniony jest od układów polityczno-towarzyskich, a nie od własnej pomysłowości i przedsiębiorczości, ten kraj nagle dowiaduje się, że największym jego problemem jest ... wybór Rzecznika Praw Dziecka oraz kwestia, czy dzieci należy karcić, czy też ich karcić nie należy, i czy takowym rzecznikiem zostać powinna osoba, która nie ma własnych dzieci, czy też może taka, która je ma.
Rzeczywiście - większych problemów nie ma już w III RP. Czy zatem Polska jest już krajem normalnym skoro toczone są w niej wyłącznie spory w rodzaju udowadniania "wyższości Świąt Wielkiej Nocy nad Świętami Bożego Narodzenia"? Otóż chyba jednak nie! Gdyby bowiem III RP była krajem normalnym, takie instytucje jak rzecznik praw dziecka, czy jakikolwiek inny rzecznik czyichś tam praw, w ogóle nie powinny istnieć i dawno już lec winny na śmietniku historii. Ten spór, i inne jemu podobne, dowodzą tylko jak daleko nam do normalności i jak bardzo politycy oddalają się od normalnego życia, jak daleko mają gdzieś rzeczywiste problemy kraju.
Ale byłbym nieuczciwy gdybym nie napomknął, że o ekonomii też się w "elitach" co nieco mówi... Tyle, że o ekonomii rozumianej dość specyficznie, tzn. po "europejsku", a właściwie po "unijnemu"... Czyli, co by tu wymyślić, by wyrwać z Unii jak najwięcej kasy.
Ot, prezydent Łodzi, p. Jerzy Kropiwnicki zastanawia się na przykład, jak by tu zagospodarować unijne środki przeznaczone dla tego miasta na najbliższe lata. A że środki te mają być niemałe, więc problem jest poważny. No i wymyślono sobie, że ... wybuduje się szybką linię tramwajową łączącą Łódź z Pabianicami. Rewelacja!!! O ile się nie mylę, linia tramwajowa między tymi miastami istnieje już od bardzo dawna, pomiędzy Łodzią i Pabianicami kursują autobusy PKS, autobusy komunikacji miejskiej, a także pociąg. Jestem gotów założyć się, że szybki tramwaj łączący te miasta nie jest tak naprawdę potrzebny, bo gdyby był, dawno by już powstał. Ale cóż, jest kasa to trzeba ją wydać! Typowo urzędniczy styl myślenia, rodzący się wówczas, gdy ma się do czynienia z nie swoimi pieniędzmi.
Łódź to tylko przykład czekającego nas unijnego marnotrawstwa. Takich niepotrzebnych linii tramwajowych, niepotrzebnych dróg, zbędnych mostów, niepotrzebnych oczyszczalni ścieków i czego tam jeszcze dusza zapragnie, powstawać będzie u nas coraz więcej, gdyż trzeba będzie "jakoś zagospodarować unijne środki" i wykazać to w rocznym sprawozdaniu "do centrali". Dopiero gdy ten chory system się zawali okaże się, jak wiele zmarnowaliśmy czasu i energii na tworzenie zbędnych gadżetów, które na wolnym rynku albo nigdy nie miałyby racji bytu, albo też powstałyby za prywatne pieniądze, jeśli oczekiwaliby ich konsumenci. Ale takie mamy czasy, że pewne rzeczy powstają tylko dlatego, że niezbędne są nie zwykłym ludziom, lecz wyłącznie biurokratom. Ot takie chociażby, jak "szybki tramwaj", czy - żeby daleko nie sięgać - stanowisko rzecznika praw dziecka...

Paweł Sztąberek

* * *

Centralny Urząd Anty-rozsądku (20 luty 2006)

Mnożenie urzędów to już chyba jakaś wyjątkowa specjalność polskich polityków. Jako przejaw dalszego utrwalania tej specjalności rozumieć chyba należy zamierzenie rządu Kazimierza Marcinkiewicza, by powołać kolejny urząd - tym razem Centralny Urząd Antykorupcyjny. Na pierwszy rzut oka idea wydaje się bardzo szlachetna i potrzebna. Korupcja bowiem w III RP szaleje niczym jakieś tornado i jak dotąd nic nie jest w stanie jej powstrzymać. Ale czy droga do jej zwalczenia wiedzie poprzez tworzenie nowego biurokratycznego bytu?
Rząd PiS-u szedł do władzy z bardzo rozsądnym hasłem "tańszego państwa". Może inaczej, wedle PiS-u, należałoby je interpretować, niemniej wydaje się, że "tanie państwo" to - na zdrowy rozum - mniejsza biurokracja, więcej pieniędzy w rękach obywateli, mniej władzy w rękach urzędników, a więcej w rękach zwykłych ludzi, więcej wolności gospodarczej itp. Rzecz prosta - wystarczyłoby zacząć wcielać w życie postulat "taniego państwa", a wówczas żaden urząd antykorupcyjny nie byłby potrzebny. Korupcja rodzi się przede wszystkim właśnie tam, gdzie wszystkie wymienione wcześniej cechy "taniego państwa" są zanegowane.
Urzędy mają to do siebie, że z czasem ulegają degradacji, zaczynają służyć same sobie, rozbudowują się pochłaniając coraz to większe kwoty budżetowe, a sens swojego dalszego istnienia są w stanie uzasadniać na różne sposoby. Tworzenie Centralnego Urzędu Antykorupcyjnego to w pewnym sensie wyraz kapitulanctwa i braku wiary w to, że korupcję można, w znacznym stopniu, ograniczyć w sposób naturalny, po prostu oddając społeczeństwu władzę zawłaszczoną przez państwo. To także dowód na to, że rząd tak naprawdę chyba nie chce korupcji zwalczyć. No bo jeśli miałoby być inaczej to czym właściwie miałby się, w dłuższej perspektywie, zajmować Centralny Urząd Antykorupcyjny?

Paweł Sztąberek

* * *

Trzymamy kciuki, Pani Minister! (13 luty 2006)

Minister finansów p. Zyta Gilowska przedstawiła wreszcie plan zmian w systemie podatkowym. Wiele z tych propozycji jest godnych poparcia. Bez wątpienia przydałoby się jednak więcej radykalizmu, niemniej każda zmiana idąca w kierunku uproszczenia podatków i ich obniżki zasługuje na uznanie.
Wśród zapowiadanych zmian nie sposób nie zauważyć propozycji zlikwidowania podatku od spadków i darowizn. Postulat od lat wysuwany przez środowisko konserwatywnych liberałów z UPR ma wreszcie szanse zostać zrealizowany przez PiS-owski rząd. I bardzo dobrze! Zyta Gilowska nigdy nie kryła swojej niechęci do tego podatku i teraz wypada się cieszyć, że niechęć ta może przybrać postać obowiązującego w naszym kraju prawa.
Podatek od spadków i darowizn jest jedną z najbardziej niemoralnych danin. Zmusza do płacenia za coś, co już wcześniej było opodatkowane. Karze on spadkobierców (wdowy, sieroty) za to, że ktoś w ich rodzinie posiadał jakiś majątek, z którego państwo i tak cały czas zdzierało swoją dolę. I zresztą nadal będzie to robić. Rząd, który dużo mówi o polityce mieszkaniowej i o potrzebie budowy mieszkań, nie powinien przejść obojętnie obok postulatu zniesienia podatku od spadku i darowizn. Ktoś, kto dziedziczy mieszkanie nie powinien martwić się tym, czy stać go będzie na zapłacenie daniny od spadku.
Aż dziwne, że ugrupowania polityczne, których programy przesycone były tzw. polityką prorodzinną jakoś pomijały kwestię zniesienia tego podatku. A tymczasem realizacja tego postulatu ma jak najbardziej charakter prorodzinny. To przeoczenie wynika pewnie z tego, że łatwiej jest obiecywać wyborcom, że państwo coś im da, aniżeli mówić im, że czegoś im nie zabierze...
Zresztą mniejsza z tym... Ważne, że, chyba po raz pierwszy od czasu tzw. transformacji ustrojowej, rodzi się realna szansa na likwidację tego niesprawiedliwego podatku. Oby tym razem droga pomiędzy deklaracjami a czynami była jak najkrótsza. Trzymamy kciuki, Pani Minister!

Paweł Sztąberek

* * *

Archiwum "Komentarz tygodnia" - powrót do wcześniejszych >>>





Umieść poniższe bannery na swojej stronie WWW








Webmaster
Copyright 2001, Paweł Sztąberek




Spis Autorów

Komentarz tygodnia

Książki
polecane

Czytelnicy
piszą

1 2 3 4
oooooooooooooooooooooooi
Subskrypcja
Jeśli chcesz być powiadamiany o nowościach na "SP" wpisz swój adres e-mail


Powiadom znajomego o "SP" wpisując jego adres e-mail

ooooooooooooooooooooooooi
Przyślij swoją opinię